Flis to jest śmierć na rzece Wiśle i inszych rzekach do niej przypadających

autorstwa
Starosty Bielskiego, Bialskiego, Żywieckiego, Oświęcimskiego, Wadowickiego, Andrychowskiego, Kęckiego, Skoczowskiego, Cieszyńskiego, Wilamowickiego, Suskiego etc. etc.
wielce spirytualnego
Adryana Januarego Boreyki,
sługi Waszych Mości pokornego.

Lecz co ich straszne morze pochłonęło
Co ich po bystrych rzekach potonęło
Co ich zginęło po rozlicznych wodach
W dziwnych przygodach.
Sebastian Fabian Klonowic Flis to jest spuszczanie statków Wisłą

I Autor huius libelli ad nautas, czyli wstęp

…a k temu, iż mi się trafiło niedawnych czasów do Gdańska Wisłą płynąć, a iż przed tumultem i krzykiem flisowskim nie mogłem czego poważniejszego czytać abo pisać, przeto żem wziął się tę materyją, która mi natenczas przed oczyma i rękoma była.
Sebastian Fabian Klonowic Flis to jest…"

Pierwej czoła Waszmościom chylę i nie byłbym sobą, jakobym zapomniał bekę za Wasze zdrowie spić! Dla Was to właśnie fakta owe zebrałem o flisie traktujące, gdyż żal serce mi ścisnął, gdy ujrzałem, że zacni autorowie podręcznika do Dzikich Pól i inszych opracowań zapomnieli choć wspomnieć o rzeczy tak ważnej dla szlachty i całej Rzeczypospolitej, jaką był spław rzeczny, zwany ówcześnie flisem. Sit mihi fas auditia loqui in eo genere1.
Szlachta większość swego życia spędzała na swych włościach (poza pludrakami, którzy xięgę Dzikich Pól widzieli i teraz niczym wiatr po polach i gościńcach hulają). Jedynymi okazjami do ujrzenia szerokiego świata były pielgrzymki, seymy, wojenka i właśnie ów flis, który w odróżnieniu od pozostałych przedsięwzięć wiązał się z wielką intratą w krótkim czasie. Nierzadko eskapada taka przeradzała się w wydarzenie całego życia, opowiadane później w zimowe wieczory z pokolenia na pokolenie.

Im trudniejsza komunikacja lądowa, im gorsze drogi, tym ważniejsza rola przypadała spławnym rzekom i jeziorom. Sanie sunące po zmarzniętej wodzie były również lepsze od kolasy pędzącej po kamieniach, konarach, piasku i błocie. Wzrastała więc opłacalność przewożenia masowych towarów drogą wodną, jednakże, gdy chodziło o towary drogie, jak sukno, metale itp., kupcy przewozili je traktami, z odpowiednią nawiązką odbijając sobie koszta przewozu. Klepki bądź popiół nie wytrzymywały tej kalkulacji. Marniały więc zbiory, niszczały lasy, o ile towaru nie dało się spławić.
Pomimo iż opracowanie niniejsze zawiera informacje o flisie, nie wyszczególniono w nim nowych biegłości, jakimi mogłoby być frachtowanie lub budowa szkut. Nie poczyniłem tego celowo – wszak nie jest to konieczne, chodzi o jakość zabaw na Wiśle, nie zaś o sprawdzanie dychtowania dubasa typowego po zderzeniu z pniakiem typowym średnim lub % szansy ominięcia Wąskich Izbic Małych.
Miejsca, które opisano w rozdziale czwartym, napotkać można na odcinku pomiędzy Warszawą a Gdańskiem, jednakże wprawny Starosta Gry może frachtować już od Zatora w Małopolsce lub dopływami Wisły, czyli: Sanem, Pilicą, Bugiem i Narwią, także Odrą ze Śląska; Wartą od Sieradza do Poznania (głównie drewno), potem do Frankfurtu i Szczecina. Niemnem spławiano drewno budulcowe głównie do Prus, natomiast XVIII wiek przyniósł połączenia rzek Polesia, co zaowocowało spławem ziemiopłodów Wołynia i produktów poleskich. Można wykorzystać nawet Dniestr – tam też ruscy górale kierowali tratwami, także na niebezpiecznych górskich rzekach: Czeremoszu i Łomnicy. Rozdział ten zapewne nie wyczerpuje całkowicie tematu, gdyż końcem XVII wieku mogły powstać nowe miejscowości nadbrzeżne – opis poniższych lokacji dotyczy końca XVI w. (z innymi tak szczegółowymi geograficznymi opisami Wisły w XVII w. niedane było mi się spotkać). Ponadto niektóre z ostrowów wyłoniły się, inne pochłonęły odmęty rzeki – stawia to w pewnym sensie przed SG nieograniczone możliwości imaginowania sobie miejsc na rzece. Należy oczywiście pamiętać o rozsądku, logice i spójności gry, a co zatem idzie – Rzeczypospolitej ówczesnych czasów.
Ważnym faktem jest też okres najazdu szwedzkiego, który to spustoszył większość miast nad Wisłą, pierw obleganych przez Szwedów, potem przez Polaków; wypłacane kontrybucje dopełniły dzieła zniszczenia.
1 sit mihi fas auditia loqui in eo genere – niech, więc dane będzie mi powiedzieć to, co słyszałem na ten temat.

II Szkuta, dubas… czyli flotylla rzeczna

Dzięki zbożu tak się dobrze mamy.
staropolskie przysłowie
Flotylla rzeczna była bardzo liczna – już w XVI wieku po Wiśle pływało około 300-500 szkut, 200-850 komiąsek, 300-500 dubasów i kilkaset tratw. Kolejny wiek powiększył ich liczbę – do portu na Motławie dostarczało się w XVII wieku 100 000 łasztów zbóż, 2000 łasztów popiołu, kilkaset łasztów smoły. Nie licząc tratw w centach (po 120 sztuk) bądź w kopach (po 60 sztuk), dawało to olbrzymią kawalkadę statków, przewyższającą kilka tysięcy sztuk. Duży wpływ na to miał fakt, iż zimą budowano nowe łodzie, a wiosną spychano je na wodę.

Haur w O ekonomice wymieniał szkuty, dubasy, komięgi, byki, kozy, wiciny, lichteny, galery, czółny budowane i smolone. Najbardziej popularnym środkiem transportu rzecznego i jednocześnie największym była pochodząca ze Skandynawii szkuta (z niem. Marktschif, z łac. scapha). Zbudowana była płasko z bali, kształtem podobna do łodzi, z przodu miała nos, czyli sztabę zakrzywioną ku górze, z tyłu zaś budę – sześcienną nadbudówkę będącą schronieniem właściciela statku lub szypra. Napęd stanowił prąd rzeczny, niekiedy wspomagany wiosłami. Kierowało się nią z rufy tłukiem, czyli długim wiosłem. Pośrodku szkuty znajdowała się plugawa zęza – miejsce do ścieku wód i nieczystości, nad nią zaś stał stolec drewniany, gdzie niekiedy znajdował się maszt. Po obu jego stronach sypało się towary, osłaniając je słomianymi matami.
Solidna, z grubych tarcic (czyli warowna) szkuta znosiła obciążenie 40 łasztów i więcej (najczęściej jednak ładowało się połowę, czyli 20 łasztów). Załogę stanowiło 16-20 flisów, sternik i jego pomocnik, nierzadko kucharz. Szyper mieszkał wygodnie w budzie, flisowie sypiali na towarach, w powrotnej drodze budowali prymitywne pomosty, pod którymi kładli się na matach. Kuchnia prowadzona była w osobnym zarządzie – Klonowic radził, aby wcześniej zaopatrzyć się w groch, krupy, połci sadła, mąkę i sól na trzy miesiące; z kolei Haur podpowiadał, by przygotować narzędzia kuchenne. Niekiedy szkut używało się do komunikacji pasażerskiej, nawet całych dworów magnackich lub królewskich – tak też było, gdy Zygmunt III Waza wyjeżdżał do Szwecji, miał, wedle Jarębskiego, na swoim statku rzecznym „pokoje do chodzenia, ganki do chłodzenia, liczne działka i pojazdy”.

Pierwszym z mniejszych i mniej popularnych statków była czworogrannnego kształtu komięga, bez masztu, znosząca obciążenie do 35 łasztów. Załogę stanowiło 9-11 flisów. Komięga była szczególnie przydatna na wielu dopływach Vistuli (czyli Wisły) – płytko zanurzona, dopływała dalej w górę rzek niźli ciężkie szkuty. W Gdańsku sprzedawano je na rozbiórkę na budowę domów bądź opał, załoga zmuszona była wracać pieszo do domów. Analogiczną budowę miały komiązki (do 10 łasztów) i wreszcie maleńkie jednomasztowe komiązeczki. Z kolei dubasy (z ros. dub-dąb) podobne do półszkutków, miały obciążenie do 20 łasztów i 8-14 członków załogi. Najmniejsze łodzie to kilkułasztowe lichtany, służyły do pomocy większym łodziom, zwłaszcza przy załadunku. Żaglowe baty służyły do przewozu ludzi (tuzin ludzi i tyleż łasztów). Czółna, zwane też linterami, wyżłobione z pnia na kształt koryta niekiedy bywały olbrzymie, z jednego dębu – takim też płynął Zygmunt August, podróżując od wsi Horodca do pierwszej śluzy, otwierając Kanał Królewski.
Na rzekach należących do zlewiska Morza Czarnego (głównie chodzi o Dniepr i Prypeć) używało się nieco innych łodzi: dużych jednomasztowych bajdaków, o prostych bokach i dnie, o nieco zwężonym przodzie, krytych cienkimi deskami, z kajutą w tyle, napędzanymi długimi żerdziami lub wiosłami. Znane Waszmościom zapewne są i wysmukłe czajki, które służyły kozakom do wzniecania burd i awantur na Morzu Czarnym. Na rzekach pińskich dosyć popularne były szuchaleje, obszerne łodzie mieszczące nawet do 30 osób.

Do przewozu służyły też tratwy (z niem.) – bijane lub wiązane okrąglaki, które tworzyły pomost do transportu ludzi lub towarów. Rozbierało się je na końcu podróży na drewno. Wiek XVIII przyniósł galary: bezmasztowe, solidne, budowane w formie niezbyt szerokiego prostokąta, mogące odbywać wiele podróży; oraz wielkie byki o lekkiej konstrukcji. Mogły one zabrać 40 łasztów, obsługiwane przez 18 flisów nie były przystosowane do podróży w górę rzeki, stąd też do Płocka lub Warszawy spławiało się sól wielicką, dalej już inne towary.

Na każdej łodzi w składzie znaleźć się musiały: trele, obceje, tryski, pryski, szuty, kluby, klubki, powrozy, postronki, kotwie, płótna na żagle, wory, szelki, pobiegi, tarcice do futrowania, laski, drągi, szufle, koły, stroisze, liczki, kule, maty, liczki, gwoździe, smoła, siekierki, świdry, piły, dłuta, sieci, brodnie, żagwie, lampy, nie wspominając już o pożywieniu i lekach wszelakich.
Prędkość większości łodzi wahała się w granicach pół mili na godzinę. Sprzyjający prąd, przypływ lub wiatr mógł zwiększyć prędkość o 1/4 (lub adekwatnie ją zmniejszyć).
Statki rzeczne częściej budowano, niż kupowano. Rozpoczynano budowę zimą, gdy zwoziło się drzewo z lasu. Wpierw łączono dwie belki – będące prowizorycznymi ścianami statku – potem obijano je, wraz ze wklęsłym spodem, na samym końcu przybijano brutnice (ławki) i uszczelniano statek. Jednakże na temat budowy statków należałoby poświęcić osobne opracowanie.

III Retmani, flisi, frycze, czyli załoga

Bo kiedy już flis zasmakuje komu,
Już się na wiosnę nie zastoi w domu
Już ciecze ze krą do Gdańska w komiędze
Boi się nędze.
Sebastian Fabian Klonowic Flis to jest…
Głównym źródłem utrzymania wielu wsi Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVII wieku była budowa łodzi i flis. Flisacy, zwani też orylami, byli poddanymi szlacheckimi lub najemnymi mieszkańcami nadbrzeżnych podkrakowskich i podsandomierskich wsi (tych frachtujących w głąb niemieckiej ziemi zwano wasserpolokami). Kilkadziesiąt tysięcy osób trudniło się tym fachem, a duża część z nich spuszczała zboże zawodowo.

Poddani klasztoru Norbertynek na Zwierzyńcu pod Krakowem, na wzór miejskich cechów, utworzyli organizację włóczków, otrzymawszy przywileje od króla Władysława IV. Zarobki załogi za fracht wahały się od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych (uzależnione były one od rodzaju zawieranych kontraktów), choć nikła część przypadała samym flisom. Ponadto flisowie mogli przewozić niewielkie ilości własnych towarów na handel. Załoga jednak raczej rzadko dowoziła jakiekolwiek oszczędności do domów, trwoniąc je w Gdańsku i drodze powrotnej. Patronem wszystkich osób pływających po rzekach była św. Barbara, broniąca przed nagłą śmiercią.

Kierownikiem administracyjnym całego flisu był szyper. Leżało na nim wiele obowiązków: znał zapasy zboża w spichrzach, wiedział, jaka jest pojemność statku, pilnował załadunku, prowadził wszelkie rejestry, kupował zapasy i opłacał flisów. Dobijał też transakcji, o ile właściciel nie chciał czapkować i bić dłonią w dłoń Niemcom gdańskim, pisarczykom, probierzom i szuldbryferom (czyli nie chciał składać należytych honorów i targować się z: kupcami, gdańskimi pisarzami oceniającymi towar i prokuratorami, z którymi można było dochodzić swych praw np. o cenę).
Kierownikiem technicznym był sternik (zwany także retmanem) – odpowiadał za całość statku, pilnował inwentarza żeglarskiego, angażował flisów, dowodził załogą, kierował żeglugą. On też najczęściej był głównym budowniczym statków. Bez tych dwóch osobistości i kilku fryczów fracht był niemożliwy.

Początkowo rolę kucharza brał na siebie jeden z flisów, w późniejszym okresie na każdej szkucie znajdował się kucharz, pilnujący szaf z żywnością. Siła roboczą każdego statku byli oczywiście flisacy. Flisaków rzadko poważali nawet chłopi – owi „marynarze rzeczni” dokonywali drobnych kradzieży (drób i bydło w przybrzeżnych wsiach), a burdy i awantury były dla nich codziennością. W czasie zimy jeden z flisów musiał doglądać statku lub statków stojących w zacisznym miejscu. Cała załoga posługiwała się wokabułami flisowskimi, czyli swoistego rodzaju żargonem (z łac. Nauticae phrases), wszyscy zaś klęli siarczyście co po chwilę. Frycze, czyli nowicjusze, byli przeważnie ganieni i obijani przez starszych stażem flisów. Musieli uczyć się owego żargonu, z należytym szacunkiem i honorami odnosić się do flisów, by nie mówić już o bywaniu w cechu, gdzie musieli wkupić się w łaski pieniędzmi, poczęstunkiem bądź podarkami. Do tego stale musieli zapamiętywać wszystkie wysepki, miasta, wsie itp.

Spławiano fryjorem, czyli gdy puściły lody, czasem w połowie marca, potem po zbiorach. Znacznie rzadziej w pośpiechu we wrześniu i październiku, aby zdążyć przed lodem skuwającym rzeki. Wracało się lądem, utartymi przybrzeżnymi szlakami, tzw. trelem. Gdy Eolus nie dopomagał Tetydzie, czyli wiatr nie sprzyjał, trzeba było flisom ciągnąć statki w górę rzeki.
Dopiero od początków XVIII wieku znacznie zwiększyła się załoga statków rzecznych, między innymi o starszego flisa (sztabnika), pisarza, szafarza itp., choć niewykluczone, że jeśli spław w XVII wieku składał się z wielu statków, to i takie profesje na statkach można było już znaleźć.

IV Od mostu Warszawskiego do Zielonego, czyli lokacje na Wiśle

Ukażeć drogę do Mołtawy prostą,
Będę u ciebie wodzem i starostą,
Od Warszawskiego, aż do Zielonego Mostu gdańskiego
Sebastian Fabian Klonowic Flis to jest …
Warszawa ówczesnych czasów była miastem mało wygodnym, bardzo skromnych rozmiarów. Gospód bywało mało, a tłoczno bywało wszędzie. Rynek, otoczony pięknymi kamienicami jednej prawie wysokości, mieścił sklepy rzemieślników. Drogą rzeczną Warszawę opuszczało się nieopodal długiego i potężnego mostu warszawskiego, gdzie szybko natknąć się można było na ostrów gołędzinowskich, wyspę na wysokości Bielan, która nazwę swą wzięła od wsi na prawym brzegu Wisły – Gołędzinowa; znajdowały się tam też rogatki gołędzinowskie. Nieco dalej leżał kolejny ostrów – ostrów borakowskich przy wsi Buraków, na lewym brzegu rzeki. Następnie jabłońska kępa koło Jabłonnej, miejscowości na prawym brzegu, tam też Wisła skręcała w lewo. Zaraz za nią leżały dwie kolejne kępy: cząstkowska i wilkowska – pomiędzy Cząstkowem a ujściem Narwi.
W widłach Narwi i Wisły napotykano na pierwsze nieprzyjemności w mieście Nowy Dwór – tam pobierano cło od frachtowanych towarów. Sławne z handlu miasto nawiedzały często powodzie, wyrządzające olbrzymie szkody. Narew wpływała z prawej strony, po czym Wisła skręcała gwałtownie w lewo, a wody obu rzek długo nie łączyły się ze sobą (Narew toczyła swe czarne wiry prawą częścią koryta).

Przed Zakroczymem znajdują się dwie kępy: galąska, a za nią mochetska. Zakroczym, stare miasto na prawym wysokim brzegu Wisły, ustanowione na szlaku handlowym z Rusią (wzdłuż Bugu), szczyciło się zamkiem książąt mazowieckich, a w XIV w. było stolicą tamtejszej ziemi. Tutejszą przeszkodą nie były już cła, lecz liczne, wiecznie hałasujące bździele (pływające młyny), których wręcz nie dało się zliczyć. Obok wsi Wilków na lewym, pociętym dolinami starorzeczu, leżała takaż kępa, potem przed samym miastem już czerwieńska.
Gdy minęło się leżący na prawym brzegu Wisły Czerwińsk, znany z klasztoru i kościoła kanoników laterańskich, płynęło się już przestronnym nurtem do Wyszegrodu, miasta naprzeciw ujścia Bzury, którego nazwa wywodziła się od usytuowania na wysokim prawym brzegu, poprzecinanym licznymi wąwozami i parowami. Człek okryty niesławą, który sprowadził do Polski Krzyżaków, wybudował tutaj zamek, gdzie potem na skrzyżowaniu gościńców u przeprawy przez Vistulę poczęły kwitnąć nie tylko sady, ale i rzemiosło, a przede wszystkim zaś sukiennictwo (co szósty mieszkaniec dwuipółtysięcznego miasta był rzemieślnikiem!).
Charakterystyczną cechą Wyszegrodu było stopniowe obsuwanie się zabudowy w dół skarpy podmywanej przez rzekę. Za nim wyłaniał się ostrów drwalski, zwan też nieznachowskim. Mieszkali na nim dzicy Nieznachowie, często walili w bębny i grali na dudach. Byli to wielce niepewni ludzie, między sobą się nie kłócili, ale stale z zazdrością myśleli o przepływających tamtędy towarach. Nieopodal znajdowało się kilka pomniejszych kępek. Ostrów pomocnieński obok wsi Pomocna na prawym brzegu Wisły, potem kępa Muntawa obok rzeki o tej samej nazwie, wpadającej do Wisły. Potem były już kępa wiącemska (obok Wiaczemina na lewym brzegu rzeki) i kępa zerska.
Następnie wyłaniało się wielkie Płocko (ok. 5000 mieszkańców) na prawym, wysokim brzegu. Znajdowały się tam liczne kościoły, tu także pobierano myto. Miejscowy zamek, w którym przez pewien czas bytowali benedyktyni, rozebrano. Od 1611 działało tu kolegium jezuickie, usytuowane przy klasztorze. Zamkowy ostrów znajdował się zaraz za miastem. Trzy kolejne ostrowy powyżej ujścia Skrwy– prawego dopływu Wisły, oddzielającego Mazowsze od ziemi Dobrzyńskiej – nazwy swoje wzięły od ówczesnych właścicieli tj. synkowów, proboszczów, parchowaczów. Biskupska kępa leżała tuż obok wsi Biskupice, przy ujściu Skrwy. Nieco powyżej wsi wpływała gostyńska rzeka, będąca lewym dopływem – mawiało się, że gdy tutaj krzyknąć, usłyszą aż trzy powiaty (ponieważ znajduje się tu klin trzech ziem: Dobrzyńskiej z Mazowszem i Kujawami).
Pomiędzy wsią Myśliborzyce a Dobrzyniem, jednym z najstarszych miast nad dolną Wisłą, znajdowały się następujące ostrowy: myśliborski, głowieński i dobrzyński. Sam Dobrzyń (leżący bardzo wysoko nad głównym nurtem) stopniowo zamierał: wpierw spalili go Krzyżacy, mordując całą ludność, by dwa i pół wieku później Szwedzi doprowadzili je do całkowitego upadku. Chlubą miasta był prostokątny rynek z zieleńcem, kościół franciszkański, natomiast ze znanych person mówiło się tu o Nawojce, która w XV wieku ukończyła w przebraniu Uniwersytet Jagieloński, przede wszystkim zaś o Panu Adamie Adamandym Kochańskim, matematyku i bibliotekarzu nadwornym, zwycięzcy spod Wiednia.
Przed miastem Włodsławek leżał ostrów o tej samej nazwie, całkowicie porośnięty wierzbiną. Włodsławek, sławny księżmi, cłem i piwem, w końcu XVI wieku był w okresie rozkwitu pod władzą biskupa Rozdrażewskiego i Stanisława Karnkowskiego – tego samego, który to koronował Stefana Batorego. Za Mintawą, lewym dopływem Wisły, leżał drugi włodsławski ostrów, częściej zwan też karniewskim. Bobrowniki, położone za zielonym lasem, to miasto na prawym brzegu rzeki, z zamkiem wybudowanym w XIV wieku. Z kolei Gąbinek z ostrowem to wieś niedaleko Nieszawy, miasta na lewym brzegu, znanego z długiego rzędu przepięknych spichlerzy brzeskich, należących do kupców z pobliskiego Brzeźna. Głąbinek czerpał znaczne zyski z handlu zbożem z terenów Kujaw.
Przed wpłynięciem do Nieszawy znajdowały się jeszcze wolnych kępka i nieszawskich ostrów. Kępy Brzozego, Kaczkowskiego, Białkowęskiego swe nazwy nosiły od właścicieli, a położone były pomiędzy Nieszawą a ujściem Drwęcy. W Złotoryi, w widłach Drwęcy i Wisły, stały ruiny zamku zbudowanego przez Kazimierza Wielkiego, a zburzonego w 1409 roku. Od ujścia Drwęcy Wisła gwałtownie skręca na zachód, sama Drwęca zaś, oblewając Prusy od Brodnicy, tworzyła granicę. Mostowy ostrów znajdował się bliżej lewego brzegu Wisły w Toruniu, zwany też małpim gajem od nierządnic tam przebywających – związane było to z uchwałą senatu toruńskiego, który wypędził ladacznice poza miasto.
Toruń, miasto należące do Hanzy, odznaczało się szpicami solidnych baszt i wież, czerwonymi murami, pięciokątnym nieregularnym rynkiem, wspaniałymi budowlami, mostem, winnicami i lasthauzami (altanami, domkami ogrodowymi) oraz gimnazjum luterańskim (w 1594 przemianowanym na toruńskie). Toruń wydawał wiele protestanckich ksiąg drukowanych, dzięki czemu między innymi przylgnęło do niego miano stolicy polskiego protestantyzmu. Poprzez jezuitów przybyłych z końcem XVI wieku wybuchł znany wielki tumult religijny, natomiast ponad dziesięć lat później utworzyli oni kolegium konkurencyjne wobec gimnazjum, jednakże nieszczycące się tak wysokim poziomem nauczania. Colloquim Charitativum (zjazd katolików i luteran, czyli Dysputa Przyjacielska z 1645) mający zaprowadzić porozumienie pomiędzy wszelkimi wyznaniami zakończył się fiaskiem. Miasto słynące z pierników oraz męża, który wstrzymał słońce, ruszył ziemię, znane było także z apteki „Pod Lwem” i starej karczmy „Pod modrym fartuchem”.
Za Toruniem było wiele ostrowów: nieszewka, górski (na prawym brzegu rzeki), czapli, bobrzy, przyłubskich (koło wsi Przyłubie na lewym brzegu rzeki), solecki (leżący naprzeciw Solca Kujawskiego, gdzie paktowali Krzyżacy z Polakami), łęski (obok wsi Łagnewo). Następnie już wyłaniały się Piekielne Wrota – nazwane tak od rafy i kamienistej żyły w nurcie, a stanowiły one wielkie utrapienie dla flisaków. Potem już obok Fordana stał ostrów fordański, a poniżej wpadała Brda – znana z łososi i bydgoszczan spławiających tą drogą swe garnczki do Gdańska.
Pełźnińska kępa, kozielski ostrów (obok wsi Kozielec), kokocki (obok wsi Kokocko na prawym brzegu), Krosnowski (obok wsi Krostkowo – ten należał do benedyktynek z Chełmna) leżały przed Chełmnem – starym rzecznym portem pruskim, prowadzącym nawet handel zamorski (przez pewien czas miasto było członkiem związku hanzeatyckiego). Położone na stromej skarpie 50 metrów nad terasą zalewową Wisły, Chełmno szczyciło się mianem miasta idealnego, a to za sprawą foremnego rynku, ulic od niego odchodzących, a nawet stojącym pośrodku niego prętem chełmińskim (miarą długości liczącą 4,35 m).
By dostać się do kolejnego miasta, należało ominąć znajdujący się po prawej chełmiński ostrów. Świecie położone było w widłach głównej polskiej rzeki i Wdy zwanej też Czarną Wodą, będącej lewym dopływem Vistuli. Stał tam bogaty kościół farny i szczątki zamku krzyżackiego, kiedyś strzegącego przeprawy przez Wisłę, samo zaś miasto utrzymywało się głównie z handlu i rzemieślnictwa
Po świeckim ostrówku, porośniętym dębowym laskiem, znajdowała się sarkawska kępa, obok Sarkawic na lewym brzegu Wisły, miejsca wielce ważnego dla flisaków – tu zbudowano kościół modrzewiowy z drzewa przywiezionego przez nich właśnie. Stąd panował tu zwyczaj zatrzymywania się w Sarkawicach i ofiarowania się św. Barbarze. Tu nauczało się też fryczy pieśni do św. Barbary. Kępy stwoleńska, osieńska, grudziecka stały przed znanym miastem Grudziądzem, gdzie można już było ujrzeć po raz pierwszy tamy żuławskie, zbudowane przez Prusaków, którzy ujęli w ryzy Wisłę. Sam Grudenz, z ogromnymi, wielopiętrowymi spichlerzami, ciągnącymi się jako mury, chwalił się kanałem Trynką, którym spławiano towary aż z Osy, a także Janem Heweliuszem, obdarzonym wielkim mentem. Miasto miało prostokątny rynek z ośmioma wylotami ulic, wieloma kościołami (przejmowanymi raz przez protestantów, raz przez katolików). Pod koniec XVII wieku powstało tu kolegium jezuickie, natomiast od zawsze była tu znana apteka „Pod Łabędziem”.
Kępa bogińska leżała tuż przed Nowym zwanym też z niemiecka Neuburgiem, miastem na lewym brzegu Wisły przy ujściu Mątawy. Stojące na wysoczyźnie miasto było kiedyś ostatnią twierdzą rycerzy zakonnych, mieściło tzw. pusty klasztor benedyktyński, wcześniej franciszkański – opuszczony w okresie reformacji, przez ponad 70 lat stał pusty (1604 AD). Następna była kępa wiosłowska (nieopodal wsi Wiosło na lewym brzegu rzeki) przed dziewiczą rzeczką. Potem leżała już kokosza łacha i rybitska kępa – stały blisko Gniewu z zamkiem wzniesionym przez Krzyżaków – miasta, które szczególnie umiłował Jan III Sobieski.
Szczególnie ważnym miejscem była Kuchnia, czyli ostrów otoczony starą i nową Wisłą, gdzie frycowało się fryczów na braci, przy gromkich krzykach i licznych zabawach. Miejsce to znajdowało się dokładniej nieopodal Nogatu (wschodniej odnogi Wisły), rzeki odłączającej się przy Przylądku Mątawskim, uchodzącej do Zalewu wiślanego, którym można było dopłynąć do Olbiąga, czyli Elbląga, wiecznie lojalnego Rzeczypospolitej konkurenta Gdańska). Dalej stała tam też znana karczma Piekło.
Kolejny był malborski ostrów – wyspa na Nogacie, zwana też Marienauerkampe. Obok Międzyłęży, starej wsi między łęgami na nizinach wiślanych, znajduje się też Międzyłęskiego ostrów, cnego Jegomościa. Przed Czczewem, czyli Tczewem, miastem na lewym brzegu rzeki, które ogarnęła stagnacja po pożarze z 1577 roku, leżały kępy Gorzędziejowska, Rzężygarła i czczewska. Dalej był już przewóz malborski promem.
Szkarpawa lub Szynberg, prawa odnoga Wisły wpadająca do zalewu Wiślanego, płynęła do Królewca, miała dziki nurt, a na samym jej końcu znajdowała się karczma Głowa. Z kolei Leniwka płynęła do morza poprzez Gdańsk, była uregulowana, na końcu jej stała pokaźnych rozmiarów latarnia morska. Połać lądu pomiędzy nimi, aż do samego morza tworzącą trójkąt, zwano Mierzeją (z niemiecka Neryngiem). Ostrów zwany Leniwka Nowa oraz karczmy: Czerwona, Biała, Rzym i Gęsia, dzieliły flisujących od Drągu. Przy tej ostatniej karczmie trzeba było opuścić Leniwkę i płynąć prosto Motławą do ein Baumu, jak Niemcy zwali Drąg, czyli zamknięty od morza port.
Tu, w Gdańsku, następował kres wędrówki flisaków. Tam to były Zielony Most, spichlerze, wzwody, kołowroty, wagi, trety, liczne ławy, bogaci gdańszczanie strzelający na vivat szczerozłotymi kulami (jak mawiał król Stefan Batory). Słynne w całej Europie miasto z portu, mebli, złotnictwa, bursztynów, zegarów, broni, wódki, liczyło w XVII wieku aż 77 000 mieszkańców! Budżet miasta był trzydziestokrotnie większy od krakowskiego, a o jego bogactwie niech świadczy fakt, iż Batory pożyczał od tamtejszych kupców pieniądze.
Walorów ówczesnego Gdańska nie można ot, tak wymienić: obserwatorium astronomiczne, największy (Wielki) młyn w Europie, Żuraw, Długi Targ, Złota Kamienica, Dwór Artusa, Dom pod Aniołami, Kościół NMP, karyliony, setki spichrzów, pan Adryan Boreyko stołujący się w letnie miesiące w tamtejszych karczmach, etc..
Z niem. Danzig, żartobliwie Chłańsk, a po polsku Gdańsk robił oczywiście ogromne wrażenie na flisach. Cóż, skoro małowiele pozostawało w ich kieszeniach zarobku, tak miasto nęciło ich swymi towarami!

V Haki rzeczne, czyli przeszkody i niebezpieczeństwa na rzekach

Coby Liberum Transitum zachowane było, postanawia się co następuje: Wisła, Dniepr, Styr, Narew, Warta, Dunajec, Wisłoka, Bug, Wieprz, Tyśmienica, San, Nida, Prosna są rzekami wolnymi do żeglugi i osoby prywatne nie mogą czynić jakichkolwiek przeszkód spławowi.
fragment nakazu z połowy XVI
Jeśli tylko na rzece pojawił się kary bóbr, oznaczało to jakiś hak na rzece, a hakiem ówcześnie określano wszelkie niebezpieczeństwa, trudności i klęski na wodzie. Jednakże każdego niebezpieczeństwa dało się uniknąć, o ile postępowało się zgodnie ze starożytną maksymą festina lente, czyli śpiesz się powoli. Wielu właścicieli ziemskich zupełnie nie przejmowało się tym, że utrudniają spław, stawiając bądź tworząc przeszkody, np. groble bądź młyny. Warto jednak wspomnieć, iż bywali i tacy szlachetni, którym stawiano pomniki, jak np. Mikołaj Tarło (sic!), który oczyścił dno Niemna w połowie XVI w.

Bździelami zwano młyny pobrzeżne lub te mniejsze, pływające, wykorzystujące siłę prądu rzeki. W młynach pływających pogródkę, czyli rynnę, na którą spływała woda, stanowiła cała rzeka. Młynicą zaś zwano budynek główny bździela. Zderzenia z nimi były o tyleż niebezpieczniejsze niż z naturalnymi przeszkodami, że poza uszkodzeniami własnego statku właścicielowi należało wypłacić około trzech grzywien (wartych na koniec XVI wieku po 60 groszy każda) mianem nawiązki za uszkodzenia młyna.
Mosty, wzwody (zwodzone mosty) wraz z izbicami, czyli lodołamami (skrzyniami o podstawie trójkąta pod mostami) dla podpitych retmanów stanowiły również nie lada przeszkodę do ominięcia – wszak zawsze mogli o nie zahaczyć. Nawet wiosła lub ster w niewprawnych rękach np. fryczów mogły ich solidnie zranić, gdy zahaczyły o płytkie dno – siła uderzenia mogła spowodować ciężkie stłuczenia, ktoś mógł nawet wylecieć za burtę. Na pomniejszych, mniej spławnych rzekach mogły zdarzyć się groble, czyli wały ziemne chroniące przed wylewami lub podtrzymujące wodę, tworzące na poły sztuczne zbiorniki. Cóż czyniono w takich sytuacjach? Ot co: trzeba było lichtować, czyli rozładować towar, statki przeciągnąć brzegiem, a niekiedy przy dużych transportach należało nawet rozkopać całą groblę!
Frajbiterzy, czyli rozbójnicy wodni, nie stanowili też w tak potężnym i silnym kraju jak Rzeczpospolita licznej grupy, choć na mniej uczęszczanych rzekach, podobnie jak i na drogach lądowych, nigdy nic nie było wiadomo.

Na przeciwności natury jednak nikt nie miał wpływu, te stanowiły już nie lada haki na rzekach.
I tak prądowiny, czyli wyrwane konary i drzewa leżące w wodzie, jak nietrudno się domyślić, pojawiały się na skutek wichur, burz etc. Na płytkiej wodzie stanowiły nie lada zagrożenie – drzewa i pniaki mogły się nagromadzić, tworząc przeszkodę nie do przebycia aż do jej usunięcia. Taranowanie szkutą rzadko przynosiło upragniony skutek – wręcz odwrotnie, łodzie ulegały uszkodzeniu.
Miałcze, czyli płaskie, miałkie brzegi, mogły być piaszczyste lub kamieniste, zwano je także mieliznami. One także stanowiły niemałe zagrożenie – statek mógł na nich ugrzęznąć. O ile te piaszczyste stanowiły mniejszą, choć uporczywą trudność (kadłub statku mógł zostać uszkodzony), to te kamieniste powodowały liczne uszkodzenia, a dosyć często przedziurawienia statku. Aby zepchnąć obciążoną łódź z takowej przeszkody, zwykle nie wystarczyła siła flisaków, trzeba było uciec się do zwierząt pociągowych z pobliskich miast, wsi, karczem, młynów itp. Ówcześni retmani twierdzili, iż najwięcej takich łach znajdowało się na prawej stronie Wisły od Warszawy. Pamiętać należy, iż na miałki brzeg zdarzało się wpadać nawet najbardziej biegłym sternikom. Retman omijał jednak wszelkie przeszkody, o ile wiedział, gdzie one się znajdowały lub w porę je ujrzał.
Rafy, czyli podwodne skały, rzadko zdarzały się na spławnych rzekach takich jak Wisła.
Wiatr (z łac. ventus) jako zjawisko naturalne miał istotne znaczenie dla frachtu. Jedynie wiatr zwany przez flisów umiarkowanym nie miał żadnego wpływu. Wiatr zwany na suszy utrudniał żeglugę – statek dryfował, a zatem poruszał się znacznie wolniej. Z kolei wiatry silne sprawiały, że płynęło się szybciej, lecz istniała duża szansa, że „sukienka”, czyli całe olinowanie i ożaglowanie statku, ulegnie zniszczeniu lub poważnym uszkodzeniom. Podczas flisu nie można zapomnieć o jeszcze jednej klasyfikacji – płynie się z wiatrem, pod wiatr lub z wiatrem bocznym. Rzadko też zdarza się, aby nagle płynąc z wiatrem na suszy, zmienił się on w przeciwny bardzo silny. Podczas silnych wiatrów i burz zdarzało się także, iż jakaś część łodzi bądź ładunku została uszkodzona, niekiedy nawet członek załogi został zraniony przez spadające cięższe części sukienki. Złamany maszt mógł zniszczyć budę lub nawet przedziurawić na wylot kadłub.
Bełchy, czyli wiry i wiery wodne w nurcie nie były aż tak nadto często spotykane na rzekach, mogły jednak nieco zepchnąć szkutę z obranej drogi.
Uszkodzoną łódź można było naprawić w krótszym lub dłuższym czasie, a wszystko uzależnione było od dostępności materiału i narzędzi koniecznych do dychtowania, czyli uszczelniania szkuty lub innego statku (stosowano pakuły, smoły, maty, drewno bądź silnie natłuszczone grube płótna), okuwania i obijania blachami. Oczywiście, jeśli uszkodzenia były poważniejsze, np. dotyczyły kadłuba, można było je usunąć tylko w suchym miejscu, chyba że szybko dało się je zaczopować, czyli zapchać czymś powstałą dziurę (taka akcja była znacznie trudniejsza od naprawy na lądzie ze względu ciężkie warunki pracy). Po takiej prowizorycznej naprawie wciąż istniało ryzyko, że pakuły powypadają pod ciśnieniem wody, a co za tym idzie, zabezpieczenia się rozpadną. Nieraz w pośpiechu trzeba było lichtować (opróżniać) statek, by go uratować.

VI Unter dem Marchte czyli sposoby zawierania kontraktów

Kupcom gwałtownym się nie sprzeciwiaj,
a kupiectwa ucz się na wyrobach leśnych tj. klepka, potaż, wańczos.
Sebastian Fabian Klonowic Flis to jest…

Sprzedać jakikolwiek towar w burzliwym XVII wieku nie było trudno, należało tylko zawrzeć umowę, czyli kontrakt. Najczęściej zawieranym kontraktem był ten oparty na prawie niemieckim. Każdy kontrakt powinien zawierać następujące informacje:

  • kto z kim zawiera umowę,
  • datę zawarcia kontraktu (terminy płatności ustalano na dni poszczególnych świętych, a wszelkie długi spłacano, jako to w zwyczaju, na św. Marcina, czyli 11 XI),
  • datę realizacji kontraktu (czyli dostarczenia towaru),
  • ilość towaru i jego typ (czyli wszelakiej maści zboża: żyta, pszenice, owsa oraz popiół i wyroby leśne: potaż, klepki, wańczos),
  • cenę (płacono także Schuldbriefami, czyli wekslami),
  • ewentualne zaliczki, prowizję i tym podobne.

Umowy takie zawierali kupcy, faktorzy lub sami szyprowie. Każdy szanujący się kupiec zatrudniał buchaltera (czyli księgowego) oraz pewną liczbę faktorów, czyli agentów handlowych podróżujących po kraju i kontraktujących na długo przed żniwami nieskoszone zboże. Najrzadziej umowy zawierali wspomniani szyprowie i kapitanowie. W 1650 roku po Polsce na pewno podróżowało 50 holenderskich agentów, 20 brytyjskich i szkockich. Często zawieranym typem kontraktu była umowa zawierana na koszt i ryzyko producenta, czyli Lieferantzkauf; znacznie rzadziej zawierano umowy Kauf auf abenteur, gdzie ryzyko i koszta dostarczenia towaru brał na siebie kupujący. Nielegalnym procederem było zawieranie umowy Lieferantzkauf czy Kauf auf abenteur z klauzulą Unter dem Marchte, czyli poza granicami miasta – zyskiem z nieopłaconego podatku dzieliły się wówczas obydwie strony, biada jednak tym, których na tym przyłapano.
Targowano się ówcześnie dużo i zawzięcie, a był to po części i zwyczaj, i zabawa, jednakże wszędzie tak samo. Wpierw obie strony przytaczały różnorakie argumenta, aby intrata każdej z nich była większa. Po udanym zbiciu lub podwyższeniu należało przybić, czyli uderzyć dłonią w dłoń, na koniec zaś wypić litkup (z niem.), czy inaczej mohorycz (z arab.; tak mawiało się na Rusi). Ów litkup to ofiara składana bogom z okazji zawarcia kontraktu, a polegała na wylaniu kilku kropel na ziemię (koszta litkupu ponosił kupujący) i wspólnym wypiciu pozostałości (w poważniejszych interesach wraz ze świadkami). Transakcję nieprzybitą i nieopitą łatwo było uznać za nieważną.

VIII Co na rzece naleźć można, czyli konspekty dyariuszy i wydarzeń

Flis, jak już zapewne wiecie, jest wydarzeniem, które Panowie Gracze winni spisywać w swych silvach i opowiadać długo kompanom. Jako że znasz swoich PG, to ty musisz zdecydować, czy chcesz ich rozbawić, przestraszyć, skłonić do walki czy do myślenia, dobierając w ten sposób konspekt biesiady. Jako że spław rzeczny jest odmienny od przygód gonionych po Dzikich Polach, winny to być biesiady, które nie tylko Panowie Bracia zapamiętają na całe życie, lecz także i sami PG – a to naprawdę trudna sztuka wprawnie poprowadzić taką rzeczną biesiadę.
Nalegam więc na Starostów Gry, aby zaniechali prowadzenia przygód opartych na flisie, jeśli uważają, że biesiada jest niedopracowana bądź może nie przypaść do gustu PG. Zachęcam zaś i zalecam stworzenie długotrwałej kampaniji, składającej się z kilku lub kilkunastu biesiad opartych na poniższych konspektach. Można też wplatać w kampaniję rzeczną publikowane w pismach o grach fabularnych dyariusze np. takie jak „Pod Wesołym Wisielcem” (Magia i Miecz 12/96)i wiele, wiele innych zacnych, jednakże krótko dziejących się na lądzie. Oczywiście poprowadzenie biesiady opartej na którymkolwiek z konspektów to trudne zadanie, ja jednak wierzę w zdolności szlachetnie urodzonych Starostów.
Jeszcze jedna sprawdzona sprawa: flis jest doskonałym miejscem dla wprowadzania nowych osób – Podstarościch, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z Dzikimi Polami. Mogą oni odgrywać role łyków: sterników, nawigatorów, flisów i im podobnych. Obserwując na rzece obyczaje i poczynania szlachty, mogąc bliżej zapoznać się z zabawą szlachecką. W dyariuszach rzecznych pamiętać trzeba o tym, że:
– dzień żeglugi trwa, jak każda inna praca, od świtu do zmroku, a podejmowanie nocnej żeglugi wiąże się z arcytrudną nawigacją. Zwyczajowo, w celu odpoczynku od trudów rzecznych, na noc przybija się do brzegu i tam przy śpiewach, gadkach, pijatykach i bijatykach spędza się wieczór, nocą zaś sypia;
– rzeczna wilgoć wpędza frachtujących w liczne choróbska, nierzadko prowadzące do śmierci;
– flis jest uciążliwy, męczący i nużący, dlatego na ląd schodzi się często, a to w celu napicia się trunku lub zjedzenia czegoś bardziej wykwintnego niźli ustawiczne kasze ze skwarkami, czy też wreszcie, aby zaczerpnąć wieści co do bezpieczeństwa dalszej drogi – nie słyszało i nie widziało się frachtujących przez kilka dni bez zatrzymywania się w okolicznych wsiach i karczmach;
– pomimo iż flis jest walnym zdarzeniem, okoliczne wsie i miasta żyją swoimi sprawami: bandami pustoszącymi okolice, nowymi uchwałami, kłótniami i zwadami itp.
Scenariusze
Oto kilka przykładowych konspektów biesiad,. Apel wnoszę, by Starostowie tworzyli nowe, lepsze. Daj Bóg, by Panowie Bracia ominęli szczęśliwie wszelkie przygody!

Zbieg z Biłej

Ten pomysł godzien jest osadzenia tylko w pobliżu miejsca, w którym rozpoczyna się flis. PB mogą bywać na popasie w przybrzeżnej wsi. W pobliżu przepływa szkuta Mości Pana Kunickiego, będącego akurat na niej w podróży. Frycz Jędrek to młody chłopak, zbieg ze wsi Biła. Zaciągnął się on na flis Jego Mości Kunickiego, jednak okazało się, że WMP rozpoznał w Jędrku zbiega z dworu sąsiada i postanowił go na szkucie srodze wybatożyć. Jędrek wymknął się flisakom i zamknął w budzie, porywając stamtąd wszelkie kosztowności Pana Kunickiego, po czym wyskoczył za burtę. Z brzegu świadkami całego zdarzenia są PB – jeśli pochwycą w rogozinie młodego zbiega i oddadzą Kunickiemu jego majętności, ów obdaruje ich cennym przedmiotem lub kosztownościami, a zyskają też dozgonnego kompana. Oczywiście wcześniej Jędrek będzie chciał się wykupić z rąk PG skradzionymi dobrami i obietnicami dozgonnej służby.

Wolski górą!

Swawolnej Kompaniji flisującej do Gdańska zabrakło na szkucie żywności lubo jakich materiałów, mogą też być zmęczeni rzecznym życiem. Retman nakazuje zatem, coby opuścić żagiel i zatrzymać się w jednej z przybrzeżnych wiosek na noc w karczmie. Gdy już do niej dotrą, Żyd arendarz poprosi SK, coby nie wadziła, gdyż karczma zajęta poprzez znanego warchoła Wolskiego i jego ludzi. Być może SK powróci na szkutę, możliwe też, że zasiądą pospołu przy stole z Wolskim. Wolski i jego ludzie są srodze podchmieleni i mogą zechcieć SK wyczyniać różne konfuzyje (smarować ich miodem, wyzywać od hreczkosiejów, co to za złotem ze zbożem płyną, nurzać łby w kadziach, wąsów lubo czupryn przypalać). Może się też tak zdarzyć, że Wolski jednemu ze swoich nakaże, coby walczył z najbardziej gorliwym z PB. Gdy PB zwycięży w pojedynku, Wolski może poczuć afekt do Kompaniji – lub równie dobrze rankor. A jeśli sytuacja rozwinie się niepomyślnie dla SK, być może będą musieli zabarykadować się w jednym z karczemnych pomieszczeń i zaciekle bronić przed przeważającymi liczbą ludźmi Wolskiego.
Równie dobrze Wolski może nie być warchołem, lecz magnatem, który nie życzy sobie byle kogo w swojej kompanii, a jego pachołkowie będą strzec wejścia do karczmy – tedy SK będą musieli chyba odpuścić, choć któż to wie ?

Frycz Stasiek

Flisacy aż nazbyt często żyją z kradzieży, szczególnie zaś ci młodzi. SK z szyprem i retmanem uda się do przybrzeżnej wsi w jakichś istotnych celach (np. urodziny PB lub też bogobojny szyper upiera się, coby dać na mszę dziękczynną dla św. Barbary za to, że załoga wyszła wczoraj z jakiegoś strasznego haka). Tak więc SK przebywa na lądzie, na szkucie zaś flisacy bawią się w najlepsze wedle maksymy „kota nie ma – myszy harcują”. Stasiek kradnie wiele cennych przedmiotów ze statku, m.in. medalik z podobizną matki jednego z PB! Po powrocie SK sprawa wychodzi na jaw i SK wraz z całą załogą zaczyna poszukiwać złodzieja. Zwrot akcji może nastąpić w chwili, gdy kilku starszych flisów pojmie Staśka i ujrzy, ile bogactw nakradł. Zapewe zatłuką go w pobliskim lesie.
Tu może zacząć się już pościg za kradziejami, tak typowy dla Dzikich Pól. Skąd SK weźmie konie, jak dojdą do sedna sprawy, gdzie rozegra się potyczka między SK a flisami? A co będzie, jesli Stasiek wziął pistolce, spory zapas prochu i kul i flisy będą się ostrzeliwać np. z młyna?

Nieznachowski ostrów

Ta biesiada może rozegrać się na jakimkolwiek niemałowielkim ostrowie, najlepiej nadaje się jednak nieznachowski. Co na tym ostrowie się wyrabia, nawet najmłodszy frycz wie. Dzicy Nieznachowie są bardzo przebiegli, zwabiają na swą wyspę pod byle pretekstem („Pomocy!”; „Zważajcie, tam kaj płyniecie je łacha!”) lub kierują na skały pojedyncze szkuty, mordują wszystkich, rabują towary, a pustą łódź (jeśli się jeszcze da) puszczają w dół rzeki. Nie czynią tego za często, boby ich tamtejszy starosta wytłukł co do nogi, jednakże wszyscy pospołu wiemy, że najciekawsze przygody przydarzają się zawsze SK, nie zaś Innym Kompaniom. Ostrów nie jest zbyt wielki, lecz Nieznachowie znają go jak swą sakwę (możliwe, że sakwa Starego Nieznacha jest wypełniona po brzegi). Walki na szkucie podczas pełni księżyca, pośród mrocznych dębów, z Nieznachami uzbrojonymi w drągi, cepy i noże łacno może przerodzić się w krwawą walną bitwę. Być może jedyną szansą PB stanie się ucieczka tratwą Nieznachów, a wtedy pozostaje udać się do okolicznej szlachty lub starosty, prosić o pomoc i wartko powrócić na ostrów, patrząc, jak znaczna część tchórzliwych Nieznachowców ucieka wpław, unosząc ze sobą dobytek.

Bracia w krwi

To konspekt na biesiadę przepełnioną grozą. SK rozbiła szkutę nieopodal jakiegoś ostrowu (tak, tak znów nieznachowski), a tam żyje kilkadziesiąt bestyj hołdujących pogańskim bóstwom. Tyle lat przeminęło, odkąd Sarmaci podbili Pogan, a tu na tej wysepce żyją wyobcowane, nieutrzymujące kontaktu z innymi istoty odziane w skóry… Bestyje te parzą się między sobą, toteż ich ciała są okrutnie zniekształcone. Mimo, iż są to potomkowie Słowian, SK wpadła w ich sidła: łódź uszkodzona, poganie nie mają tratew, tedy załoga musi zbudować jakąkolwiek, by wezwać pomoc. Trzeba przeczekać jednak noc, a ta może obfitować w tak standardowe elementy grozy, jak jęki, zawodzenia, ślady krwi, szepty, szelesty, ogniska wewnątrz wyspy, które ktoś gasi je w pośpiechu, gdy tylko podejść bliżej… Wszystko wskazuje na to, że bestyje oddają cześć jakiemuś odmieńcowi żyjącemu na wyspie (basior), lubo, co gorsza, w Wiśle (topielec).
6. Trumna Mości Panny Feratowskiej Krak Uli.
Oto konspekt na zabawną biesiadę grozy, którą można rozegrać w ciągu jednej nocy. Pewnego dnia Jejmość Pani Krak Ula prosi swego kamrata (oczywiście PB), by ten dopilnował flisu do Gdańska. Dodaje też cynową trumnę, gdyż wedle woli zmarłego, Mości Pana Hungara Janoś Feratowskiego, jego ciało ma zostać pochowane w morzu (podobno pływał kiedyś do Anglii). A jako to w zwyczaju z trumnami na statku, poczynają się dziać dziwne rzeczy, a wprowadzać je należy wedle uznania Starosty. Poniżej znajdują się wyjaśnienia, które najlepiej objawić SK na końcu biesiady:
Zdarzenia
1 – Kilku fryczom śnią się koszmary.
2 – Ktoś na statku choruje na gorętwę (najpierw jeden, potem coraz więcej fryczów skarży się na bóle głowy).
3 – Jeden z flisów ma dwa nakłucia na szyi.
4 – Śnięte ryby.
5 – Walki fryczów.
6 – Znika jeden z fryczów na statku.
Kulminacyjny punkt 666 : Jeśli ktoś otworzy trumnę, nie ma w niej nikogo!
Wyjasnienia
1 – Retman Koryto naopowiadał im, jak to będą pasowani na flisów, a odzwierciedla się to w ich snach.
2 – Jest to przypadek nieznanej jeszcze w XVII w. autosugestii.
3 – Ukąsiły go dwa komary. Lepiej jednak by w przybrzeżnej karczmie bywał jakiś szlachcic z kalendarzem, w którym wyraźnie napisano, że istnieją pszczoły o rozdwojonych żądłach, które niedawno przyleciały z Novis Orbis (owe kalendarze zawsze opiewały w takie ciekawostki.
4 – Śnięte ryby wzięły się z pobliskich dymarków, z których dostają się do rzeki niebezpieczne dla ryb materyje.
5 – To akurat wydarzenie jest całkowicie pospolite i występuje 1k2 razy dziennie + bonus z Mądrości fryczowskiej.
6 – Nie dziwota, jak z takim retmanem wytrzymać?.
666 – Wdowa po Panu Szlachcicu Ja nośFerat' owi Pani Krak Ula w całym smutku i żalu zapomniała dać trupa do trumny.

Mości Panny w opresyi

Tę króciutką biesiadę rozpocząć można na lądzie lub na łodzi. Służy ona znacznemu opóźnieniu flisu, acz może być nagrodą np. za dobre odgrywanie ról. Tak czy owak, spasiony i zziajany pachołek starościński przy brzegu wrzeszczy do SK, że wiózł dwie panienki starościńskie, lecz ich kolasy nie da się nijak podnieść, a SK są jedyni w okolicy.... O korzyściach płynących ze znajomości z dwoma pannami, córkami podczaszego starościńskiego, nie trzeba chyba pisać.
Opuszczona szkuta
Pewnego wieczoru szkuta wypełniona towarami wyminie statek SK – jednakże na jej pokładzie nie ma nikogo! Okazuje się, iż jest to szkuta znanej historycznie osoby, np. jakiegoś geografa, poety Sebastiana Fabiana Klonovica lub jakiej znanej persony z Babina. Flisi zapomnieli ją przycumować, szkuta więc spływa w dół, a załoga łodzi Panów Braci może ją zatrzymać. Stawia to Panów Braci w komfortowej sytuacji, mogą bowiem zaskarbić sobie wdzięczność bardzo znanej persony i poznać cząstkę jej twórczości. A może osoba ta sama poprosi ich o pomoc w ułożeniu fraszki lub o opis jakiegoś ostrowu, na którym bywali lub o zabawną facecję, dzięki której zostaną nadwornymi szyprami Babina?

Wspominki

To pomysł na niezliczone inne biesiady, przywołujące z pamięci PB wszelkie przeszłe im wydarzenia. Każdego wieczoru można poprowadzić krótkie opowieści (biesiady w biesiadach) opowiadające np. o młodzieńczych latach PB, począwszy od wyprawy kilku braci szlachciców łodzią na jakąś wyspę, pierwszego polowania bądź czegokolwiek inszego. PG mogą także dla odprężenia wcielić się w inne postacie występujące w biesiadzie, z flisem absolutnie nie związanej, byle zacząć ją ciekawym zagajeniem: „Kiedy my zasiedli już przy strawie i napitku wieczornym, jeden z Panów Braci rozpoczął gadkę o gorących godach, o których to opowiedział mu pewien szlachcic…” I tu już SG może poprowadzić biesiadę „Gorące gody” z Portalu #3, autorstwa szlachetnego rodu Mochockich.
Wydarzenia
Oto Wydarzenia, które przytrafiać się winny SK podczas każdej z Biesiad rzecznych. Przygotować je trzeba przed każdą Biesiadą (wybierając bądź losując) i dobrze zaplanować sposób przedstawienia ich graczom. To naprawdę duże zadanie dla SG – zastanowienie się nad narracją danego Wydarzenia wymaga poświęcenia przynajmniej kilku minut przed Biesiadą i ewentualnie zanotowania tego, co może się przydać podczas samej zabawy. Wybierając liczbę Wydarzeń, cały czas należy pamiętać, że spław Wisłą to głównie okres ciszy i spokoju, a więc nie powinno być ich zbyt wiele (choć i nie za mało). Oczywiście niniejszy rozdział podaje tylko garść przykładów, SG winien stworzyć swoje własne, lepsze. Można nawet zasugerować Graczom, by dla uatrakcyjnienia kolejnej Biesiady sami przygotowali kilka Wydarzeń obiektywnych (takich, które nie wpłyną na główny cel podróży postaci). Wtedy jeden z Graczy staje się na tą jedną scenę Starostą, a Starosta może na chwilę zostać Graczem! Wydarzenia te mają poruszyć wyobraźnię PG – świat wokół nich żyje, oni nie są jedyni w Rzeczypospolitej!

1. Ogromna ryba. SK widzi w odmętach Wisły olbrzymiego suma, karpia bądź dowolną inną rybę. Wydawać się może z początku, iż to jakieś monstrum rzeczne. Któryś z PB może się nawet zlęknąć, gdy mostrum nagle wyskoczy z wody, napierając na burtę, jakoby chciało na łódź wleźć.
2. Teren starej grobli. Kiedyś w tym miejscu znajdowała się grobla – woda jest nadzwyczaj przejrzysta, a w niej widać usypany wał z kamieni, resztki zbutwiałych belek etc., etc.
3. Duży głaz pośrodku rzeki. Nieopodal miejsca, w którym przepływa statek SK, stoi wielki głaz, może on nawet stanowić hak rzeczny. Na głazie wyryto krzyż lub nazwisko jakiegoś poległego w odmętach rzeki kapitana, bosmana bądź flisa. Sternik SK na pewno wyjaśni historię zmarłego, a owa opowieść, obfitująca w przygody, ciągnąć się będzie aż do samej północy.
4. Nocny skowyt wilków. Z brzegu dobiega nieustanne wycie wilków, a niebezpiecznie blisko widać pary czerwonych ślepi. Jeśli SK znajduje się na brzegu, całkiem możliwe, że wilki zaatakują, choć mogą tylko niepokoić SK przez całą noc.
5. Żaby, świerszcze lub inna część fauny nie daje zasnąć SK, ich śpiewy brzmią przez całą noc.
6. Kłoda. Na rzece znajduje się kłoda, jest ona jednak przywiązana pośród głównego nurtu np. do wystających głazów. Ktoś ją tu przymocował tu celowo. Dlaczego? W jakim celu? Kiedy? Dzięki dobrze zaaranżowanemu Wydarzeniu można stworzyć atmosferę prawdziwego niebezpieczeństwa. Niewykluczone, że PB zaczną nabijać broń w oczekiwaniu na atak fraubiterów, których wcale tutaj nie ma.
7. Kupy liści zalegające wodę. Woda pokryta jest grubym kożuchem z liści. Czy to normalne o tej porze roku? Może być to także gruba warstwa lilii wodnych.
8. Stado spłoszonych ptaków. Nagle z szuwarów podnosi się stado spłoszonego ptactwa rzecznego, pędzi z furkotem bardzo nisko nad łodzią, by koniec końców zniknąć gdzieś w głębi lądu.
9. Mgła. Jest tak gęsta, iż utrudnia żeglugę, możliwe, że trzeba będzie chwilowo przerwać podróż.
10. Światła na rzece. Późnym wieczorem na rzece pojawia się kilka źródeł światła, pochodzących z małych łodzi rybackich lub łodzi fraubiterów. A może…
11. Odgłosy. Co jakiś czas z różnych miejsc dobiegają trzaski, wrzaski, nawoływania, echa, szumy, zawodzenia wiatru lub porykiwania zwierząt. Po chwili może zapanować niczym niezmącona cisza, w której nie słychać nawet brzęczenia owadów.
12. Nadpsute zwierzę płynie obok łodzi. Może być to krowa, wół lubo co innego. Najważniejsze, że wszyscy frycze i flisacy będą zgodni co do tego, by wyłowić, oporządzić i upichcić zwierza.
13. Szałas. Nad brzegiem stoi wiklinowy szałas ze słomianym daszkiem na chwiejnych palikach. Statek może przepływać tak blisko, że widać posłanie z kilku desek i grubych żaglowych płócien, a obok mnóstwo błota i czerń paleniska. Na tykach porozwieszane są liczne zioła. Kto tu mieszka? Może pustelnik, znający przeszłość i przyszłość PG?
14. Rybacy. Kilku rybaków przepływa obok dłubanką w górę rzeki, na dłubance stoi niewielki szałas i małe ognisko na solidnej metalowej tarczy. Na łódce naleźć można podpłomyki i mięsiwo, w tym dziczyznę – skąd cham ją ma?
15. Nietoperze. Nocą nagle zrywają się nietoperze, jest ich bardzo dużo, a czy zrobią jednemu PB kołtun, to już sprawa SG.
16. Ptak. Na statku przysiada nieznany ptak, który może wywołać długą dysputę pomiędzy członkami łodzi. Cóż to za dziwaczny ptak?
17. Gwałtowna zmiana pogody: silny deszcz, burza, a może nawet gradobicie? Zapadają ciemności, zarysy brzegu się zamazują. Białe brzuchate chmury zwiastują burzę, błyskawice zaczynają kreślić szybkie zygzaki. Co stanie się, gdy piorun uderzy niebezpiecznie blisko łodzi? Pewno to zwiastun – wojna?
18. Ławica. Powierzchnia rzeki pokrywa się mnóstwem małych kolorowych rybek. Skaczą nad powierzchnią wody i mogą przez długi okres towarzyszyć statkowi.
19. Bobry. Maleńki dopływ Vistuli zablokowany jest wielką, solidną bobrzą tamą. Oby nie wypłynął z niej kary bóbr…
20. Rzeką płynie trup. Po wyłowieniu może okazać się, iż to jest trup Moskwicina, zborowszczyka lubo nawet znajomego PG. Trup cuchnie straszliwie, rozkłada się już. A co to za sakwa? Do tego czarna?
21. Piękna pogoda. Chmury szybko płyną po niebie, zachód lub wschód słońca jest przepiękny.
22. Wianki. Na powierzchni rzeki płyną niezliczone ilości wianków uplecionych z polnych kwiatów.
23. Krzyż. W rzekę wbity jest krzyż prawosławny, a na nim znajduje się nieczytelny napis cyrylicą.
24. Komary. Niezliczone roje owadów towarzyszą statkowi. Komary są grube prawie na palec, a ich ukąszenie powoduje, że krew leje się ciurkiem.
Co 1 zwarcie następuje: 1+/-1 obrażeń od kłujki, łapami zadaje tylko 0,2 +/- 0,1. Ma tylko jeden ładunek jadu. Komar jest owadem (tylko samice, samiec posiada za to dwukrotnie większą Si) ssącym krew, jednak po jednym „łyku” kończy żer. Po wypiciu krwi, by wyrównać ciśnienie, wstrzykuje swą kłujką jad. (Cytat za Złym Cieniem – wszelkie prawa autorskie należą do Szamana).
25. Drzewo. Pośrodku rzeki rośnie stara wierzba, drzewo wyrosłe z rzeki liczy na pewno kilkadziesiąt lat, jeśli nie więcej.
26. Puch. Nagle powierzchnia łodzi zdaje się pokrywać śniegiem – jest to puch z kwiatów lub ptasi, cały statek przykrywa warstwa białego pyłu.
27. Huk. Wystrzał lub grzmot dochodzi z przybrzeżnego sitowia przy brzegu. Potem następuje wielkie poruszenie na brzegu i ktoś ucieka konno, a z sitowia wypływa trup szlachcica. Cóż to zacz za zwada?
28. Świetliki. Ciemną noc nagle rozświetla wielka ilość świetlików, ich drobne światełka odbijają się w powierzchni wody, sprawiając wrażenie, iż na tym odcinku rzeki wstał świt o zielonym zabarwieniu!
29. Dziwna łacha. Ponad powierzchnię wody wyłoniła się piaszczysta łacha. Ma iście śnieżnobiały kolor. Zupełnie jakby ułożyła się w jakiś określony wzór, przedstawiający… Co to?
30. Grota. Przy brzegu znajduje się na wpół zalana grota. Jeśli ktoś ją zbada, okaże się, że znajduje się tam czyjaś sadyba: kilka skór, resztki pożywienia, dłubanka z niewielką siecią etc. Tylko do kogo należy ten olbrzymi dwuręczny miecz zawinięty w krowią skórę?
31. Pożoga. Na początku widać tylko dym na horyzoncie, a gdy SK zbliży się, okaże się, że to olbrzymia pożoga ogarniająca okoliczny las. Ciepło płomieni wręcz sięga łodzi, a buchający dym zatyka nozdrza.
32. Blisko brzegu. Statek dosłownie muskają nadbrzeżne wierzby.
33. Prądowina. Drzewo lub krzak traci oparcie, lecz uparcie walczy z prądem, miota się, otrząsa, czepia się mocno reszty roślinności, broni się, opiera, by koniec końców z trzaskiem łamanych gałęzi poddać się zwycięskiemu żywiołowi wody tuż przed łodzią SK.
34. Walka rzeki z brzegiem. Zieleń nurza się w wodzie, nurt podmywa brzeg, wielkie płaty ziemi odrywają się od skarpy i płyną z prądem.
35. Słodki zapach w powietrzu. Może być to aromat świeżo zżętego siana.
36. Rogi wielkiego wołu zawieszone na palu wbitym pośrodku nurtu – dawniej za najbliższym załomem rzeki mieściła się osada Wołów.
37. Skarby. Pośrodku rzeki znajduje się bagnisty ostrów, coś się na nim błyszczy – zbroja, tarcza, a może kawałek zwierciadła? Trzeba byłoby to sprawdzić, ale jak?
38. Szczury okrętowe poprzegryzały worki z żywnością. Zdaje się, że szczurów z dnia na dzień jest coraz to więcej.
39. Ślady. Na bagnistym brzegu znać wiele śladów zwierzyny przychodzącej do wodopoju.
40. Mokradła. Brzegi rzeki są niskie i na wpół pozalewane wodą – łączą się z mokrymi łąkami i porośniętymi szuwarami mokradłami.
41. Upał staje się coraz bardziej przytłaczający, zdaje się, że wszystko zaczyna drżeć.
42. Niezliczone ptactwo: pelikany, dzikie gęsi, żurawie, kaczki, czajki, kulony, rybitwy – wydaje się, że odbywa się tu sejmik ptasi pośród sitowia i szuwarów. Lub też nad statkiem przelatuje klucz ptactwa.
43. Skała. Pośrodku rzeki stoi skała, a na niej wyrzezany jest jakiś napis, ledwo czytelny, wraz z mapą jakowejś okolicy. Skarb zbójów? Pewnikiem!
44. Przepierka. Chamka na brzegu robi przepierkę. Ma walne… rękawy… lub pewną część ciała.

Istnieją też oczywiście wydarzenia bardzo rzadkie, możemy przyjąć, że podczas flisu zdarzy się jedno lub kilka takich k5:
1. Zaćmienie księżyca, kometa, dziwna poświata wokół księżyca – czyżby zwiastun jakowychś niespotykanych wydarzeń?
2. Wilk wyjący w ciągu dnia – wilkołak?
3. Ruiny wystające ponad poziom wody. Wcześniej było słychać jakoweś tajemnicze śmiechy spod wody. Siedziba utopca?
4. Woda ma całkiem inny kolor – czerwony, fioletowy. To omen?
5. Z rzeki wystaje czaszka olbrzymiego gada. Musiał to być smok, tak to wszystko wygląda (czaszka dinozaura).

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget