VENI, VIDI, VICI? Czyli Trylogija Opsesji lub, jak wedle woli kogo, Opsesa


spisał ręką własną ku uciesze braci szlacheckiej
Słusznie Niedocenian Twórca, gorzałecznik większy od samego tatuśki,
Adryan Boreyko, herbu Jelita, proclamatio: Lej !!!

Zagajenie

Die 9 Novembri Roku Pańskiego MDLXXXV do Krakowa samowtór z żoną, w istotnych celach przybyłem, sit venia verbo1.
Primo, iż arcyważne dokumenty o knowaniach, zdradzie i próbie obalenia samego J. M. Króla, planowanej przez Zborowskich, nie komu innemu, jak Hetmanowi Janowi Zamoyskiemu donieść miałem. Tylko teraz po czasie gaworząc tu z Waszmością… Starostą Zawoyskim powiadacie? Ach, ta starcza pamięć! Zabyłem, wszak wyście Starosta Zawichojski, niech mnie! Tak więc, primo, wiozłem listy, co to na seymie corpus delicti stanowić miały.
Tak więc, Starosto zZawoyski, jako to w zwyczaju mawia się littera docet, littera nocet2, nie spisałem owych faktów, co to się zdarzyć miały. Albo siła, moc w tych listach olbrzymia leżała, a jak żeś bywał na Seymie Walnym roku… No, jako to w zwyczaju, mawia się, roku tego, co to pierwszy był przestępny, po reformie. Teraz mogę to Waszmości Staroście i potomnym to zdradzić. Ach, no więc, jako to w zwyczaju, secundo, iż do listów owych niemaluczka sumka dutków była, a dostarczyć ją miałem samemu miłościwemu Piotrowi Skardze do jego Bractwa Miłosiernych, wedle woli zmarłego Sebastiana Karasia.
Tertio, jako to w zwyczaju, że sam dług na bodajże pięćdziesiąt i pięć złotych miałem, Waszmość Starosta pamięta pewno, jak walna suma to była tedy. Tak więc, jako to w zwyczaju, na św. Marcina, dług mojemu druhowi z tatarskiego ludu pochodzącemu, lecz wielce zasłużonemu Polsce w wojnach moskiewskich, chciałem zwrócić, to i na Szewskiej u niego stanąłem pośród zgiełku tamtejszego. Dżigit, jako to w zwyczaju, ugościł nas nad swym warsztatem w izbie gościnnej, a jako że mu garbarze jego swawolić poczęli i moc spraw miał, prosił nas na wieczerzę do Pieczory, co folgowało mi wielce, bo sam Król o owej karczmie złego słowa rzec by nie mógł. Mniej to żonie (dziś już po latach tylu śpiącej w pokoju) w gusta przychodziło, bo to nieboraczka gorętwy przed Krakowem dostała, źle truda podróży znosząc – niewiasta, jako to w zwyczaju, zaniemogła.
Tedy też pierwyj raz zakapturzonego diabła ujrzałem, zdaje się przy przeprawie, o którym Waści Staroście Zawichojskiemu dalej powiem…
Popołudnie ciemne i duszne, jako ta noc bez księżyca, ale ja ciekaw viss attractiva Cracovia3 wykoncypowałem, iż nynie4 te dutki Piotrowi Skardze zaniosę, jutro zaś skoro świt na Wawel się udam z dokumentami, które wprzódy, nie chwaląc się, zdobyłem, a et quorum pars magna fui5, a co inszego czasu Waści opowiem. Tak więc żona ma osłabła. Ałła, służka Dżigita, się nią zaopiekowała.Ja zaś u progu kamienicy na przygodę6 się udałem, a wszystko, co się zdarzyło, Tobie Mości Panie opowiem, jako było, a homo senescit7.
Słowniczek
1 sit venia verbo – (łac) jeśli się tak wyrazić można
2 littera docet, littera nocet – (łac) litera uczy, litera szkodzi
3 viss attractiva Cracovia – (łac) powabu, uroku Krakowa
4 nynie – teraz
5 et qurum pars magna fui – (łac) w czym wielką rolę odegrałem
6 przygodę – (łac) niebezpieczeństwa
7 homo senescit – (łac) człowiek się starzeje

Akt I „Veni”

Scena I

Odnalezienie Bractwa Miłosiernych W. P. Piotra Skargi* nie winno stanowić problemu. Ważne, by PB wspomniał, co bierze ze sobą – Tatar Guzman, wyrobnik Dżigita, wniósł już wszystkie rzeczy do izby gościnnej. Najlepiej poczynić to na progu domu Dżigita, gdy Starosta wspomni PB, iż w całym zamęcie zapomniał dutków dla Pana Skargi. Tedy też najlepiej spytać, cóż PB zabiera ze sobą.
Podczas wędrówki po Krakowie per pedes apostolorum1 PB doświadczy uczucia, jakoby ktoś cały czas wodził za nim wzrokiem. Kiedy PB przejmie inicjatywę i zechce się dowiedzieć, któż zacz, dostrzeże tajemniczego, zakapturzonego człeka, którego to zdało mu się widzieć wcześniej – przy przeprawie wodnej tuż podle Krakowa. Człek ów od stóp do głów odzian jest w ciemną szatę, tak, że twarzy ujrzeć się nie da. Starosta winien zaś sprawić, że gdy tylko PB podejmie próbę postrzeżenia bądź schwytania tajemniczego obserwatora, ten pod osłoną wielce ciemnego i pochmurnego popołudnia zniknie – a to między łykami, a to między kramem a kolasą, a to w bramie jakowejś. Chodzi o to, by PB cały czas był bliski schwytania obserwatora, lecz ten zawżdy w ostatniej chwili skrywał się gdzieś. Dopiero gdy ujrzysz zrezygnowanie Pana Gracza, a co za tym idzie i PB, pofolguj sobie i pozwól mu dychnąć – niechże przypadkowo ów obserwator wpadnie nagle wprost na niego – jeno cóż, skoro PB stanie jak wryty i nim cokolwiek uczyni, szpieg odskoczy w zaułek. Jedyne co PB zdoła ujrzeć, to jak temuż obserwatorowi z łba zerwie kaptur – a pod nim ukaże się kobieta niespotykanej urody, o brwiach jako u Moskwicina gęstych, pełnych, karminowych ustach, ślicznej jasnej cery, oczach wytrzeszczonych – a te zdają się świecić jako u basiora2. Kobieta zniknie pośród mgły i tyle ją widziano, lecz nie będzie już więcej tropić PB.
Cała ta scena może odbyć się już po wizycie w Bractwie Miłosiernych, bo tam PB najdzie tylko zamknięte wrota. Jeśli zaś pocznie się dobijać do nich, zakonnik jakowyś uchyli wrót, by rzec jeno tyle, iż Szlachetnego Piotra Skargi nie ma, acz będzie skoro świt. PB może zostawić darowiznę, jednak ksiądz zaskoczony tak wielgachną kwotą nalegał będzie, by PB personaliter3 spotkał się i dysputę przeprowadził z założycielem Bractwa, skoro taki hojny!
Słowniczek
1 per pedes apostolorum – (łac) pieszo na wzór apostołów.
2 basior – samiec wilczy
3 personaliter – (łac) osobiście
* A.D.1585 Piotr Skarga był już szlachcicem.

Scena II

Szarzeje, zatem jeśli PB chce zdążyć do Pieczory, tedy musi wrócić na Szewską do Dżigita. Tam zaś ujrzy w izbie swej spustoszenie wielkie – sprzęty powywracane, rzeczy rozrzucone, moc z nich poniszczona. Na podłodze zaś dziwny znak szkarłatnym barwnikiem wymalowany. Znak z arabyjskich cyfer (wręcz PB rycinę I, patrz Dodatki). Żony nikaj1 nie ma, ni corpus delicti, ni kosztowności!
Jeśli PB pocznie szukać po izbie, posłyszy chlipanie spopod wielgachnego łoża – tam też żona się skryła. W pełni zmysłów to ona chyba nie jest, jako że mazgai się, chlipie, w powałę jeno patrzy niczym cielę na malowane wrota, a wkoło gada jako to koło młyńskie, że…nic nie widziała, nic nie pamięta.
Co z corpus delicti i dutkami? Uprzytomnij tedy PB, iż ich wcale nie ma! Jeśli ich nie zabrał ze sobą wcześniej, niech i nawet dom cały przetrząśnie, a i tak ich nie najdzie. Jeśli zaś je zabrał ze sobą, idąc do Pana Piotra Skargi, wspomni na zdarzenie takie, na które nie zwrócił uwagi tedy, acz teraz zdaje mu się jedynym rozumnym wytłumaczeniem:
Wędrując zatłoczoną po brzegi ulicą, pośród tłumu, ruchu, rozgardiaszu i przepychań, PB nienawykły do ścisku miejskiego, kiedy to rozglądał się za tajemniczym obserwatorem, potrącon został przez jakowegoś Szota. Cudzoziemiec co to tandetą obnośnie handlował, wnet się zreflektował, skłaniając się w pas w przepraszalnym geście, by potem wartko oddalić się w głąb ulicy – tedy właśnie owe cenne rzeczy PB musiał potracić, a nawet Szot mógł mu je zabrać!
Izba Dżigita zamknięta, warsztat też zawarty, Guzmana nikaj1 nie ma. Jeśli PB popyta wśród sąsiadów, ci spólnie rzekną, iż nie widzieli, by kto wchodził lub wychodził do dżigitowego domostwa. Na szczęście wnet pojawi się służka Dżigita, Ałła, też muślimka – gdy już ujrzy spustoszenie w izbie, tedy o mało co nie odejdzie od zmysłów, a wnet pocznie pośród tegoż bałaganu się krzątać. Ałła służy u bogatego łyka, a wieczorami Dżigitowi pomaga w obejściu i kuchni w zamian za wikt i opierunek. Żona oczywiście za żadne majętności nie uda się do Pieczorowej Karczmy, Ałła zaś zapewni PB, iż pod jego nieobecność pozostanie przy niej. PB zaś winien tam pójść – bądź z własnej woli, bądź to za prośbą Ałły, coby sprowadzić Dżigita i uradzić, co czynić. Ałła pewnikem nie zostanie wpuszczona do tak znamienitej gospody ze względu na swą kondycyę.
Słowniczek
1 nikaj – (staropolskie) nigdzie

Scena III

Gdy PB dotrze do Karczmy Pieczorowej, ujrzy prawe jej skrzydło osmalone. Pożoga nie strawiła jednak całego budynku. Na odrzwiach zaś znać słaby, zatarty, kredowy napis, taki sam jako na podłodze w izbie PB u Dżigita. We wnętrzu karczmy (spójrz Dodatki – opis karczmy Pieczorowej) niewiele szlachty czapkuje PB, reszta zaś na jego honory wyczekuje.
W kącie izby zaś Dżigit w opresji! Napastuje go szlachcic, a co gorsza, szlacheć ten jest znan Panu Bratu – to Gabryjel Niemyjski herbu Łazanki, tłusty hulaka z zamku oświęcimskiego. Wąs na pierś mu wyrósł od czasu, kiedy to raz ostatni obydwaj się widzieli. Dwa psy wyją na obu, jakiś jegomość z boku stojący, a nieznany i dobrze podpity płazem szabelki już tłucze, by po chwili musieć się przed nimi bronić.
Skoro tylko Pan Gabryjel ujrzy PB, rzeknie coś w te słowa: Ha! Lupus in fabula!1 Sam Waćpan się pojawił! W chwilę potem wyjaśni, o cóż chodzi. Otóż arendarz Pieczora oczerniał tu na aulum2 Pana Brata dni kilka temu. Pan Gabryjel wraz z Dżigitem dziś tu bronili czci PB, jeno, że podczas dysputy obaj się poróżnili, wpierw o pochodzenie, potem chyba o swą kondycyę, a Pan Niemyjski nie pozwoli, by byle bisurman, szlacheć brukowy, mu swawolił. Co zaś mawiał o PB ów arendarz? Na to odpowiedź PB otrzyma, dopiero gdy zasiądą przy stole i zęby popłuczą.
Otóż ów Pieczora mawiał, a świadkiem tego był pan Niemyjski, iż u PB na dworze wraz ze Starostą sobiepanki bijają monetę bez królewskiego przyzwolenia, a cudzołóstwo jest na dniu powszednim. Zgoła większe okazje dawał, ale Niemyjski, sąsiad miły, tego za żadne skarby nie powtórzy.
Tu też PB przyuważy, iż cała karczma słucha tego, co Pan Gabryjel gada – może Pan Brat i reputacyję swą utracić w tym momencie, jeśli źle co poczyni. Gdy spyta o owego Pieczorę, pacholiki karczemne zatrwożą się, wnet przyprowadzając żonę jego, pulchną, krągłą i o chytrych oczkach. Żona tyleż powie, że mąż od dni trzech z izby nie wychodził, jeść nie chce, pić też, stale jest zamknion, nikogo do siebie nie dopuszcza.
Silentium3 nad całą izbą karczemną panuje, jeno młodemu szlachcicowi w atłasowym żupanie się wyrwie: A wyprowadźże go Acan tu!Wnet kuksańcem przez starszego Jegomościa obok niego zostanie uciszony, ani chybi ojciec to jego. Jeśli PB nie tchórz, pewnikiem uda się do izby Pieczory, prowadzon przez jego żonę. Żona gdakać całą drogę będzie, lamenta wznosić, a to że ich okradli, a to że ich spalić chcieli, a to wreszcie, że jej staremu to się we łbie zakołowało jako w tym kole młyńskim.
Skoro już do izby owej zbliżać się będą, huk po całej karczmie przejdzie wielki, a Pieczorowa w dyrdy do drzwi skoczy. Zawarte, trza je wyważyć – nie winno to stanowić dla PB wszak problemu, kilka uderzeń i puszczą do środka. Wewnątrz wielki bałagan, poprzez dymy i swąd prochu w izbie widać ściany krwią zbryzgane, tłusty trup, pewnikiem arendarza, strasznie pokiereszowan. Widok tak okrutny, iż przez gardło słowa przejść nie mogą. Naprzeciw zaś trupa stoi Diabelska Machina – rusznica podtrzymywana na sztorc dwoma kredensami, spopielona dratwa do kurka przymocowana była, co i pewnikiem zapłon spowodowało, a w chwilę później w arendarza wypaliło.
Żona lament straszny wzniesie, tulić pocznie zwłoki zakrwawione, na nic nie bacząc. Jedne zaś rzeczy w izbie utrzymane są w porządku: na stole leży po lewej świecznik, po prawej kałamarz i piór kilka. Pośrodku księga bez okładek, na jej pierwej stronie dopisano to, co rycina II przedstawia, a księga to Picatrix (spójrz Starosto na Dodatki). Jeśli PB nie zainteresuje się xięgą, dziwne przeczucie winno zawładnąć nim – zdawać się mu może, iż jego jedyna nadzieja i pomoc leży w księdze.
Izba powoli zapełni się ciekawskimi gośćmi karczemnymi. Oczywista, gdy PB już zejdzie na dół, żaden z obecnych szlachciców nie wypuści go, póty ten nie opowie, co się wydarzyło, a wino i gorzałka podczas owej gadki lać się będą strumieniami. Jeno Dżigit nalegał będzie, by do domu wracać i odetchnąć od wszystkiego.
Słowniczek
1 Lupus in fabula – (łac) o wilku mowa
2 aulum – (łac) zgromadzeniu
3 silentium – (łac) cisza

Scena IV

Prędzej czy później PB wróci na kwaterę do Dżigita. Ten, po gawędzie z PB (zapewne Dżigit wiele wysłucha), położy się wnet spać, zmożon wrażeniami i trudami dnia. Co zaś poczyni bohater? To wszak zależy wyłącznie od niego – może studiować Picatrix, może też i zasnąć.
Tak czy owak, żona przed głęboką nocą wstanie, zbudzi go lub oderwie od lektury i położy swą chłodną dłoń na ramieniu PB i szepnie mu do ucha czułe słówko. Wnet poczuje jej oddech, potem jej nagie ciało przylgnie do jego ciała .Tedy będzie już za późno – ręce oplotą jego szyję, w mroku ujrzy, że jej rysy, choć nadal piękne, tej nocy skażone są męką, oczy zaszły bielmem, uśmiech jej niczym grymas pośmiertny – tedy już za późno. Dłonie niewieście poczną Pana Brata dusić, i to z siłą kowala, nie zaś białogłowy. Wrzeszczeć przy tym niewiasta strasznie będzie jako kot albo niemowlę. Rozgorzeje pewno między nimi walka na śmierć i życie!
Hałas sprowadzi wnet Dżigita pod drzwi, lecz PB nie ma czasu słuchać, co się dzieje na zewnątrz, skoro żona napiera nań, czym tylko ma pod ręką – piąstkami, taboretem, a nie daj Bóg, by nawinęła się szabelka! PB winien zakończyć walkę nieprzytomny, żona zaś w czas jakiś potem odejdzie od zmysłów, wskutek ciosów otrzymanych od męża lub też z wyczerpania.

Scena V

Pod wpływem żoninych ciosów PB upadnie na deski podłogi. Usta poczną mu się lepić, słyszy jeno swój chrapliwy oddech, a żadna część ciała nie jest mu już posłuszna. Każdy ruch powoduje niesamowity ból. Promienie księżyca z tyłu głowy zdają się niedosięgalne, oddalają się, by po chwili PB pozostał w pustce, w ciemności, która nie zna granic. Wspomni wszelkie koncepty jego o zaszczytach, jakich mógłby dostąpić za owe corpus delicti, o pielgrzymce wspólnej jego i żony do Częstochowy i Świętej Lipki. Przez łeb przetoczą mu się wszelcy kompani: starosta, zbójcy, Dżigit, Niemyjski, wreszcie diablica w kapturze. Wspomni wszelkie sukcesy i porażki, jakie odniósł, będąc teraz w Krakowie. Cóż, wszak za późno na wszystko – promienie ostatnie przygasły, on sam traci wszelkie zmysły, utraci wszystko, co miał najcenniejsze, to, co było, jest i być mogło jego. Każdy oddech jest zaś jego ostatnim oddechem… aż powoli przyjdzie Koniec.
Miłościwy Starosto: Przeczytaj ponownie przed rozegraniem tejże sceny rozdział Dans Macabre VII xięgi Dzikich Pól (str. 211-214). Scena ta ma przekonać bohatera o tym, że nadszedł jego koniec. Poprowadź ją tak, byście wspólnie potoczyli przez chwilę dysputę o owych ostatnich sukcesach i porażkach, o tym, czego mu żal, co zaś miłe jego sercu było, co mógł osiągnąć, czego nie. A gdy uznasz, że Pan Gracz cierpi po stracie PB, zarządź Antrakt.

Antrakt

Wątek równoległy. Każdy kolejny z trzech Aktów Starosta winien kończyć wątkiem równoległym, który jest opowieścią paralelną do głownej historii. Starosta winien opowiedzieć ją wprost Panu Graczowi. Ma to wielkie znaczenie dla epilogu całej opowieści. Można też tymże wątkiem kończyć każdą ze scen. Oto ów wątek:
Po zapadnięciu zmroku ktoś cichaczem podsłuchiwał całą rozmowę, jednak ani Starosta Zawichojski, ani cudzoziemiec, ani sam Waćpan, który byłeś bohaterem tej opowieści sprzed lat, nie wiedzieli o tem. Ktoś przyglądał się między szparami w okiennicach słabo oświetlonemu wnętrzu żydziej karczmy, w dmącym wietrze tak wyostrzał swój słuch, by posłyszeć każde słowo opowieści – gdyby któryś z nich wiedział o obserwatorze, może ich losy potoczyłyby się inaczej…
– No i cóż dalej? – rzekł ktoś z siedzących w karczmie.
A i pamiętaj Starosto, że antrakt w tej biesiadzie to nie czas na facecje i dowcipy – jeśli widzisz, że PG potrzebuje chwili przerwy, musisz opowiedzieć mu historie niesamowite, które zasłyszałeś lub ujrzałeś czy przeczytałeś, a których PB nie zna – E. A. Poe, H. P. Lovecraft, Joseph Conrad, William Wymark Jacobs i jego Małpia łapka winny zrobić wrażenie. Ja, testując tę biesiadę, postąpiłem zgoła odmiennie – przedstawiłem wątek równoległy i w żołnierskich kilku słowach zakończyłem niniejszy akt, prosząc Pana Gracza, żeby przybył do mnie nazajutrz. Zapowiedziałem, że przygotuję Biesiadę, lecz nie mówiłem nic a nic o jej treści ani bohaterach.

Akt II „Vidi”


Scena I

Akt wtóry rozpoczyna się identycznie jak akt pierwszy. Dosłownie. Starosta winien zaskoczonemu PB wręczyć Zagajenie i rozpocząć Biesiadę jakoby drugi raz, akcja zaś może się toczyć tak długo, jak Starosta sobie zażyczy, byle PB dobrze się bawił. Cóż zacz się dzieje, Starosto?
PB po prostu śni. We śnie obraz otaczającego świata może, a nawet winien być nieco zmieniony i wypaczony – a niechże w połowie snu PB uświadomi sobie, że jest sobą, lecz w dziecięcych latach (albo i starczych). Zakapturzona kobieta lub arendarz Pieczora mogą być kalekami, okrutnie zdeformowanymi ludźmi bądź trędowatymi. Żona może objawiać się jako anioł, który zmieni się w upadłego anioła – tu wszak wszystko jest możliwe! Kraków może stać się miejscem spowitym mgłą, z maszkaronami na dachach kamienic i wieżami kościołów sięgającymi nieboskłonu. Karczma może stać się ciemnym miejscem przepełnionym szlachtą pokrytą bliznami, ropiejącymi ranami, niemającą nic wspólnego z typowym wizerunkiem Sarmaty. W izbie gościnnej u Dżigita może wisieć jakiś piekielny obraz przedstawiający przykładowo Dans Macabre, który stale będzie przykuwał uwagę PB, a obrazy na nim przedstawione mogą zdawać się poruszać.
Równie ważnym jest zakończenie snu. Jeśli początek tejże sceny zaskoczył PB, tak samo koniec winien znaleźć się w odpowiednim momencie. Nie może się to stać byle kiedy, winien to być moment kulminacyjny, np.:
– w scenie I niech będzie to w momencie, gdy PB wpadnie na tropiącą go nieznajomą, która tym razem zaatakuje – bądź okaże się jego żoną;
– w scenie II niech zaś zdarzy się tak, iż PB odnajdzie pod łożem nie swą żonę, a ową tajemniczą zakapturzoną kobietę ze sceny I;
– w scenie III arendarz Pieczora może wypalić nie w siebie, a w PB;
– z kolei scenę IV zakończyć można nie atakiem żony, a opisem miłosnego uniesienia ,jakie razem przeżyją.
Akt pierwszy wprawdzie kończył się, jakoby PB pod wpływem odniesionych w starciu z żoną obrażeń schodził z tego świata – lecz to tylko mu się uroiło, gdy był nieprzytomny. Fakt faktem, jego obrażenia są poważne, nie czuje się w pełni sił, leży w wielkim łożu w izbie gościnnej, nigdzie nie ma jego żony, a za oknem widać słońce ponad Krakowem dążące ku zachodowi.
Dla wnikliwych Starostów polecam zaadaptowanie zasad Krain Snu z Zewu Cthulhu bądź skorzystanie z artykułów dotyczących snu w Magii i Mieczu (w szczególności tekstów Miłosza i Emila Leszczyńskiego).

Scena II

Kiedy tylko PB zobaczy się z Dżigitem, ten rozwieje wszelkie wątpliwości – wyjaśni, iż po niechlubnej zwadzie między żoną a PB obydwoje byli nieprzytomni, Dżigit wezwał cyrulika, ten zaś stwierdził u żony opssesio! Zatem Dżigit, mimo iż mahometanin, szanując wiarę innych, za drugim razem przybył z księdzem Oktawianem i zabrał żonę PB do kościoła, gdyż zdawała się niespełna rozumu, zachowywała się jakoby była opętana.
Dżigit rzeknie, iż ów Oktawian to ważny ksiądz, który jest doktorem Pisma Świętego chrześcijan i włada kościołem św. Mikołaja, znany jest też w Krakowie ze swej wiedzy o siłach nieczystych i winien niewiaście pomóc. Ksiądz pierwej przybywał co dnia, mając nadzieję, iż PB się ocknie (był nieprzytomny przez dwa dni). Ksiądz Oktawian zresztą zapowiedział, że dziś wieczorem, gdy tylko zakończy wszelkie swe spirytualne sprawy, przybędzie ponownie. Co się tyczy zaś samego PB, to ten wyszedł ze starcia z żoną z poważnymi obrażeniami, mającymi wpływ na jego stan, nie zaś na cechy: musi poświęcać przynajmniej pół dnia na wypoczynek, nie może podnosić ciężkich przedmiotów ani biegać.
W trakcie rozmowy PB ma szansę zauważyć, że Dzigit jest roztrzęsiony i zakłopotany, co w tejże chwili jest zrozumiałe. Zapytany jednak nie będzie zbyt wylewny i zbędzie PB mową o kłopotach z jego kożemiakami (garbarzami) etc. W chwilę potem, gdy będzie zapadał zmrok, Dżigit uda się do warzywnika za domem. Wyśpiewywał tam będzie szahadę, dziś z wyjątkowym patosem. PB winno zaciekawić, iż Tatar dziś akurat tak gorliwie się modli. Jeśli wyjrzy przez okno, ujrzy, jak Dżigit przysuwa do piersi kindżał z widocznym zamiarem zadania sobie pchnięcia!
PB ma zaś szansę dobiec do niego i przeszkodzić w samobójstwie. Starosta winien opisać to z dramatyzmem – np. przeplatając opis tego, jak PB udaje się na pomoc z wątkiem równoległym, jak Dżigit ociera w koszulę kindżał; PB wyskakuje na schody, Dżigit przystawia ponownie broń do piersi; PB wywraca się na schodach, a spod ostrza kindżału wypływa pierwsza kropla krwi; PB mocuje się z drzwiami do warzywnika etc. Oczywiście, może i starczy tylko wrzasnąć na Dżigita, by ten się opamiętał, pokieruj jednakże tak akcją, by: primo – wywrzeć wrażenie na PB, secundo – by uratował Dżigita, lecz aby poczynione to zostało w wielkim stylu. Jeśli Dżigit zostanie uratowany, ze łzami w oczach, wielce strapiony, opowie swoją historię (patrz Dodatki – Opowieść Dżigita).

Scena III

Wieczorem przybędzie ksiądz-egzorcysta. Ucieszy się wielce na wieść, że PB wraca do sił, lecz mimo wszystko kapłan wydaje się wielce strapiony, cały czas ma spuszczone oczy, a dłonie splecione pod rękawami. PB usłyszy od niego, że żona czuje się coraz lepiej, jednak stale przy niej modli się dwóch zaufanych, niezłomnych mnichów, by nie dopuścić do niej na powrót Szatana. Za dwa, trzy dni będzie już po wszystkim, lecz o tym ksiądz opowie potem, zapewniając, że nic jej już nie grozi. Nolens volens1, musi być w tymże przybytku kościelnym.
Początkowo ksiądz poprosi, aby wspólnie zmówili Pater Noster, potem wyrecytuje Ostrzeżenie przed Antychrystem z Pierwszego Listu św. Jana z Biblii (spójrz Dodatki – Pismo Święte) Następnie wyjaśni PB tak wiele trapiących go spraw. Wpierw jednak opowie historie o rzeszach demonów, jakie wygnał z niewinnych dusz niewieścich i męskich; o tym jak charakternicy próbowali zawładnąć duszami mnichów w Świętej Lipce, lecz modlitwa i głęboka wiara ich uratowała; o jego podróży po Węgrzech i krwawej hrabinie Elżbiecie Batorównie, która po śmierci swego męża zamek przemieniła w miejsce kaźni, a chcąc zachować wieczną młodość, kąpała się we krwi dziewic. O diable chłopskim Dozsie Jerzym, buntowniku z Węgier, który za grzechy swe usmażony na tronie został, a jego poddani jego mięso chcąc pożreć, w strasznych męczarniach ginęli. Historię o diable Twardowskim, co to kobyłę piekielną miał, o tym jak czarami maczugę z kamienia postawił, jak ducha żony Króla przywołał, a teraz w piekielnych otchłaniach na wieki jest pogrążon.
Koniec końców ksiądz powie o kabale, w którą PB się wdał, o tem, że na duszę jego i jego małżonki czyha diabeł Opses z Krakowa, w kobietę wcielony. Ową kobietę ksiądz egzorcysta stara się wytropić już od dawna. Powie też, że PB nie jest pierwszą ofiarą – owa Opsesja opętuje niewinnych gorliwych katolików, skłania do czynienia złych uczynków, napastowania innych, by wreszcie – gdy dementia2 ofiary osiąga szczyt – odebrać jej duszę i skłonić do samobójstwa. Wie, iż owa Opsesja nie porzuca nigdy swej upatrzonej ofiary, dręczy ją aż do samego Końca. Dlatego właśnie zabrał stąd żonę PB. Do czasu, kiedy ksiądz nie odegna diablicy do piekła, do wszystkich diabłów, żona musi pozostać w bezpiecznym, poświęconym miejscu. Pana Brata ksiądz zaś zaklina na jego szlachecką krew, honor i jego głęboką wiarę, by pomógł mu schwytać i zabić diabli pomiot. Na potwierdzenie swych słów wyciągnie zza poły habitu i pokaże PB poświęcony – ponoć przez samego Papieża – stary, srebrny nóż w kształcie Krzyża, na którego rękojeści z jednej strony wyryty jest ukrzyżowany Chrystus, na drugiej zaś stronie dewiza łacińska Vade retro me Satana!3
Ksiądz Oktawian poprosi, aby mógł zaczaić się tu na diablicę, a PB pomógł mu w ewentualnym starciu, choćby i samym wsparciem duchowym. Diablica winna przybyć tej nocy – ona czuje, że PB nabrał sił i na pewno tu się zjawi. Kapłan poprosi też, by PB szczerze wyspowiadał w Imię Boga Ojca tutaj w izbie wszystko, co może wiedzieć o diablicy Opsesji. Jest to bardzo ważne, gdyż pomoże księdzu w odnalezieniu siedziby Diablicy w Krakowie.
Jeśli PB opowie mu wydarzenia, które rozegrały się w pierwszym akcie, Oktawian powie, że to na pewno Opsesja okradła go z pieniędzy i dokumentów, że to ona opętała arendarza (o tym już ksiądz wiedział), jednak nadal nie będzie mógł wytropić jej schronienia. Wie, że ma je gdzieś na ulicy Floriańskiej, lecz nie wie dokładnie, gdzie. Atak żony był urokiem diabelskim. Jeśli PB wspomni o przeklętej hiszpańskiej księdze, ksiądz nakaże mu, aby ją oddał, a on postara się, by któryś z zakonników ją przetłumaczył – wszak mogą się tam naleźć sposoby na czarty i na ich sztuczki.
Gdy już omówią wszelkie sprawy (wszystko, co niewyjaśnione, niedopowiedziane i tajemnicze, ksiądz tłumaczył będzie jako postępki Opsesji, Szatana i jego sług). Oktawian zaproponuje wspólną modlitwę bądź dysputę religijną, coby nie zasnąć w oczekiwaniu na diablicę.
Niedługo przed świtem ksiądz Oktawian znużony uda się do swego kościoła, zapowiadając, że wieczorem, lub już popołudniem, skoro tylko da radę, od razu przybędzie. Pozostałby z chęcią, by wspomóc duchowo PB, lecz musi też troszczyć się o kościół. Jeśli PB czuje się zagrożony, ksiądz może dla wsparcia przysłać mu jakiegoś mnicha. Starosta tak winien pokierować sceną, coby Panu Bratu poczęły doskwierać ciosy żony i zmęczenie nocnymi dysputami – by nie zechciał zaproponować Oktawianowi, by ten zezwolił mu udać się z nim do żonki.
W chwilę po odejściu księdza stopnie schodów na piętro poczną skrzypieć. Słychać ciężkie miarowe kroki, ktoś wolno pokonuje stopień za stopniem, ktoś stanie tuż za drzwiami i…

Słowniczek
1 nolens volens – (łac) chcąc nie chcąc
2 Vade retro me Satana! – (łac) Idź precz ode mnie Szatanie!
3 dementia – (łac) szaleństwo, obłęd, głupstwo
Starosto! W tym miejscu doskonale będzie przerwać akcję na moment, zawiesić ją i przytoczyć wątek równoległy z antraktów.

Scena IV

Kroki zbliżają się do drzwi – staje za nimi (lub w nich, o ile są otwarte) żona PB! Wpierw, szlochając, rzuci się w jego ramiona, o ile nie będzie oponował, potem dopiero zacznie mówić. Wyjaśni PB wszystko, co stało się do tej pory: to mara senna, omam bez końca – acz jest fortel, by przerwać ów los fatalis1, lza jeno posiadać wielką odwagę.
W trakcie dysputy żona krąży stale po izbie, PB widzi ją niekiedy jakoby we mgle, lub jakoby odbicie w starym srebrnym zwierciadle. Gada ona, że pewna kobieta zakapturzona rzuciła na nią urok i przez to nie mogła się ocknąć, była non compos mentis2, czego przykładem jest to, że zaatakowała PB, kiedy nie była sobą. By wyrwać się z tego okropnego uroku-snu, trzeba zebrać całą swą odwagę i odebrać sobie życie w tym zauroczonym śnie, by móc spokojnie nadal żyć w prawdziwym świecie. Na potwierdzenie swych słów, by PB uwierzył, że wszystko to tylko sen i imaginacja rozumu, twarz żony pocznie zmieniać się niczym maski u przebierańców, a jej ciało uniesie się pod powałę.
Przed Starostą stoi tu spora trudność w tej scenie. Powinien tak igrać z uczuciami PB, by de facto3 uwierzył on w to, co mówi żona. Może tu ona odwołać się do intymnych momentów, faktów, które wspólnie przeżywali, by tylko przekonać go do odebrania sobie życia.
Dysputę przerwie Dzigit (o ile żyje, jeśli nie – poczyni to któryś z jego garbarzy-Tatarów, ty zaś Starosto nieco zmień dyariusz). Zrobi to w najbardziej dramatycznym momencie sceny, kiedy PB ulegnie namowom żony, by odebrać sobie życie i pocznie się przygotowywać do tego czynu.
Wpadnie zatem Tatar do izby i wrzaśnie wniebogłosy: Eta ona je Siila i gwałtownie ugodzi kindżałem żonę PB. Ona zdąży tylko pochwycić głowę Dżigita w obydwie dłonie i jednym szybkim ruchem skręci mu kark! PB nie będzie miał czasu już na rozumowanie, skąd w żonie taka krzepa – wszystko stało się tak szybko, żr nie zdążył nawet zareagować. Dżigit bezwładnie opadnie na ziemię, natomiast żona, nadal stojąc na nogach, z wbitym w pierś kindżałem, zachwieje się i na moment zmieni w kobietę o krótkich kruczoczarnych włosach, gęstych brwiach i świecących oczach.
Potem już jej ciało rozwieje się w mgłę. Jest już po wszystkim, Dżigit oddał swe życie za życie Pana Brata.

Słowniczek
1 fatalis – (łac) nieszczęsny, zgubny
2 non compos mentis – (łac) nie przy zdrowych zmysłach
3 de facto – (łac) w rzeczywistości
Antrakt
Czas na antrakt, lecz najlepiej by było, by tę przerwę Starosta i PB spędzili osobno. Oczywiście, wcześniej należy przytoczyć skołatanemu już zapewne Panu Bratu wątek równoległy. PB w tym antrakcie ma czas, aby wszystko przemyśleć, Starosta zaś, by wspomnieć sobie sekrety dyariusza, narąbać drwa, abo, co ważniejsze, przygotować trunki, wszak zbliża się wielki finał tejże Biesiady – ostatni akt!

Akt III „Vici?”

Scena I

Głupcze! Myślałeś, że możesz mnie zabić?! Bez odbycia kary?! Niebawem ujrzysz wcielenie zła – zła, które nie ginie, zła, które nie umiera, a zmienia tylko swą postać! Mogłeś być po prawdziwej stronie, otrzymać takie same możliwości jako i my – odtrąciłeś nas, więc teraz zacznie się dopiero twój strach. On towarzyszył tobie, towarzyszy i będzie ci towarzyszył! Nie jesteś w stanie się przed nim uchronić!
Tymi słowami rozpoczyna się akt ostatni. Ktoś wypowiada je w izbie gościnnej u Dżigita, jednak nikogo poza nieżywym gospodarzem tu nie ma! W chwilę potem PB może zauważyć płomienie ogarniające całe domostwo. Gryzący dym zaczyna wdzierać się do izby, a ciepło bijące od ognia zdaje się odbierać każdy oddech.
Kiedy PB wybiegnie przed dom, ujrzy, jak zakapturzona kobieta oddala się od pacholików miejskich, ci pędzą w kierunku PB, a sąsiedzi w nocnych koszulach poczynają wybiegać ze swych domostw z wiadrami i kadziami, próbując ugasić ogarniającą cały dom pożogę. Dwóch z pachołków tymczasem wedrze się do domu i wyniesie zwłoki Dżigita (o ile nie poczynił tego PB). Dwóch pozostałych przystawi Panu Bratu szable, a pacholik z niemieckim akcentem oskarży PB o podpalenie i zabójstwo szlachcica tatarskiego pochodzenia – Dżigita – co potwierdził świadek. Dlatego do tego czasu zostanie PB zabrany do wieży.
Tak też PB zostanie zaaresztowany i osadzony w lochach pod rynkiem, chyba że chce bić się ze strażą i coraz większą rzeszą rozwścieczonych pożogą sąsiadów i ladacznic. PB znajdzie się w samotnym loszku z maleńkim okienkiem. Nim zaśnie na zbutwiałej słomie między ganiającymi w te i wewte szczurami, może porozmyślać – wspomnij mu jednak o nieprzespanej nocy, poważnej ranie i wydarzeniach goniących jedno drugie niczym te koła młyńskie.
PB ocknie się po zmierzchu, gdy odrzwia do loszku się otworzą, w nich zaś ujrzy księdza Oktawiana. Kapłan zamknie drzwiza sobą, pozostawiając za nimi więzienne ciury. Od razu przejdzie do rzeczy i spyta, co też się stało – jeśli PB nie wyjawi mu prawdy, ksiądz postrzeże kłamstwa i wypomni mu to.
Tak czy owak, ksiądz działając jako Doktor Pisma Świętego, złożył parol1 za Pana Brata, gdyż musi mu on pomóc – ksiądz natrafił na ślad Opsesji. Ma ona swą siedzibę na Floriańskiej ulicy pod jedną z tamtejszych aptek. Dzisiejszej nocy, jak co pełnię, przybywają do niej tutejsi zamożni ludzie, kupujący od diablicy elixir dający wieczną młodość. Kapłan powie PB: Musisz wejść tam i wbić mój srebrny sztylet w jej trzewia, ja próbowałem do niej podejść, lecz wnet zmieniła się w mgłę i znikła – wyczuła mój Święty Sakrament kapłański. PB może być już całkiem zrezygnowan wydarzeniami, tedy dopiero Oktawian powie resztę: Żona PB wyzionęła ducha, a on jest jedyną nadzieją. W imię Boga musi pomóc całemu Kościołowi.
Starosto, oczywiście w trakcie tego aktu może się też tak zdarzyć, że PB ucieknie z domu Dżigita, sprzeciwi się pacholikom (winno ich być tylu lub tak uzbrojeni, by PB się tego nie podjął), lub wymyśli coś innego – Oktawian prędzej czy później znajdzie go, a gdy dojdzie już do dysputy pomiędzy nimi, należy tak pokierować rozmową, aby PB był skonfundowany, a jednocześnie okrutnie rozeźlony, by chciał pomóc Kościołowi i pomścić śmierć niewinnej żony.

Słowniczek
1 parol – (franc.) słowo honoru

Scena II

Tak oto PB okutany w obszerny płaszcz od Oktawiana udaje się zapewne bardzo późnym wieczorem do piwnic apteki „Pod Etiopy”. Aptekarz, o nic nie pytając, sprowadzi go pierwej schodkami do piwnicy, tam już poprzez sekretną wielką bekę po winie wejdą do słabo oświetlonej, okrągłej sali wyłożonej cegłami. Wewnątrz znajduje się kilka osób (pół tuzina kobiet), odzianych podobnie tajemniczo jak PB. Na wprost od owego sekretnego przejścia stoi niewielkie podwyższenie, na nim zaś znajduje się kobieta, która wedle Oktawiana jest sprawczynią wszelkich nieszczęść:
Mili moi, jak widzicie, upłynęła jedna tylko pełnia i przybywacie ponownie do mnie z datkiem, który jest wyższy od poprzedniego, lecz wiecie sami, co sprawia ów datek. Jak ów datek, który stale wzrasta, ma się do wieczności? Każde z was wie, że to nie moja intrata, a wasza. Podejdźcie tu i niechże każdy z was zabierze po jednej fiolce cudownego panaceum1. KTO TU JEST PIERWYJ RAZ?! – wykrzyknie Opsesja i w try miga, nim PB zorientuje się, co się dzieje, doskoczy do niego, nachyli się nad jego głową i szepnie do ucha: Powróciłeś?! Różnica między nami polega na tym, że ty masz nadzieję, ja nie.
W kilku słowach wyjaśni, iż poświęciła żonę PB, chcąc osłabić jego duszę, jednak gorzała w nim tak silna nadzieja i wola, że nie mogła nim zawładnąć. A nigdy niczego nie czyni do czasu, gdy ktoś nie wyrazi na to zgody. Tu Panu Bratu zdać się może, że Opsesja mówi głośno, acz nie słychać już echa rozbijającego się po podziemiu. Cokolwiek poczyni z nożem od Oktawiana, nie wyrządzi on większych obrażeń Opsesji, ba, w chwilę potem zdać się może, iż rana zabliźni się, ona zaś, jakby nic się nie działo, wyciągnie bez krzty bólu broń z rany i ciągnąć będzie dalej: Musisz wystrzegać się takich jak ja, pamiętaj, że za dnia jesteś bezpieczny, lecz nocą… Nawet oddział najwytrwalszych kozaków nie obroni cię przed takimi jak ja. Musisz uważać na innych, ja, można by rzec, jestem aniołem pośród diabłów, ale możesz jeszcze do mnie przystą…
Nie zdąrzy zapytać, czy PB zgadza się przystać do niej, gdy nagle całymi podziemiami targnie silny wstrząs. W jednej chwili z sufitu pocznie sypać się pył, a kolejny wstrząs spowoduje, że posypią się głazy. Opsesja rzuci się na PB, ten zaś zapewne będzie starał się uwolnić z jej uścisku, aż pojmie, że Opsesja zakrywa go swym ciałem przed upadającymi głazami !

Słowniczek
1 panaceum – (łac.) złoty środek, lekarstwo na wszystko

Epilog, czyli co in eo generae wie Pan Brat?

Nadszedł prawdziwy koniec ninejszej Biesiady. Odczytaj Panu Graczowi zakończenie wątku równoległego. Potem powiedz już tylko święte słowo „Basta”, kończąc biesiadę. PB, „jako to w zwyczaju Panów Braci po sesji”, będzie chciał poznać wszelki sekrety dyariusza. Ty zaś, Mości Panie Starosto, nie opowiadaj prawdziwej historii, nie udzielaj żadnych informacji na temat tego, o czym była biesiada. Żadnych aluzji, nic a nic. Pozostaw to wyobraźni Pana Gracza,
Jeśli nie odpowiada ci taki styl zakończenia, wybierz inne, są one opisane w Summa totius opusculi, czyli co in eo generae wiem ja.
Po zapadnięciu zmroku ktoś cichaczem podsłuchiwał całą rozmowę, jednak ani Starosta Zawichojski, ani cudzoziemiec, ani sam Waćpan, który byłeś bohaterem tej opowieści sprzed lat, nie wiedzieli o tem. Ktoś przyglądał się między szparami w okiennicach słabo oświetlonemu wnętrzu żydziej karczmy, w dmącym wietrze tak wyostrzał swój słuch, by posłyszeć każde słowo opowieści – gdyby któryś z nich wiedział o obserwatorze, może ich losy potoczyłyby się inaczej…
– Widzisz Panie Bracie Rafale Działosza, od wydarzeń, które tu rzekłeś, minęło wiele czasu, lecz gdzie, Mości Panie, leży prawda, no gdzie? – Pociągnął ciężkiego miodu i z dziwnym grymasem podle wąsa kontynuował.
– Ja jużci chyba wiem, skąd twój fatalis los. Widać prawda stale leżeć będzie poza naszymi mentami i nikt nigdy nie dowie się jej – ktoś musi specjalnie taić sekrety. No, ale jakżeś się Waść uratował z tejże piwniczki, tegom ciekaw?
Stary Działosza odrzekł na to:
– Kradzieje, co to jak zwierz podły padliną się karmią, po ruinach i pogorzelisku buszowały, nalazły mnie przytomnego jeszcze i uratowały. Darz im Bóg, jako to w zwyczaju, kobiety nigdym już więcej nie ujrzał, ni owego Oktawiana, lecz nalej jako to w zwyczaju, bo to mi Mości Panie Starosto Zawaligrodzki, bo to mi w gardełku strasznie coś wyschło,
Dodatki
Niniejsza część to opisy postaci, miejsc i wszelkie pomoce, wskazówki i ilustracje, do których odsyłany jest Starosta. Służą one jako pomoc do Biesiady, Starosta winien je skopiować lub powycinać i wręczać Panom Bratom w odpowiednim momencie.
Rycina I
23290
Rycina II
PICATRIX-XIRTACIP
Picatrix
Beydelus, Demeymes, Adelux, Metecygayn, Atine, Ffex, Uquizuz, Gadix, Sol,
Veni cito cum tuis spiritibus.
 Picatrix, Ms Sloane, 1305 A.D. werset152
PB tylko przyglądający się xiędze ujrzy zniszczone, przeżarte robactwem, niekompletne dzieło – brak okładek, karta tytułowa mówi, iż pochodzi ono z 1256 roku, a autorem był jakowyś Alfons. Księga została spisana inkaustem na czerwonych, piekielnych stronach w hiszpańskim języku. Na pierwej stronie ktoś dopisał to, co naleźć można na rycinie II.
Pan Brat znający dobrze Teologię, wie, że jest to bluźniercza, przeklęta i wiekowa xięga, samo jej czytanie grozi wiecznym potępieniem. Zapoznany dobrze z arkanami Wiedzy Tajemnej wie, iż xięga ta zawiera wiele naprawdę potężnych rytuałów i zaklęć. Biegli w hiszpańskim po jej pobieżnym przejrzeniu stwierdzą, że jest to podręcznik magiczny, tłumaczony z arabskiego przez króla Alfonsa Mądrego, a traktuje o harmonii makrokosmosu i mikrokosmosu – jeśli ktoś umie je razem zjednoczyć, może naginać prawa rządzące elementami, roślinami, umysłami, ciałami, duszami, a nawet, jak pisze nieznany autor, ciałami niebieskimi.
Po pobieżnym przejrzeniu księgi odnaleźć można na kilku stronach notatki na marginesach sporządzone w języku łacińskim! Przeczytanie ich zajmie sporo czasu, gdyż są one rozrzucone po całej księdze, spisane roztrzęsioną dłonią. Mówią one o trzydziestu i sześciu Kawalerach decydujących o zmianach królów, granic, o ich wpływie na powstawanie miast i wywoływanie klęsk głodu i zaraz, przypływy, mory i trzęsienia ziemi – nic nie dzieje się bez ich wpływu. Owi Kawalerowie są jakoby mędrcami wybranymi z niewielu wybranych, wędrujących przez wieki i poprzez dzieje człowiecze. Cała historia, jaka jest znana, to nie dzieło przypadku; to ich dzieło, Bractwa Trzech Sześciu. Zmieniają oni i skrywają swe imiona, kłamią o swym wieku. Kawalerowie ci, co trzy razy po sześć lat wybierają swych następców i przekazują im swą wiedzę. Nie ma jednak pewności, czy owi Kawalerowie posiadają tę samą wiedzę co ich nauczyciele. Autor owych notatek pisze też:
Czyżby Dziekan Planisfery, Dziecię Złotej Lutni, Kustosz Imion Nieprzekazywalnych i Wielki Mistrz Świetlistego Trójkąta to jedno?
Ludzie przyziemni mogą poznać o nich prawdę, a prawdą tą jest Wielka Tajemnica.
Byli, Są i Będą nie z Nami, lecz obok Nas, Pierwotni, Cisi, Niewidoczni, ale najlepiej Widzący i Słyszący i wiecznie w ukryciu.
Trzy razy po trzy szóstki i jeszcze trzydzieści sześć lat (AD czy AH?– zapytuje autor owych notek)
 Trzeciego dnia szóstego miesiąca obwieszczą swe istnienie
 po trzykroć sześć lat potem Luna zaatakuje insze planety
 Miną trzy wieki i sześć lat nim nadejdzie Apokalipsa
 Po niej nastąpi nowy Cykl i wszystko potoczy się od początku
 Tu potwierdza słowa Trismogistos: to, co na dole jest takie samo
 jak to, co na górze, i to, co na górze jest takie samo jak to, co na dole
 – dzieje się tak dla przygotowania i osiągnięcia rzeczy Jedynej
Starosto, jeśli zechcesz wykorzystać Picatrix jako źródło nowych czarów, wiedz, że zawarto w księdze bluźniercze, lecz potężne zaklęcia, z których Król Alfons pousuwał niektóre z wersów, bojąc się o bezpieczeństwo potomnych, do tego część stron zniszczył upływ wieków.
Jeśli PB poświęci czas na rozszyfrowywanie owych zagadek, możesz go obdarować kilkoma bardzo potężnymi czarami, których opracowanie pozostawiam w Twojej gestii. Picatrix to autentyczny podręcznik magii, początkowo napisany w języku arabskim, przetłumaczony na hiszpański przez Alfonsa Mądrego A.D. 1256. Traktuje o tym, iż człowiek złączony z makrokosmosem i mikrokosmosem jest w stanie, przy pomocy praktyk magicznych, podporządkować sobie siły tychże i powodować przy ich pomocy zjawiska nadnaturalne. Władzy mogą podlegać także planety, gdyż posiadają one duszę. Opracowanie jest bezcenne, stanowi źródło rytuałów magicznych i zaklęć przywołujących duchy. Samo słownictwo xięgi jest szalone – aluzje stanowią definicje, wyjaśnienia znaleźć można w innych traktatach magicznych, na poły mitycznych i tych spotykanych faktycznie trzy wieki temu. Wiele z istotnych partii tekstu zapisano szyfrem i tajemniczymi skrótami.
Zagłębiając się w lekturę, odczuwa się wrażenie, jakoby z xięgi biła jakowaś niesamowita i nieodparta siła, powodująca, że czytelnik zatraca się, zapominając o bożym świecie. Wszystko to sprowadza się do postępującego obłąkania czytelnika, a samo oderwanie się od lektury wymaga wielkiej siły woli.
Cytaty zaczerpnięto z Wahadła Foucaulta Umberto Eco.
Opowieść Dżigita
Opowieść tę należy przeczytać kilkukrotnie i przedstawić ją PB własnymi słowami – w żadnym wypadku nie można wysilić się na przeczytanie jej wprost. Pamiętaj o narracji tejże historii w ustach Dżigita, najprościej chyba stylizować na język rosyjski.
Jam jest muślim, czyli wyznawca Allaha. Tu u was, u Lachów, jestem jako nic, jako ten pies traktowany. Między muślimów toże wrócić nie mogę, tam ja też jako pies – matka moja była z Tatar, praojciec zaś z Arabów ród swój brał, zacz wychowany byłem w ordzie, a teraz żyję między Lachy. Jam jest jako ten pies, co to z różnych ras pochodzi. Jam nawet nie jest szlacheć u Lachów, bo to robię jako insi kożemiacy.
Jam Dżigit był synem Jaliara, on zaś Gyzmana-Ursusa, ten był synem Butata, co to z Daniara pochodził, ten z Najmandega, Najmandeg z Edigeja-Emirza, który w Arabiey był potomkiem Mahometa. On też tako jako i pozostali aż do mnie byli Islam (oddani Allahowi). Edigej-Emirz wypełniał fard zgodnie z szarią na Siila – lecz tyś Lach, co to nic nie wie. Szaria obok Koranu i Hadisu to autorytet, którym kieruje się każdy muślim w swoim żywocie, reguluje całe życie, to prawo naszej wiary, które dzieli się wedle postępów na pięć rodzajów.
I tak: haram eta czyny zakazane i karalne; makruh – czyny godne nagany, lecz niekaralne; gaiz, mubah – czyny dozwolone, prawnie obojętne; mustahabb – czyny godne polecenia, chwalebne, spełnienie ich jest nagradzane, a zaniedbanie nie podlega karze; fard to czyny uwzględniane za bezwzględną powinność, których wykonanie ma być nagrodzone, zaniedbanie ukarane przez prawo.
Mnogo przed Rokiem Ucieczki1 Iblis – po waszemu Szatan – Pan i Ojciec wszystkich demonów, będący uosobieniem wszelkiego zła, spłodził dwa demony o imieniu Dżann i Dżinn. One zaś spłodziły siedemdziesiąt po tysiącu plemion demonów, te zaś płodzą następne, mnożą się i rozłażą, by wszędzie nękać ludzi. Jednym z plemion było plemię Siila, czyli diabły po waszemu, ukrywają się w ciele człowieka, żywiąc się krwią i ciałem innych ludzi. Jak mówi sura dwudziesta trzecia Koranu: Niektórzy z nas pozostają w Barzakh, czyli stanie, w którym od dnia śmierci do dni Al-Kijama (czyli Zmartwychwstania) niegodziwcy przeżywają karę grobu. Córka Miłosiernego i Litościwego Allaha, Manat (Przeznaczenie), obdarzyła Edigeja-Emirza wypełnianiem fard na Silla, tropił je i zabijał, gdy córa Allaha, Lat (Słońce), była w swej krasie. Nocą, gdy panowała córka Uzza (Księżyc), krył się, gdyż Siila nabierały wtedy większej siły i Edigej-Emirz był za słaby, by z nimi walczyć.
Poniższe cytaty pochodzą z Koranu., podano je, by ubarwić postać Dżigita w Akcie II.
W imię Allaha miłosiernego i litościwego, Chwała Bogu, Panu Światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami, nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą
 Al-Fatiha Al-Kuran (Otwierajacą Recytacja)
Ašhadu ʾanla ilāha illal-Lāh, wa ʾašhadu ʾanna muḥammadan rasūlul-Lāh, czyli Zaświadczam, że nie ma Boga prócz Allaha, i zaświadczam, że Muhammad jest posłańcem Allaha.
 Szahada, czyli wyznanie wiary, jest powtarzane przez muzułmanów w trakcie modlitwy, którą prawowierny muzułmanin powinien odmawiać pięć razy dziennie.
1 Wyznawcy Islamu mają odmienny kalendarz, miesiące zwą księżycami, lata zaś liczą od roku ucieczki proroka z Mekki do Medyny, czyli Anno Hegirae (622 AD). Dla muślimów AD 1585 rok to 963 AH. (Nie jest to takie proste, nie wystarczy odjąć 622 od 1585. Do przeliczania lat na kalendarz muzułmański służą specjalne tablice. – przyp. Michał Mochocki)

Słów kilka z języka tatarskiego, które PB usłyszeć może od Dżigita
beg – tytuł majątku, pan na ziemi
bagadyr – bohater
krymka -czapka noszona przez tatarów
kiesa – torebka
końce – tatarskie dzielnice lub części ulic zamieszkiwane przez tatarów
firka – rzecz lichej wartości
czachczery – spodnie wojskowe z białego płótna

Opisy

Pan Działosza został stworzony przeze mnie i pierwszego PG testującego niniejszą przygodę. Wybraliśmy wspólnie te cechy postaci, które są najważniejsze dla tejże biesiady. Nic nie stoi na przeszkodzie coby stworzyć innego PB bądź wykorzystać swego ulubionego. Nadto ważne jednak jest, by był to PB żonaty i wielce miłujący swą żonę, sumienny i uczciwy człek, przedkładający raczej naukę nad rąbanie, lubo jakowyś hreczkosiej, choć to nie jest najważniejsze, z magią zaś ostrożny. Jeśli będzie złamany przeciwnościami losu i niespełnionymi dążeniami, nada to jeszcze większej głębi PB.
Żona Pana Brata, Agnieszka, jest niską, drobną kobietą. Jest śliczną brunetką, z dużymi szmaragdowymi oczkami, usta spowija cały czas szczery i prawdziwy uśmiech.
Żona PB winna spełniać jego oczekiwania, tak więc przed biesiadą dobrze, aby Starosta poznał jej wygląd, osobowość, tak jak wyobraża sobie to PG.
Dżigit to twardy i bystry Tatar, odznaczony tytułem szlacheckim za zasługi podczas kampanii moskiewskich. Jest szlachcicem brukowym, kilku jego Lipków kożemiaków (garbarzy) pracuje w warsztacie, wyrabiając różnorakie przedmioty ze skóry. Człek to niezadowolony ze swego życia (nie wie, ile dokładnie ma wiosen, na pewno powyżej 30). Gdyby nie jego pochodzenie i kondycja, byłby już dawno temu ożeniony z Agnieszką z domu Biedrzyńską, czarna polewka zatruła mu duszę… Już dawno odżegnał się od czarostwa, choć wszyscy mawiali na niego Aksak (lis) podczas wojen – był chytry, a z każdej zasadzki cudem uchodził, a zwinnie niczym jaszczurka.
Dobrze mówi po polsku, głębokiej wiary Allahowej jest to człek. Gdy mu się przyjrzeć dłużej (i bez czapy barankowej, spiczastej z kutasikiem), widać, że niższy jest wzrostem od przeciętnych Lachów, lecz solidnie zbudowany. Spojrzenie jego bystre i przenikliwe, podle wysuniętych policzków broda trójkątna. Obnosi się we wzorzystych kontuszach, a przewiązuje nie pasem, a sznurem wielobarwnym. Mimo wieku swego ciało jego znużenia nie zna, dni całe potrafi przesiedzieć, doglądając swoich kożemiaków. Krzepy niezgorszej, niewykształcony, acz fantazyą pierwszego lepszego hreczkosieja przewyższa. Splata często dłonie na piersi, stara się być uprzejmy i układny. Spójrz też do Opowieści Dżigita.
Gabryjel Niemyjski h. Łazanki służy na zamku oświęcimskim. Twierdzi, że Bóg jest najważniejszy, lecz tu na ziemskim padole najważniejsza jest Rzeczpospolita, i to za nią oddać może wszystko. Dosyć silny i zwinny, mądry i z wielką fantazyą, jak na hultaja przystało, nikomu nie przepuści, by go szabelką po żebrach nie pociąć, jeśli w drogę wejdzie. A szabelka jego cenna, bo i podobizna władcy najdroższego, Króla Batorego, na niej widnieje. Sam jest sierotą podlaskim z Biczyna, co to od Drohiczyna ze trzy mile stoi. Matka jego z Kręglickich, bachła w staw omylnie, a że pływać nie pływała, to się potopiła. Tatko zaś w walkach z parszywymi Moskwicinami ducha wyzionął. Niemyjscy zaś podobnież ród wywodzą już od krzyżowych wypraw, gdzie pradziad pana Niemyjskiego wsławił się wielkim czynem, a było to tak, że…
Pan Niemyjski to okrągłej twarzy człek z wiecznym rubasznym uśmiechem, wąsem sięgającym do piersi, a łbem tak wysoko podgolonym, że małowiele na nim włosów. Brzuszysko z piwska mu przez te dzieści lat tak urosło, że stół musi mieć na łokieć odsunięty od siebie.
Opsesja to kobieta niespotykanej urody, o brwiach jako u Moskwicina gęstych, pełnych karminowych ustach, ślicznej jasnej cery, oczach nieco zbyt dużych, acz pięknych. Niejeden oddałby wszelkie kosztowności, krzyżem leżałby dniami całymi, byle chciała się ona wydać za niego. Ubiera się we francuskie szerokie płaszcze z obszernymi kapturami. Każdy, kto nawet obok niej się zatrzyma, nie wiedzieć czemu odczuwa dziwne zakłopotanie i skrępowanie.
Jako że Opsesja odgrywa bardzo ważną rolę w dyariuszu, musisz przeczytać cały tekst, by poznać jej cechy, wady itp.
Oktawian nie jest tym, za kogo się podaje, podobnie jak i Opsesja, dlatego również w dyariuszu znajdują się wzmianki o jego aktualnym zachowaniu i postępowaniu w danej scenie.
Oktawian podający się za księdza z kościoła św. Mikołaja ma ostre rysy twarzy, przycięte krótko siwe włosy i głęboko osadzone zielone oczy. Prawy policzek ma zorany blizną sprzed wielu lat, o której mówić raczej nie chce. Przebywając obok niego odczuć można, iż Oktawian to człowiek obdarzony wielkim mirem i charyzmą. Mówi bardzo wolno i wyraźnie, jak gdyby chciał ważyć każde słowo, które wypowiada.

 Gdzie tu prawda, czyli co in eo generae wie Starosta?

1. Opsesja lub Opses to wampir, jeden z najbardziej potężnych w kraju, ba, nawet w całej Europie. Opses jest szalony, kieruje się swoimi pobudkami i zasadami, które przez stulecia wypaczyły całkowicie jego postępowanie. Uważa, że sam może decydować o tworzeniu własnych sług – ghuli (poi ich swą krwią, która daje ludziom nieśmiertelność, lecz także ich od niego uzależnia – sprzedaje im swą krew, a jej cena rośnie każdej pełni – vide ostatnia scena dyariusza); a nawet swoich Potomków (tu z kolei uważa, że Potomkiem jego może być tylko ktoś na równi szalony – dlatego niszczy duszę i wolę tychże osób). Wydaje mu się także, iż jego Synem może stać się tylko osoba umierająca, która zgadza się na Przemianę (oczywiście i tak nikt nie wie, na co się zgadza).
2. Opses kiedyś trafił w Krakowie na młodego PB, a jego skłonności ku nauce wydawały mu się nieprzeciętne, więc już wtedy go śledził. Jednak Oktawian stale depczący mu po piętach (na długo przed wydarzeniami opisanymi w dyariuszu) sprawił, iż Opses musiał uciekać z Krakowa, a co za tem idzie, stracił trop PB.
3. Wróciwszy do Krakowa po jakimś czasie, zainteresował się inną osobą. Był nią Pieczora, człowiek wielkiego umysłu, chcący zgłębiać tajniki magii. Opses przeszedł do działania: podpalał jego dom, nasyłał ghuli, by go okradli etc.
4. Minął pewien czas, gdy chyba tylko dziwny traf sprawił, iż Opses dowiedział się, gdzie mieszka PB. Odnajdując poprzedniego wybranka, zrezygnował zupełnie z Pieczory (zgnębił go tak, że karczmarz będąc u kresu sił myśli tylko o samobójstwie) i udał się w kierunku Żywca (tam ma swój dwór imć Działosza).
5. Podczas przeprawy przez rzekę znów trafem napotkał PB i jego żonę, jadących do Krakowa. Tym razem wcielił swój plan w życie szybciej, niżby się mogło zdawać – żona PB stała się jego sługą już w momencie przeprawy przez Wisłę – patrz Zagajenie.
6. Potem w Akcie I w króciutkiej reminiscencji PB wspomina sobie, jak to jeden ze sług (ghuli) Opsesa, Szot, okradł go z pieniędzy. (Jeśli miał przy sobie corpus delicti, to i z niego – owe corpus delicti później i tak dostaną się w ręce Zamoyskiego za sprawą samego Opsesa, który prześle je rękoma jednego ze sług z pobudek patriotycznych. Mimo tego, że musi żywić się krwią, czuje się Polakiem).
7. Sam Opses pod maską kobiety wcześniej tropił PB w przechadzce po Krakowie, a potem grasował pod osłoną ciemności w domu Dżigita.
8. Również z woli Opsesa PB staje się świadkiem śmierci Pieczory. Opses już wcześniej (wtedy, gdy odnalazł PB) postanowił pozbyć się karczmarza.
9. Picatrix to nic innego jak próba rozszyfrowania przez karczmarza tajemnic magii, a co ważniejsze, Kainitów. Znaki z ryciny pierwszej to odwrócone imię Opsesa – ot, taka jego fantazya, by pozostawiać ślad po swej szalonej działalności.
10. Nocny atak żony jest niczym innym jak pokornym spełnianiem poleceń Opsesa.
11. Sen rozpoczynający drugi akt to skutek wydarzeń oddziałujących na umysł PB.
12. Frustracja Dżigita spowodowana jest całokształtem jego życia, dziedzictwem i nadnaturalnymi cechami odziedziczonymi w nikłym stopniu po praprzodku, który był już wtedy łowcą Wampirów, zwanych przez Arabów Siila.
13. Oktawian wspomniany wcześniej jest równie potężnym Kainitą co Opses – jest Egzekutorem, występującym w roli księdza w kościele św. Mikołaja. Krwawe łowy na Opsesa oraz ustawiczne łamanie przezeń Maskarady nie dają mu spać (oczywiście za dnia). Oktawian jest bardzo sprytny, a co za tym idzie, sam „podstawia” się Dżigitowi jako egzorcysta i snuje własną intrygę (przez tyle czasu poznał już nieco szalone metody działania swojego wroga). Pomimo jego szczerych chęci uratowania żony PB, umiera ona w kościele, a Oktawian tai ten fakt, by wykorzystać PB do zabicia Opsesa.
14. Nie podejrzewający niczego Opses pojawia się tuż przed świtem u PB, by „spłodzić wreszcie swe Dziecko”, tym razem przybrawszy postać żony szlachcica. Przeszkadza mu w tym, jak wiemy, Dżigit, lub jeden z jego pracowników.
15. Oktawian kolejnego dnia stara się wysłać PB do apteki jako „płotkę” na „grubą rybę” i tam zabić wszystkich: Opsesa, śmiertelników i PB (jest nieufny i boi się, że PB lub ktoś z obecnych w podziemiach wie coś więcej na temat społeczności Kainitów). Szalony Opses jednak własnym ciałem osłania swego potomka, by potem schronić się pośród ruin i zapaść w letarg.
Reszta historii dopisana jest już po wielu, wielu latach w pewnej karczmie, w której przebywa stary, zniedołężniały PB. A jak już prawdopodobnie wiesz, Starosto, rozdział Gdzie tu prawda czyli co in eo generae wie Starosta? przeznaczony jest wyłącznie dla twoich oczu. Dodatkowe informacje, czyli Summa totius opusculi, czyli co in eo generae wiem ja, to jest obszerny komentarz Autora i alternatywne zakończenia dyariusza, znajdziecie w dalszej części tekstu.

Rafał Działosza
Pana Brata opisanie co to najważniejszy dla tejże opowieści,
czyli szlachetnie urodzonego Waszmość Pana Rafała Działoszy herbu Rogala,
co 31 wiosen na tymże padole przeżył,

piórem częściej Staroście Żywieckiemu służąc niźli szabelką, co wcale zasług jego nie umniejsza.
Pan Działosza pisarzem na dworze Pana Komorowskiego Piotra jest. Marzy o tym by zostać pisarzem nadwornym, królewskim, jednakże ogarnia go zwątpienie i brak nadziei – ma już 31 lat i wie, iż to już nieco za późno. Lęka się śmierci nagłej a niespodziewanej, z magią stara się być ostrożny i nie mieć z nią bliższych kontaktów. Ceni nade wszystko sumienność, przyjaźń i uczciwość, lubi wykazywać się swym wykształceniem i dobrym zachowaniem. Nade wszystko zaś rozbawić go można ciekawą facecją i takimi też cechami obdarzone osoby stara się spraszać do swej kompanii. Nie znosi przejawów wszelkiej nietolerancji, chamstwa, braku poszanowania dla nauki. Afekt odczuwa do osoby co prawda odmiennej kondycyi, bo żyd to Mosiek z karczmy żydziej kole Zatora. A o wielkiej miłości, jaką żonę otacza, nie lza wspominać. Usposobienie jego takowe same jako u niedźwiedzia śpiącego – miś potulny we śnie, lecz gdy go rozbudzić… Credo życiowe z Biblii czerpie, gdyż człekiem jest ci on głębokiej i silnej wiary. Na zamku żywieckim mówią o nim ”Mości Panie, jako to w zwyczaju”, jako że zgoła co pół chwili to powtarza.
Słaby człek i małowielki z Pana Rogali i niezbyt zwinny, przez co bardziej skłonny do pióra niźli bijatyki. Człek to sapientii niepośledniej, a i fantazyi niemałej. Studium Teologiczne ukończył to i Gramatyki, Retoryki, Dialektyki, Arytmetyki, Eometrii i Astronomiji, więc i nauk wyzwolonych łyknął co nieco. Otacza się niewielkim mirem, zna wyśmienicie łacinę, by nie wspomnieć o tym że i z hebrajskim sobie radzi. Gorzej mu już idzie na polowaniach, lecz w szabli biegły dosyć. A szablę od pewnego ś.p. Imć Pana Karasia posiada, wedle jego woli, bogatą, a cenną w srebro i klejnoty oprawioną. Kolasą częściej wozi się niźli wierzchem, ród jego szlachetny od kilku pokoleń to i nietrudno mu genelaogije wywodzić, z heraldyki zaś Małopolskę prawie całą zna.

Summa totius opusculi czyli co in eo generae wiem ja

W naszej piramidzie jesteśmy jednocześnie tworzywem i twórcą, nie mogę być nimi jednocześnie.
"Rejs"
Rzadko zdarza mi się spisać dyariusze, które uczestnicy moich zabaw pamiętają długo – ten spełnił moje oczekiwania. Wiem, że źle interpretować twór, którego jestem autorem, lecz pozwólcie, że napiszę kilka słów o tymże dyariuszu.
Ideą, głównym motorem twórczym, a przede wszystkim początkowym pomysłem był teledysk grupy House of Pain do utworu Fed up, bodajże z Emilio Estevezem. Chciałem, aby sprawcą wszelkich nieszczęść był pech głównego bohatera, spowodowany przez złośliwość diabła Opsesa, chcącego zabawić się Panem Bratem. Dopiero długo potem dochodziło wiele innych elementów, których fundamentem stały się wampiry zaczerpnięte z gry Vampire: The Masquerade. Z kolei z drugiej strony nie ukrywam, że podziwiam Umberto Eco i powieść- klucz opartą na scenach, w których to Pan Brat rozwikłuje zagadkę – była moim priorytetowym pomysłem na dyariusz. Nie udało mi się tylko osadzić niniejszego dyariusza w małej, hermetycznej scenerii, jaką mógłby być dworek – żałuję, gdyż urąga to opowieści grozy (co prawda nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by biesiada toczyła się w innym mieście lub czasie – trzeba tylko obdarzyć Pana Brata w zagajeniu inną czarną sakwą, czyli corpus delicti dla innego Starosty, lub większą ilością pieniędzy).
Co do intrygi, chciałem, aby fabuła opowieści była skomplikowana – dlatego przed Panem Bratem postawiłem tyle różniących się wyjaśnień: fałszywego księdza winiącego diabły, Dżigita winiącego jakoweś Istoty, jak i samą Opsesję, która kiedyś może wyjaśniłaby Panu Bratu, czym i kim są Synowie Kaina, czyli Wampiry (w początkowej wersji był jeszcze żebrak pod kościołem Piotra Skargi – lecz on już tak wszystko zagmatwałby Panu Bratu, że zrezygnowałem z niego).
Lubię dylematy moralne (tylko podczas biesiad oczywiście), takoż starałem się przepełnić nimi dyariusz – wychodzą one lub nie dopiero podczas biesiady. Odniesienia i rozważania – nie chciałem, by biesiada przypominała zwykłą przygodę grozy – stąd też za każdym razem prosiłem, by Panowie Bracia, uczestniczący w tejże biesiadzie, przejrzeli choć księgę Janusza Tazbira pt. Szlachta i teologowie, by móc potem ustami Oktawiana prowadzić dysputę na tematy religijne (w nocy, czekając na Opsesa). To samo tyczy się czasu biesiady – toczy się ona przed szalejącym sejmikiem w Proszowicach, a Niemyjski to doskonały kandydat na dysputy polityczne w Pieczorowej Karczmie na temat konfliktu pomiędzy Zborowszczykami a królem. Zresztą i owe corpus delicti, które skradziono, omówiłem w moim opracowaniu Sprawy Zborowskich – tu zaznaczę tylko, że są to listy kompromitujące króla Batorego, a nawet mówiące o planowanym zamachu na niego przez tłusty ród Zborowskich.
Otoczka całej biesiady to raczej standard: początkowo dyariusz spisany na „zniszczonym kawą” papierze, wiele świec (np. gasiłem je przed atakiem żony w I Akcie i zapalałem dopiero w Antrakcie), Pismo Święte. Żadnych petów, pecetów, chipitos, mkkafe gajos – na rzecz tokajku, winka, piwka, a w konieczności wody (gorzałka już źle wpływa w nadmiarze na zabawy); raz zdarzyła mi się kasza ze skwarkami w antrakcie.
Organizowałem biesiady możliwie późno, gdy nie jeździły już typowe kolasy: maluch z napisami rh+/-0, Hołek-Matołek 666. Muza, jaką puszczałem wkoło, niczym to koło młyńskie, to kilka wybranych utworów z Machiny pt. Barszcz Ukraiński, wydanej w stosownym do filmu Ogniem i Mieczem czasie (kiedyś też najlepsze sample muzyczne z GOD IS LSD Spirit is Suicide). Dobrze prowadzi się też na ognisku samowtór.
Co do samowtór, wspaniale jest mieć Podstarościch: Dżigita, Niemyjskiego, Oktawiana, nie mówiąc już o żonie Agnieszce. Szczerze jednak mówiąc, czyniłem to bez nich – nie każdy przestrzega zasady ciała astralne głosu nie mają, a wielce ważna to zasada. Poza tym zalecam podstawowe zasady zabaw – nullus numerorum, alearum, i przede wszystkim theatrum, czyli do czasu, gdy Starosta nie zarządzi antraktu, o ile to możliwe, nie można wracać do realnego świata nawet aluzjami. Pomysł na pisarza Działoszę był mój, wszelkich wykończeń tejże postaci dokonał mój pierwszy testor biesiady (oddaj kpie etc coś winien WMP Tomkowi). Niemca krakowskiego zmieniłem na Dżigita, aby zapoznać moich Panów Braci z muślimami i ich obyczajami wedle zasady: bawiąc się, uczmy.
Swego czasu WMP Michał Mochocki napisał w liście do mnie, znając tylko skrawki tejże biesiady, że niewielu Panu Braci grających w Dzikie Pola posiada żony, niewielu chce uczestniczyć w roli Podstarościego etc. Zupełnie się z nim zgadzam. Ten dyariusz nie jest godzien opublikowania w czasopiśmie, napisałem go tak szczegółowo, ponieważ po prostu tak chciałem. Oczywiście istnieje możliwość zmodyfikowania go w taki sposób, by uczestniczyła w nim cała Swawolna Kompania – ja jednak nie zrobię tego nigdy. Dlaczego? Ano dlatego, po pierwsze, że osamotnienie to jedno z założeń opowieści grozy, a po wtóre, że trudno jest tworzyć opis dla kilku Panów Braci. Każdy z nich postrzega świat zupełnie inaczej, inaczej odbiera otoczenie, inaczej więc winien wyglądać opis dla wrażliwego pisarza, inaczej dla pijanicy, a zatem cały dyariusz byłby spisany zupełnie odmiennie. Zawsze, gdy dane jest mi organizować niniejszą biesiadę i Pan Brat odgrywa rolę WM Rafała, powtarzam cały czas jako to w zwyczaju – bo i tak mawia ta postać. Czyżby zatem zabawy ze Swawolnymi Kompaniami nie miały u mnie racji bytu? Nie, po prostu Veni, Vidi, Vici? potraktowałem nie jako samotną przygodę do gry fabularnej, lecz jako inny rodzaj zabawy.
Kolejną ważną sprawą jest styl biesiady, w jakim winna ona być prowadzona – dla niektórych Starostów może być on odmienny, dla innych zły, dla innych dobry. Zdarzyło mi się prowadzić tę biesiadę w formie wspominek, wszystkie akcje podejmowane przez Pana Brata deklarowane były w czasie przeszłym np. uderzyłem ją – po to skonstruowałem w antraktach wątek równoległy i uwierzcie mi udały się one wyśmienicie (prawie rok później WMP Michał Mochocki, nie znając mojego pomysłu, omówił to naprawdę bardzo dobrze w Portalu #2).
Kolejna innowacja to prowadzenie przez Pana Brata sylvy po skończonej biesiadzie – zawsze prosiłem Panów Braci, by po biesiadzie opisali „ręką pisarza – bohatera tejże opowieści” wydarzenia, w których dane było im uczestniczyć. Niektórzy z nich zapomnieli o tym, lecz kilku zgrabnie to opisało. Obecnie biesiady traktuję jako zabawy, nie jako sesje gier fabularnych. Stąd też uczestnicy moich zabaw nazywani są Panami Braćmi, nie Graczami, oni mnie określają, o ile to konieczne, tylko pierwszym członem nazwy prowadzącego, czyli Starostą. A wszystko to stało się za sprawą czteroczęściowej serii artykułów Chrisa Kubasika przedrukowanej w Magii i Mieczu w numerach 5-9/98. Uwierzycie mi, że poczułem taki sam dreszczyk emocji, jak podczas pierwszego zetknięcia się z grami fabularnymi?
Całkowicie moją innowacją jest już pozbawienie PB bierności podczas biesiad (choć nie wykluczam, że ktoś gdzieś prowadzi bądź prowadził swe zabawy w ten sposób). O co znów chodzi – ktoś zapyta? A o to, że większą część przeciętnej sesji gry fabularnej jeden z uczestników, zwany Mistrzem Gry, gada. Przypomina to lekcję szkolną – profesor mówi, uczniowie jedzą kanapki lub psocą. Adekwatnie jest podczas sesji, tyle że gracze przeważnie chcą grać, uczniowie przeważnie nie chcą się uczyć. Jak zatem sprawiam by Panowie Bracia nie byli pasywni podczas biesiad? Poprzez ich pomoc w tworzeniu biesiady – postaram się to omówić w kilku słowach.
Panowie Bracia tworzą sami sceny mające wpływ na opowieść. Moi znajomi, z którymi gram dosyć długo, dla przykładu tworzyli wątek równoległy umieszczony w I Akcie, w momencie, gdy Dżigit i Pan Brat wracali na ulicę Szewską z karczmy Pieczorowej. Jak to zrobić? Przed biesiadą, kilka dni wcześniej, mówiłem (gdy zapoznawali się ze swą postacią), że zamierzam poprowadzić dla nich opowieść grozy i chciałbym, by stworzyli jakąś krótką opowiastkę, w której i ja mógłbym uczestniczyć. Informowałem ich o celu owej opowiastki (powinna ona opowiadać, jak Pan Brat zapoznał się kiedyś z Lipkiem Dżigitem), nastroju (wątek równoległy powinien zawierać elementy grozy), tło pozostawiałem dowolne. Poza tym opowiadałem im, kim jest Dżigit (i znów później w Portalu pojawił się Bajarz).
W innych moich zabawach uczestnicy często tworzą wiele takich scen (niewpływających tylko obiektywnie, lecz i pozytywnie oraz negatywnie na ich losy!), co sprawia, że monologi każdego z nas zajmują tyle samo czasu. Logika i spójność są dla mnie tak samo ważne, jak całokształt zabawy, czyli tzw. grywalność przygody Zastanawiałem się nad wieloma aspektami, które mogłyby mieć wpływ na zabawę. Wkładając w V, V, V? tyle czasu nie mogłem pozwolić sobie na to, by Pan Brat przerwał mi biesiadę, by rzec: Słuchaj, to jest niemożliwe, tak w tamtych czasach nie było! Nie wykluczam błędów i niedopatrzeń, nikt nie jest nieomylny, staram się jednak być zapobiegawczy, a co za tym idzie, chyba zbyt precyzyjny – precyzyjność w nadmiarze zaś rzutuje na niekonsekwencję działań, co obfituje w tzw. niedokończone historie. W początkowej wersji V, V, V? miała być dyariuszem do mojego artykułu, mającego być swoistego rodzaju crossoverem V: TM i DP. Nigdy nie widziałem Vampire: the Dark Ages i sprawiało mi to pewien problem. Nie znałem też nikogo, z kim mógłbym na ten temat poprowadzić rozsądną konwersację. Wiedziałem jednak, posługując się moją skołotaną logiką, niczym to koło młyńskie, co następuje:
Primo: Kainici XVII wieku Korony Obojga Narodów byli zapewne zupełnie odmiennymi Istotami od tych, które dane jest nam napotykać w dzisiejszym Świecie Mroku.
Secundo: Synów Kaina nie było tak wielu, jak ma to miejsce w dzisiejszych czasach. Synów Kaina (postanowiłem, by tak się zwali między sobą) w całej Rzeczypospolitej było kilkuset (w dzisiejszych czasach jeden przypada – wedle Marka Reina-Hagena, autora V: TM – na 100 000 osób i taki też zastosowałem przelicznik), a zatem około stu Synów Kaina było rdzennymi mieszkańcami Polski i Litwy. Pozostali byli uciekinierami z innych krajów Europy. Co spowodowało tak olbrzymią migrację, nie trzeba chyba pisać: szalejąca Inkwizycja, stosy i procesy.
Tetrio: Pokolenia Synów Kaina. Najmłodszym pokoleniem Kainitów w XVI/XVII wieku wydawał mi się członek Rodziny z VI pokolenia, wg. V: TM zwany Starszym – wtedy jednak Oni nie mogli zwać się Starszymi, Matuzalemami ani Przedpotowymi. O pokoleniu świadczyła Rodzina Kaina – każdy mógł wywieść swój ród aż do samego Kaina. Wampiry, podobnie jak szlachta, lubują się w genealogii.
Quarto: transformacja zasad z V: TM do DP. Tu już powoli zaczynałem pasować nad całokształtem V, V, V?. Wszyscy ówcześni Synowie Kaina dysponują olbrzymimi mocami zawartymi w swej krwi i dlatego każdy test wykonywany przez nich może być powtórzony dwukrotnie – tak miało brzmieć jedno zdanie z owego crossoveru, doszedłem jednak do sensownego wniosku, że wszelkie opracowania transformacji mechanicznych aspektów gry nie mają sensu. Roztropni Autorzy DP nie podali charakterystyk Upiorów i im podobnych istot, i za to im chwała. Jak można przeliczyć Odwagę Pana Brata na Odwagę Kainity? To tak samo jak gdyby zastanawiać się nad różnicami w instynkcie przeżycia np. tygrysa szablastozębnego i tygrysa współczesnego.
Quinto: doszedłem do wniosku, że PB podczas biesiad nie mogą wcielać się w rolę Synów Kaina, jednak mogą to robić Panowie Podstarości. Raz na kilka lat organizowania biesiad Starosta Gry może dopuścić najlepszego z Panów Graczy do odgrywania takiej roli, pisząc zaś V, V, V? postanowiłem doprowadzić do takiej możliwości.
Sexto: V: TM stał się wielce popularny, pewnikiem dzięki mocom Kainitów. We wszystkich domach zagościły śmieszące mnie dziś świeczki, grozy i strachy na lachy – ja zaś z natury nie lubię tego, co modne. Tu już byłem pewien, że crossover V: TM i DP jest zbędny, a V, V, V? dokończyłem, choćby ze względu na żal czasu, który roztrwoniłem nań.
Co zaś się tyczy Epilogu – biesiada ta ma otwarte zakończenie i o ile nie podoba się komuś to przedstawione w V, V, V?, można ją zakończyć na wiele innych sposobów.
Przykład 1: Starosta Zawichojski to Opses, który znów zmienił się w kogoś innego – wyłuszcza Panu Bratu w Gdzie tu prawda…? i albo znów prosi Pana Brata, by ten stał się Synem Kaina, bądź zaspokaja swój głód starą krwią Pana Brata do syta, czyli Pan Brat umiera. Tajemniczy obserwator z wątku równoległego spod karczmy to nikt ważny.
Przykład 2: Starosta Zawichojski to były, zniedołężniały Łowca Czarownic. Tropił Opsesa, gdy starosta mówi ostatnie słowa w Gdzie tu prawda…?, morduje ich podsłuchujący Oktawian (mniej więcej tak samo może być to Opses):
Silny wiatr wdarł się przez otwarte z hukiem drzwi. Zdać się może, że dla Pana Brata, Starosty i onego cudzoziemca czas stanął w miejscu. Człek, choć nie mógł być to człek (ze względu na grację i szybkość, z jaką się poruszał), zamordował gości karczmarza i jego samego w zatrważającym tempie i z zadziwiającą precyzją. Jeno chwilę trwało dla niego zabicie cudzoziemca, karczmarza i Starosty Zawichojskiego.
Starosta padł jako pierwszy – nie zdążył wydobyć nawet słowa. Francuz dobył broni, lecz odziany na czarno zabójca wytrącił mu ją z dłoni, w tym samym czasie żyd palnął dzbanem w łeb tajemniczego adwersarza, lecz niewzruszony niczym zabójca przedźgał na wylot ostrzem tchawicę cudzoziemskiego kawalera. Karczmarz nie zdołał już odskoczyć, ostrze wprawnie wyciągnięte z szyi na odlew trafiło nadle pejsów starozakonnego. Jęcząc i rzucając się w konwulsjach, dogorywał.
Pan Brat, będący już w podeszłym wieku, nie mógł nawet powstać zza stołu, nie od miodu jednak, lecz stale dręczącego go krzyża. Nieznajomy zatrzymał się, spojrzał w stronę Pana Brata, tę twarz jednak Pan Brat rozpoznałby wszędzie… To On, skąd tutaj? Oczy Pana Brata zaszły mgłą. Usłyszał tylko: „Memento Mori, niepotrzebnie bajasz przygodnym podróżnym o naszej komitywie”. Życiodajne siły opuszczały Pana Brata, czuł, jakoby serce jego przestawało bić, czuł głęboką ranę, przez którą uciekała krew.
Egzekutor Oktawian upuścił bezwładne ciało Pana Brata. Lata temu dopełnił Lextalionis na Opsesie ukrywającym się przed Krwawymi Łowami. Dziś, po kilkudziesięciu latach, tu w Krakowie, przypadkowo odnalazł śmiertelników, z których jeden był tylko przynętą na potężnego Potomka Kaina – Opsesa. Zaspokoił swój głód śmiertelnikami, którzy zbyt wiele wiedzieli o Pierwszej Tradycji – Tradycji Maskarady.
Wszelkie omawiane przeze mnie fakty i wydarzenia z biesiady w Gdzie tu prawda, czyli co in eo generae wie Starosta? mają pokrycie w atrybutach, mocach i dyscyplinach z podręcznika głównego V: TM – zgadnijcie sami, które gdzie zostały użyte, nie będę Wam ułatwiał tej sprawy.
Myślę, że jeśli znajdę nieco więcej czasu, uda mi się skończyć prequel do V, V, V?, opowiadający o losach Waćpana Działoszy i jego kompanionów na niedługo przed wydarzeniami opisanymi w nniejszym dyariuszu. Znajdzie się tam przede wszystkim odpowiedz na pytanie, skąd PB pozyskał corpus delicti, w jakich okolicznościach poznał Pana Karasia – ot, typowa biesiada spod znaku „kontusza i szabli”. Ciąg dalszy pewno będzie do V: TM i powiązany z przepowiednią z Picatrix, w której mowa o Końcu Cyklu. Życzę wszystkim miłych zabaw, sobie i Wam zaś lepszych opracowań od V, V, V?.

Opisy miejsc niektórych występujących w V, V, V?

„Sub Aethiopibus” czyli „Apteka pod Etiopy”

Imaginowana – budynek faktycznie istnieje do dziś, jednakże wszelkie fakty są wymyślone przeze mnie.
„Apteka pod Etiopy” zwana jest też przez niektórych „Apteką pod Murzynami”, a wywodzi swą nazwę od płaskorzeźby przedstawiającej dwóch Murzynów wspierających narożne piętro budynku. Prowadzona jest przez zacnego Włocha Aromatariusza, a umiejscowiona tuż za Bramą Floriańską. Praktycznie każdy krakus może wskazać do niej drogę. Specyfiki Aromatariusza szanowane są w całej Małopolsce, jeśli nie w Rzeczypospolitej. Aptekarz (z łac. Pharmapocola, Apothecarius) preparuje i doradza, jakich używać specyfików (a jako to w zwyczaju: tych droższych), niekiedy potrafi też pomóc w chorobie.

Apteka

Mocny i solidny, piętrowy, choć małowielki budynek, do którego wchodzi się przez solidne, okute, dębowe drzwi (w ciepłe dni są stale otwarte, zimą zaś lza zakołatać pierścieniem w nosie maszkarona wyobrażającego Etiopa). Obok drzwi znajdują się w ścianie mniejsze, zamykane kłódką drzwiczki prowadzące bezpośrednio spod rynsztoka do piwnic apteki. Piwnica to chłodne i wilgotne miejsce, w którym aptekarz trzyma zapasy mięsiw, ryb, kapusty i przede wszystkim pokaźne ilości bek z włoskimi winami, które oczywiście też sprzedaje w aptece – nie mają one sobie na pewno równych w całym Krakowie.
Za drzwiami głównymi znajduje się dosyć duże pomieszczenie z rzędami półek na ścianach, na których stoją dziesiątki flakonów, butli, buteleczek i słoików, puzder zawierających flasze różnej formy i pojemności (niektóre oprawne w srebro). U powały mnóstwo ziół podwieszonych, prawy róg zajmuje duży piec (na którym aptekarz przygotowuje również posiłki dla siebie) i ustawiony obok niego wielki stół okuty blachą, pełen alembików sprzężonych z retortami, chłodnic, flasz i palników. Na klepisko nabite były kiedyś deski, jednakże Aromatariusz zerwał je poprzedniej zimy, kiedy się zapaliły. Wszędzie naleźć można antidota różnorakie, kamfory, turbity, draganty, mastyki i insze ingriedencye, które Aromatariusz preparuje i sprzedaje. Pomieszczenie wypełnione jest tyloma aromatami i zapachami, że rzadko kto tu wchodzi, nie kichając. Przeważnie wewnątrz siedzi jakaś osobliwa matrona, której aptekarz doradza, jaki specyfik usunie jej dolegliwości. Lewą część tej wielkiej izby zajmują schody prowadzące na piętro, gdzie mieszczą się dwie izby: jedna biała – gościnna, drugą zajmuje wdowiec Aromatariusz. Tam też pod wielgachnym łożem ukryte ma swe wszelkie oszczędności.

Usługi

Czym Aromatariusz może służyć PB? Ustalenie cen specyfików i ich skuteczności pozostawiam Staroście, który winien sugerować się następującymi wskazówkami:
– zapotrzebowaniem i pożądliwością PB na dany specyfik;
– chęcią Starosty na to czy chce, by PB użył danego specyfiku;
– im z dalsza PB pochodzi i im bogaciej odziany, tym cena specyfiku wyższa – rzadziej skuteczność.
Wśród towarów polecanych przez aptekarza naleźć można wszelkiej maści pasy płócien nasączone różnorakimi specyfikami, kwiaty lipowe, miętę, rumianek i korzonki suszone z zagranicy, pistacyje, rodzenki, kwiaty muszkatołowe, krokusy, cynamony, migdały, kasztany, liście bobkowe, cukier trzcinowy, mydła, olejki, pachnidła i perfumy, kadzidła i mirry, octy domowej roboty, sadła z różnych zwierząt, maści, syropy, lubczyki, wódki lecznicze i mniej zdrowiu pomocne, świece, pierniki (też i te toruńskie), nalewki na ziołach i owocach, kołaczki (pastylki) i trąbki (lekarstwa stożkowato zawinięte w papier), wszelakie i na wszystko (np. na niepłodność i spędzenie płodu bądź na ból głowy) i insze mniej lub bardziej znane zioła.
Drugą kategorią specyfików, jakie oferuje, są te naprawdę drogie, acz pomocne w różnorakich dolegliwościach:
bezoar – sirotką zwany lub kopropolitem – jest to stwardniała wydzielina osadzająca się w kiszkach koziorożca Capra Aegagrus, kulista, z aromatyczną wonią, ostra w smaku, dobra na wszelkie choroby, acz bardzo droga.
driakwie z wężowych jadów, będące bardzo dobrym lekarstwem również na większość chorób. Cóż skoro Aromatariusz zakupił je od jakiegoś oszusta Hungara i wszystkie są oszukane i na nic nie pomagają. Wie o tym i wszystkim niezorientowanym je sprzedaje.
pieprz węgierski od głowy bolenia i pępka strzykania.
likwor zwany okulim, który osobom wszystkim mającym wzrok słaby i krótki pomaga, a od wszelkiego ociemnienia broni.
wodę z sadzawki św. Stanisława na Skałce, pomagającą na oczu choroby.
kopyto łosia na padaczkę i bóle głowy (a także pierścienie i bransolety z rogu).
skóra z tura lub żubra przeciw poronieniom (do podwiązywania się pasem ze skóry z głowy zwierzęcia).
jabłko szatana, zwane też alrauną lub mandragorą – korzeń tejże rośliny przypomina sylwetką człowieka, rozróżnia się też jej płeć. Jest najsilniejszym i najskuteczniejszym amuletem, o ile traktuje się ją jako ludzką istotę (myje, ubiera itd.). Dla Panów Braci wybitnie złych i wierzących w magię alrauna może mieć odwrotne działanie, stale będzie ich szczypała i parzyła. Szczęśliwcy, którzy posiądą mandragorę, a korzeń ich zaakceptuje, zyskają dozgonnego obrońcę i przyjaciela informującego o niebezpieczeństwach i złych fartach. Sprowadzana jest z Dalekiego Wschodu, a znaleźć ją można podobno pod szubienicami, gdzie wyrasta z nasienia wisielców. Stosuje się ją jako środek znieczulający przy zabiegach medycznych, ułatwiający zajście kobietom w ciążę, przeciw katarowi, kaszlowi i suchotom, stosowany jest też w wielu innych chorobach.

Aromatariusz

Naprawdę nazywa się Luigi Torelli, jednak nawet na dokumentach urzędowych podpisuje się przydomkiem Aromatariusz, który przylgnął do niego od czasu, kiedy począł prowadzić w Krakowie aptekę. Pochodzi z Pizy, a w Krakowie osiedlił się przed kilkunastu laty, kiedy to odkupił od innego Włocha kamienicę „Sub Aethiopibus”. Ma długie, osmalone, siwe włosy i takąż brodę. Jest niskim, szczupłym, stale narzekającym na reumatyzm mężczyzną około czterdziestki. Ubrania, które nosi, są poplamione, a jego dłonie mają żółte zabarwienie od nieznanego specyfiku. Jest nieśmiałym, skrytym i podejrzliwym wdowcem (jego żona zmarła wnet po przybyciu do Rzeczypospolitej), będącym na usługach Opsesji. Lęka się tego, że nie zdąży już powierzyć wszelkich sekretów swemu następcy (bratankowi Alfonsowi, mającemu przybyć wiosną na nauki), choć stale spożywa specyfik dostarczany mu przez diablicę.

Sekret Aromatariusza

Aptekarz jest sługą całkowicie podporządkowanym Opsesji (Opsesowi). Wykonuje bez szemrania wszelkie polecenia. Aromatariusz, zakupując piwnicę, nie znał jeszcze Opsesji, jednak już wtedy drugą część piwnicy przerobił na tajne laboratorium, w którym zgromadził kilka traktatów alchemicznych oraz aparaturę do preparowania trucizn, które sprzedawał znanym i szanowanym kupcom praskim. Obecnie do drugiej części piwnicy wchodzi się przez leżącą na ziemi wielką, pustą bekę. Tam też każdej pełni przed zmrokiem sprowadza Opsesję, która wyznacza mu cele na kolejny miesiąc. Potem zbierają się tam tajemni goście diablicy, nieznający siebie nawzajem, okutani ciężkimi płaszczami. Opsesja sprzedaje im panaceum życia. Eliksir ów jest krwią samej diablicy, który to sprawia, że kupujące i zażywające je osoby faktycznie nie starzeją się, jednak są całkowicie zdominowani przez Opsesję i działają według jej zachcianek. Przyjmujące eliksir osoby, gdy przerwą jego zażywanie, w ciągu chwili starzeją się o okres zażywania specyfiku. Cena, jaką Opsesja wyznacza za eliksir, jest każdego miesiąca wyższa o 100%.

„U Pieczory”, czyli krakowska karczma dla urodzonych

Imaginowana – karczma „U Pieczory” nigdy nie istniała w Krakowie i jest wyłącznie moim wymysłem.
Pieczorową karczmę, parterową, znaleźć można na początku ulicy Szpitalnej, pomiędzy kamienicą Zegadłowskich i Zubkiewiczowskich (zaraz przed zborem ariańskim – Brogiem). Każdy bywały w mieście szlacheć wie, gdzie znajduje się ów przybytek i zapewne w nim bywał. Wyróżnia się ona tem, iż spreparowana została wyłącznie dla urodzonych Panów Braci i szacownych kupców z miejskiego patrycjatu. Szyld z wiechą znajduje się przed karczmą wbity w pniak, który pamięta chyba czasy Kraka i Wandy. Zaraz za nim jest podcienie, które roi się od szlachty jeno podczas seymików i ruszeń. Podcień ma słupy i ławy tak ozdobnie profilowane i wyrzynane, iże piękniejszych w całym kraju-ie chyba nie masz. Wjazd jest przez odrzwia podwójne, dalej prawa część to szynkownia, lewa – izby karczmarza, kuchnie i dwie izby białe, a na końcu stan, węgieł i komora wielka na samem końcu wjazdu z odrzwiami na skobel i kłódkę. Karczma wzniesiona jest na rzucie wydłużonego prostokąta (z sienią przejezdną nawet dla dużego wozu), ze stanem wzdłuż całej tylnej części budynku (stale bydłem, wozami, krowami, wołami, kozami zajętym).
Prawe skrzydło karczmy stanowi izba główna – szynkownia, z której przejść można do dwóch izbic ciasnych i podłużnych na dysputę spokojniejszą. Wejścia do nich, zasłonięte kotarą, są za stołami dwoma naprzeciw siebie, z wielkich tarcic, wielonożnych i długich jako ściany. Psy karczemne stale pode stołami resztki wychwytują. Prosiąt nie rżnie się pośrodku izby, jak to bywa u Mazurów, a zarżnięte i czysto oprawione zwozi ze Świńskiej, smaży na wielgachnym o wapnowanym palenisku, (gdzie ich sześć naraz się mieści), znajdującym się pośrodku szynkowni. Okien jest tu czworo z szybami wielkiej przejrzystości, ufundował je ponoć sam Zborowski Samuś za burdę, którą tu wszczął. Na co dzień karczmę ogarnia gwar głuchy i krzyki pijackie, czuć kwasem, czadem, tłustością, rybami, dziegciem, błotem, lichtarze zaś nisko obwieszone kapią do jadła i napitków. Od święta schadzają się tu muzykanci (grający muzykę zwyczajną na dudy, gęśle, cymbały i insze instrumenta), płacą im tanecznicy hulający po szynkowni, a kapela ma w niej swą stolicę (deskę do siedzenia i deskę do podtrzymywania nóg).
Lewe skrzydło to mała sień, a po prawej ręce dwie izby wybielone, na tę samą modłę w sprzęta uposażone: łoże wielkie, skrzynia, komoda, taboretów dwa, stół, misa i dzban na wodę. Zaduch okrutny latem, zimą zimno, okna z błon nieodmykane, a drzwi w zasuwę wyposażone dla spokoju gości. Odrzwia pierwsze naprzeciw izby gościnnej to kuchnia z piecem wielkim, na którym to Pieczorowa warzy, stoi tam też kredens, w którym trzyma sprzęta i przyprawy. U powały suszą się smakowite mięsiwa, kiełbasy i słoniny, resztę jadła (ryby, sery, jaja, zboża trzymają, jako to w zwyczaju, w komorze obok stanu). Drugie odrzwia to izba Pieczorów, uposażona jak i u inszych łyków, acz lza spisać, iż jest tam kilka ksiąg Pieczory, które wielce cennymi są.

Pieczora Jan mógłby być wzorem dla inszych karczmarzy – stale trzeźwy, czujny, baczny i ostrożny na wsze strony, by komu krzywda się nie działa. Ludziom ochotny, ludzki, przychylny, wygodny i usłużny. Podczas wydarzeń opisywanych w V, V, V? Pieczora odegra jednak rolę epizodyczną. Wszak lza wiedzieć, iż Pieczora to stary wiarus, obecnie roztyły nad miarę, o krótkich kręconych włosach i pulchnej gębie. Zamiłowanie do wiedzy tajemnej bierze swój początek od wojskowych czasów, kiedy to poznał kilka zaklęć żołnierskich. W szczenięcych latach jego ojciec ufundował mu studia w Collegium Maius, co sprawiło, że Pieczora należy do najbardziej wykształconych łyków w mieście, a nawet ma pewien udział podczas spotkań rady miejskiej – jest tam pisarczykiem. I właśnie tam Opsesja go nalazła pewien czas temu (po tym, jak zagubiła trop po Panu Bracie) i poczęła go dręczyć, chcąc przywieść do szaleństwa. Wpierw okradziono karczmę, potem podpalono, na końcu zaś Opsesja podsunęła Pieczorze księgę Picatrix, której treść wpłynęła tak znacznie na jego umysł, iż koniec końców skończyło się to jego śmiercią.

Pieczorowa żona, Gruba Kryśka, to kobieta ni fukliwa, ni swarliwa, napitków nie przypisuje, jadła daje nad miarę; jako jej mąż i ludzka, i łaskawa. Z charakteru skłonna do lamentu, stale i ciągle narzeka na bolące nogi, rozbawiona klaszcze w dłonie. Gderać potrafi stale i ciągle, a to o tym, a to o tamtym – zawsze jednak o tym, co nie jest ciekawe dla uszu Panów Braci. Wzrostem i wyglądem męża swego przypomina, a waży chyba tyle, co koń. Łapska ma większe od misy, lica obwisłe tłuszczem, ubiera się w szare i brązowawe spódnice, koszule zawsze czyste i białe.

Pacholików w karczmie raz jest więcej, raz mniej – podczas seymików zdarza się, że jest ich z pół tuzina. Są to pacholęta i wyrostki z okolicy, których Pieczorowa przyjmuje za kilka grosików i strawę, większość z nich jest usłużna szlachcie, bo to zawsze i co wpadnie im do własnej kabzy. Jąkała Jędręk, chuderlak o białych, skołtunionych włosach, jeden z pacholików, bywa stale w karczmie, sypia w stanie, szykuje obroki dla koni, taszczy beki i insze towary, myje misy – napotkać można go prawie wszędzie, bo jest i szybki i bystry. A to drew dorzuci do paleniska, a to znów ich narąbie, a to buty zmęczonemu podróżami szlachcicowi zzuje, słowem, zdaje się wszędzie. Inne pacholęta boją się go – mimo skromnej postury zdaje się im hetmanić, a nierzadko kijem.

Czym przysłużyć się mogą Pieczorowie? Napitkami: piwo pieczorowe, oświęcimskie gęste oraz rzadkie, piwo z Warki nie zawsze, acz się zdarza, miody, wina, tokaje, gorzałki, woda, mleko kwaśne i zwykłe. Jadłami: rosół zwany tu też „polewką nieśmiertelną” (a to dlatego, że jest tu on na co dzień, a najczęściej skisły), pasztety, kiełbasy, rybki różnorakie suszone (wyśmienite do piw) i uwędzone, mięsiwa wędzone, słoniny, ser owczy i oczywista chleb, który jest zawsze świeży, a piecze go sama Pieczorowa. Rzadziej, abo jak się zaczeka, można zjeść kwaśnicę z żebrem, udźca baraniego, mięsa sztukę, gęś czy kapłona, jajówę, boćwinę, żur z kiełbasą.
Dla urodzonych zapewnione są naczynia sprawiedliwe, nie oszukańcze (a i łyżki), świece bądź pochodnie, karty dla karciarzy, kości dla kosterów. Wszystko, co bierze brać szlachecka, Pieczorowa zapisuje na woskowych tabliczkach, coby intratą jak największą się wykazać, potem zaś przy płaceniu gościom owe tabliczki przynosi i pokazuje. Ceny niskie są w porównaniu z dań smakiem. Nigdy szlachcie sumy nie podaje, jaką to przejedli czy przepili – bierze tyle, ile szlachta uzna, acz kiedy kwota jest za mała, uniżonym tonem upomina Pana Brata, że lepiej by Rzędzian nie potrafił.

Garbarnia tatarska, czyli dom i warsztat urodzonego kożemiaka Dżigita, druha Pana Działoszy

Imaginowana – ani warsztat, ani Dżigit nigdy nie istnieli w Krakowie i są wyłącznie moim wymysłem.
Kraków odwiecznie był centrum rymarsko-siodlarsko-galanteryjnym. Dżigit jest właścicielem jednego z 44 warsztatów rymarskich. Podobnie jak i u innych, tak i u niego można zamówić wszelkie wyroby wchodzące w zakres rymarstwa i sprzętów skórzanych. Pomimo że jest rymarzem, zajmuje się też i siodlarstwem, tzn. wyrabia przedmioty potrzebne dla jazdy, jak siodła, rzędy, puśliska itp. (jedno siodło z rzędem podarował nawet Królowi Stefanowi). Obok zwyczajnych wyrobów żołnierskich i woźniczych wyrabia też luksusowe przedmioty: siodła z poduszkami, siodła obłożone safianem, rzędy misternie szyte z mosiężnymi ozdobami, pasy zwykłe i te zdobione na jedwabnym podszyciu i tym podobne. Rzadziej robi kubki ze skóry smołowane, pasy, paski, torby, sakwy, pochwy, sajdaki, a nawet kubraki z grubej skóry.

Dom Dżigita można naleźć na końcu ulicy Szwieckiej (inaczej zwaną Szewską), pośród końca tatarskiego, gdzie bytuje jeszcze kilka innych bisurmańskich rodzin. Kamienica jest piętrowa, a od frontu na noc zamykana ciężkimi, wiecznie skrzypiącymi odrzwiami z grubych tarcic. Za domem jest niewielki warzywnik, w którym Dżigit lubi modlić się do Allaha.

Na przyziomie znajduje się walny warsztat Dżigita, tam podejmuje wprost kupców i tam bije z nimi dłonią w dłoń. Trzy odmykane okna (błony znajdują się w całym domu, Dżigit myśli o zakupie na wiosnę szyb tafelkowych w ołowiu), odrzwia z sieni i duży bielony piec dostarczają światła. W ciepłe dni ludzie Dżigita (których wraz z Ałłą jest tu sześciu) i tak pracują w warzywniku na wielkich dębowych stołach. Wnętrze całego przyziomu jest wapnowane, acz dawno, przez co wydaje się ciemne i ponure. Warsztat nakrywa strop belkowy, podłoga wyłożona jest kamieniem, na której znaleźć można różne gotowe towary, kowadła, narzędzia do naciągu skóry, ławy, kociołki do gotowania i barwienia skór. W każdej ze ścian powbijane są rzędy wielkich gwoździ z zawiesoznymi na nich towarami wykonanymi przez Dżigita. Sam środek warsztatu zajmuje sporych rozmiarów stół do cięcia skór. W sieni pod kolebkowym sklepieniem wisi sprzęt przeciwpożarowy: drabina, osęki, wiadra, a nierzadko też narzędzia i sprzęty niewymagające zabezpieczenia. Z oberlichtu sączy się światło na klatkę schodową, z której kamiennymi schodami z kratą na półschodziu idzie się do piętra.
Z sieni o marmurowej posadzce kamiennymi odrzwiami dostać się można do dwóch mieszkań. Schody na stryszek są skromniejsze, drewniane, tam Dżigit przechowuje zboża, chroniąc je przed wilgocią.

Mieszkanie pierwsze to jedna izba, którą zamieszkuje Dżigit. Podłoga osłonięta jest kobiercem tureckim, a w pomieszczeniu naleźć można łoże obite zieloną skórą tłoczoną w kwiaty z takimiż taboretami dwoma, skrzynię przepastną na skobel oraz długi stół nakryty kilimem i insze pomniejsze mobilia.

Mieszkanie drugie Dżigit zwykł zwać białym, przeznaczone jest na najem abo dla gości. Jest tam jednookienna komnata frontowa, jedna wielka tylna komnata o trzech oknach z widokiem na warzywnik, tudzież indermach z pomieszczeniami gospodarskimi (tj. tylnia część domu – dobudówkę, którą zamieszkują czeladnicy; a także skład na tańsze sprzęty i wyroby). Podłogi są drzewniane, pokryte kobiercami wzorzystymi, ściany obite szpalerami z brokatu lub kołtryną. Kominek i piec z kafli zielonych oraz mobilia do nich nader okazałe zbytkiem wielkim się okazują, gdyż dwa źródła ciepła i światła to aż nadto. W jednym z pokojów są szpalery ułożone w pionowe pasy czerwone i żółte, druga izba na front wychodząca z kołtrynami malowanymi w liście i kwiaty i owoce. W mieszkaniu jest łoże z lipiny woskowanej, pokryte śliczną tkaniną pod kitajkowym namiotem przytwierdzonym do powały, z płotkiem firankowym zasłaniającym ludzi w pościeli. Ubrania przechowuje się w foremnej skrzyni się, obitej wytłaczaną i malowaną skórą.
Kuchnia na piętrze jest wspólna dla obu mieszkań. Między dwoma na front wychodzącymi oknami znajduje się gotowalnia z szufladkami i przejrzystym lustrem metalowym – dla strojniś i żon sprzęt nieodzowny. Całości dopełniają stół i stoliki o toczonych nogach, ława kryta kilimami, dwa lakierowane zydle z poręczą, kredens z drewnianą kratą i oszklonymi drzwiami. Wszelkie te kosztowności i przedmioty zbytku Dżigit zdobył tylko dzięki swej wytrwałości i pracy.
Ceremonia pogrzebowa obrządku mahometańskiego – może być przydatna, jeśli PB zechce uczestniczyć w pogrzebie Tatara. Na drugi dzień po śmierci obmywa się zwłoki na desce i zawija je w płótno, a następnie pokrywa czarnym lub ciemnozielonym suknem. Potem następują długie modlitwy, oczywiście z głową zwróconą w południową stronę w obecności, mijeciu (nieboszczyka), mułły i zaproszonych gości. Kolacja składa się z krupnika z mięsa, kaszy ryżowej z rodzynkami, pieczywa, słodkiego piernika zwanego chałwą, dżajm, czyli opłatków z mąki pszennej, kołdunów, mięśników z baraniny, cyrulniny z gęsiego mięsa z cebulką, pierogów smażonych, pierekarczewników – ciast zawijanych z twarogiem i inszych specjałów, z pominięciem oczywiście wieprzowiny.

Pismo święte

Kogo się bać (Mat. 10,28-33, 19-20)
4. Powiadam zaś Wam, przyjaciołom moim, nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nie mają już nic do zrobienia.
5. Ale wskażę Wam, kogo się bać macie ! Bójcie się tego, który, gdy zabija, ma moc wrzucić do piekła. Zaiste powiadam Wam: Tego się bójcie !
Ostrzeżenie przed antychrystem.
18. Dzieci, ostatnia to już godzina. A słyszeliście, że ma przyjść antychryst, lecz oto już teraz wielu już antychrystów powstało. Stąd poznajemy, że to już ostatnia godzina.
19. Wyszli spośród nas, lecz nie byli z nas. Gdyby bowiem byli z nas, byliby pozostali między nami. Lecz miało się okazać, że nie wszyscy są z nas.
20. A wy macie namaszczenie od Świętego i wiecie wszystko.
21. Nie pisałem Wam nie dlatego, że nie znacie prawdy, ale dlatego, że ją znacie i że żadne kłamstwo nie wywodzi się z prawdy.
22. Któż jest kłamcą, jeżeli nie ten, który przeczy, że Jezus jest Chrystusem? Ten jest antychrystem, kto podaje w wątpliwość Ojca i Syna.
23. Każdy, kto podaje w wątpliwość Syna, nie ma i Ojca. Kto wyznaje Syna, ma i Ojca.
24. To, co słyszeliście od początku, niech pozostanie w Was. Jeżeli pozostanie w Was to, co od początku słyszeliście, i wy pozostaniecie w Synu i Ojcu.
25. A obietnica, którą sam nam dał, to żywot wieczny.
26. To wam napisałem o tych, którzy nas zwodzą.
27. Ale to namaszczenie, które od niego otrzymaliście, pozostaje w Was i nie potrzebujecie, aby ktoś Was uczył; lecz jak namaszczenie jego poucza Was o wszystkim i jest prawdziwe, a nie jest kłamstwem i jak Was nauczyło, tak Wy w nim trwajcie.
28. A teraz, dzieci, trwajcie w nim, abyśmy, gdy się objawi, mogli śmiało stanąć przed nim i nie zostali zawstydzeni przy przyjściu jego.
29. Jeżeli wiecie, że jest sprawiedliwy, wiedzcie też, że każdy, kto postępuje sprawiedliwie, z niego się narodził.
Cytaty pochodzą z Biblia to jest pismo święte Starego i Nowego Testamentu wydanego przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne; W-wa 1989.

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget