Trójgłos drugi na temat czasopisma o grach fabularnych

Poprosiłem mojego dobrego znajomego i współgracza Patryka Holę oraz Artura Marciniaka abyśmy porozmawiali na temat nowego, drugiego już numeru Magii i Miecza. Artura Marciniaka nie muszę Wam przedstawiać - to były redaktor starej Magii i Miecza, gościł na łamach mojego bloga niejednokrotnie. Obecnie prowadzi dwa blogi dotyczące gier bitewnych. Z kolei Patryk to gracz z wieloletnim stażem, nie mający nic wspólnego z aktywnym życiem fundomu - jest hobbystą i fanem gier fabularnych. Mieliśmy wymienić opinie nt. zawartości merytorycznej drugiego numeru nowej Magii i Miecz, jednak dyskusja zdryfowała w nieco innym kierunku. Sądzę jednak, że opinie które wyrazili moi współrozmówcy są na tyle ciekawe, że zainteresują Was na tyle, że zechcecie je przeczytać.

O nas:
Patryk Hola. Mistrz gry, gracz, miłośnik RPG z dwudziestoletnim stażem. Na co dzień nauczyciel języka angielskiego i tłumacz. Doktorant Uniwersytetu Śląskiego. [PH]

Artur Marciniak. Redaktor naczelny czasopisma Magia i Miecz w połowie lat 90-tych, obecnie prowadzi dwa blogi: Polish Miniatures | Polskie Figurki oraz Wojna w miniaturze War in miniature [AM]

Adriano Kuc. Bloger. Moje teksty pojawiały się w magazynach hobbystycznych (Magia i Miecz, Portal, Kwarta) oraz serwisach internetowych (Histmag, Polygamia, Gadżetomania, Esensja). [AK]




PH: Uważam, że w czasach internetu należy skupić się przede wszystkim na jakości merytorycznej i graficznej. Pisma takiego nie można już tworzyć fanowsko, bo to się wcześniej czy później rozlezie. Nic tak nie trzyma ludzi w kupie jak pieniądze, które mogą razem zarobić. Fanowsko to można sobie robić portal internetowy. Widzę, że pomysł na reaktywację MiM jest w dużej mierze właśnie fanowski, co moim zdaniem nie wróży mu długiej i świetlanej przyszłości. Z mojej perspektywy należy zadbać o to aby MiM było czasopismem kultowym, drogim i o najwyższej jakości merytorycznej. Tekstów typu: "jak zrobić fajną muzykę na sesję" należy szukać właśnie na portalach, MiM ma być czymś z wyższej półki. Większość ludzi związanych od początku z polskim RPG ma już na tyle ustabilizowaną sytuację finansową, że są w stanie płacić więcej, ale produkt musi być ekskluzywny, coś co chce się postawić na osobnej półce i zbierać dalej. Autorzy tekstów mają być profesjonalnie opłaceni, druk ma być najwyższej jakości. Aż prosi się o dobrego marketingowca. Nowy numer powinien mieć na przykład super kalendarz, z mapami, fajnymi grafikami, itd. Z twórcami MiM jest trochę tak jak z polską lewicą. To takie kółko kawiarniano-dyskusyjne, w gruncie rzeczy hermetyczne i niedostępne. Niezdolne do wytworzenia produktu a szerszym zasięgu, większej sile oddziaływania. MiM to musi być przede wszystkim biznes, jak będzie biznes to cała reszta też się ułoży w całość.

AK: Mamy czasy takie jakie mamy i na RPG już nie zarabia się jak kiedyś. Kto jest potencjalnym klientem RPG w Polsce trudno dociec, nie wspominając już o jego portfelu.
Wszystko o czym Patryk myślisz, nie funkcjonuje już w ten sposób jak w dziewięćdziesiątych latach - nad DnD pracuje obecnie kilkanaście osób. O autorów trudno, obecna stawka w Polsce to około stu złotych za artykuł (specjalistyczny jakby nie patrzeć), o marketingowcu może marzyć chyba tylko kilka firm na świecie. Stąd cały czas relatywne podejście polskich twórców do RPG, potrafią być i profesjonalistami i fanami, zupełnie odwrotnie do artysty z Rejsu, który nie mógł być tworzywem i twórcą. Mamy do czynienia z prosumpcją -  tak, autorzy to niestety kawiarniany stolik. Redaktor naczelny nMiMa poprawia fanzin znajomego, zaś redaktor naczelny fanzina poprawia czasopismo. Aktywnych polskich użytkowników - fanów RPG w sieci będzie kilka setek, zaś kreujących treści pewnie kilkadziesiąt. A jeśli When you are in Rome, do as the Romans do ...

Crowdfunding miał to zmienić, zaś pieniądze, które lokowali fani miały zaoferować powrót do przeszłości, czyli czegoś o czym wspominasz Patryk, czegoś o dużej sile oddziaływania.
Niestety o statusie "kultowego" decyduje subiektywna ocena odbiorców. Pierwszy numer nie zaprezentował żadnych wartości czy wzorców, stąd na początku lektury tego pisma w wersji elektronicznej szukam czegoś analogicznego do tekstów z starego MiMa, czyli tekstu do którego można wracać. Macie już coś takiego na oku? Bo ja nie.

I jeszcze dodam... Dysonans jakiś pomiędzy redaktorem, a wydawcą, jak sądzicie? Ten pierwszy wspomina o LARPach w dwóch żołnierskich zdaniach, ten drugi zaś zdaje się narzucać nam przedstawiane treści - oczywiście chodzi mi o LARPy.
O objętości i zasadności publikowania materiałów LARPowych mówiliśmy ostatnio i jesteśmy zgodni (sądząc po komentarzach w sieci fani również)  - jest ich za dużo. Ciekaw jestem Artur, kto miał władzę sprawczą nad starym MiMem ? Jak to wyglądało za Twoich czasów ? Wspominane gdzieniegdzie nieformalne kolegia redakcyjne miały wpływ na kształt pisma i jego linię ?
Nacisk jakiś samoistny musiał być - teraz promujemy Warhammer, potem Zew Cthulhu, czy War Zone, bo z tego się utrzymujemy...

AM: Władza wykonawcza nad starym MiMem spoczywała w rękach naczelnego - głównie. Jasne było, że głos decydujący miał Jacek Rodek, w końcu on ryzykował pieniędzmi i był właścicielem firmy. Nie przypominam sobie jednak jakichś specjalnych przypadków, w których wylatywało coś dobrego, bo pojawił się średniej jakości tekst, ale na potrzebny temat. Najwyżej szedł numer czy dwa numery później. Zdarzało się, że Jacek prosił wcześniej, by napisać coś dla konkretnej gry, ale to były rzadkie wypadki. Trzeba pamiętać, że my aktywnie graliśmy w większość gier, które pojawiały się na łamach i nas to, po prostu, interesowało.

AK: Wtrącę - jednak Wy mieliście bazę rewelacyjnych materiałów z White Dwarf, w których przebieraliście jak w ulęgałkach...

PH: Dwie kwestie na początek, które musimy chwilowo rozdzielić. Pewnie wcześniej czy później to się nam zejdzie ale dla porządku.
Po pierwsze, Adrian, naczelną ideą każdego biznesu jest to, że dociekamy kto jest naszym potencjalnym klientem i ile pieniędzy może na nasz produkt wydać. Potencjał nMiM (jako nośnika pewnego sposobu życia) jest z biznesowego punktu widzenia ogromny. U Ciebie Adrian widać bardzo charakterystyczny rys osoby, która miłość do RPG przedkłada nad takie szczegóły, a one się bardzo liczą. Polscy twórcy na pewno potrafią być profesjonalistami i fanami ale mam poważną wątpliwość czy potrafią być szefami biznesów, których najwyższym dobrem jest dążenie do finansowego sukcesu przedsięwzięcia. Polskich twórców powinien wychwycić jakiś człowiek, który ma talent organizacyjny i rozumie czym jest RPG i jego kult, a następnie zagonić ich do roboty. Nic tak nie motywuje artysty jak głód i honorarium na horyzoncie. Tymczasem nasi twórcy wzięli się za biznes i na moje oko dalej będą odnosić spektakularne zwycięstwa kawiarniane. Jeśli Was to interesuję, to mogę Wam opisać jakim sposobem czasopismo specjalistyczne Przegląd Polityczny, które prenumeruję, o nakładzie 1500 egzemplarzy jest w stanie wypuścić na rynek 5 egzemplarzy rocznie, które rozchodzą się wśród specjalistów niczym świeże bułeczki, a każdy z nich jest najwyższej jakości dziełem z zakresu filozofii polityki. Piszą tam najlepsi, przedrukowuje się najlepszych, itd.

Druga sprawa, to kwestie merytoryczne odnoszące się do nowej edycji MiM. Ale to dopiero, gdy się zapoznam z treścią drugiego egzemplarza. Pierwszy był moim zdaniem tragiczny.

AK: W poprzednim Trójgłosie wspominałem o ankietach jakie były w starych MiMach. Wiadomo, takie ankiety nie są miarodajne - pytałem Polskie Towarzystwa Badania Gier dlaczego krytykują badania innych, a nie stworzą swoich, miarodajnych - wszak mają ku temu zaplecze i możliwości. Z różnych przyczyn nie mają na to czasu.

AM: Ankiety w starych MiMach nie były, rzecz jasna, miarodajne, ale pozwalały nam w ogóle zorientować się "co w trawie piszczy". Pamiętajcie, to było jeszcze w czasach przedkomórkowych, niemal przedinternetowych. Kontakt z czytelnikami polegał na zadaniu pytań w piśmie i czytaniu odpowiedzi w listach. Ankiety i listy pozwalały nam dość dobrze orientować się w tym, czego chciał "przeciętny" czytelnik. Zdarzało się, że kierowani wynikami staraliśmy się dawać czegoś mniej lub więcej, zasada była jednak prosta. Chcieliśmy promować nasze rzeczy - stąd taki, nie inny procent artykułów o naszych grach. Czasami było miejsce na coś więcej, najczęściej go nie było lub było mało. Unikaliśmy jednak zdecydowanie tematów bardzo luźno związanych z grami fabularnymi. Osobiście niespecjalnie chętnie widziałem nawet wstawki o grach komputerowych. Opłacało nam się to, bo w zamian publikowaliśmy coś na temat RPG w pismach komputerowych, niemniej jednak zabierało nam to cenne miejsce...

AK: Dziękuję Artur za wyjaśnienie. Wracając do słów Patryka polscy twórcy są profesjonalistami i fanami. Mamy Brzezińskiego, Ganszyńca, wreszcie wschodzącą po 15 latach gwiazdę, Ignacego Trzewika. W jednym z wywiadów jakie przeprowadziłem zapytałem Tomasza Kołodziejczaka, dlaczego nie mamy na rynku takiej osobistości jak On (jest nadal szefem Egmontu, odznaczony między innymi Orderem Zasłużonym dla Kultury Polskiej czy Złotym Krzyżem Zasług). Odpowiedział mi że mamy np. Trzewika. Oczywiście, zgadzam się z Nim. Tylko o wszystkich wyżej wymienionych zrobiło się głośniej się w momencie gdy zaczęli zajmować się czym innym niż RPG (Witcher czy gry planszowe Portala). Przykre, ale prawdziwe.

Wspomniany przez Ciebie Patryku, Przegląd Polityczny jak widzę jest współfinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego - podejrzewam że to własnie mecenat pozwala wydać 5+1 numerów za 65 złotych. Ten sam mecenat z kolei, który pogrążył moje ulubione pismo - Czas Fantastyki. 
Śledzę Press i nowości z branży medialnej, jednak jeśli nakłady gier nie przekraczają stu egzemplarzy mamy do czynienia z prosumpcją i niczym innym.
I oczywiście nie zmieni się to, bowiem szefów biznesowych nie mamy jak słusznie zauważasz.
Nie zmieni się, gdyż pieniądze z zbiórki na nMiM skończą się prędzej czy później, a mało kto będzie chciał płacić po raz kolejny za pismo, które nie spełnia jego oczekiwań - przykład mieliśmy już z Earthdawnem - fan jest ustępliwy, pomaga, ale w pewnym momencie ma dość jeśli ktoś go traktuje jak krowę dojną. Do tego głupią krowę.

PH: Mecenat stanowi tylko część finansowania. Jest jeszcze stowarzyszenie, które dodatkowo dotuje przedsięwzięcie. Nie bardzo rozumiem. Czy mecenat jest Twoim zdaniem czymś złym? Nie znam historii Czasu Fantastyki. Mnie bardziej chodziło o to, aby uzmysłowić czytelnikom, iż wartościowa treść musi się finansowo obronić. Produkt, który czytelnik otrzymuje do rąk jest najwyższej jakości i to się liczy. Ludzie pracują, piszą, zajmują się tym co kochają i są w stanie na tym zarobić. Nie znam autorów o których mówisz i nie czuję się kompetentny aby w jakikolwiek sposób komentować ich dokonania. Mam za sobą już 20 lat grania i prowadzenia różnych systemów RPG i mogę jedynie skupić się na modelu biznesowym takiego czasopisma i na jego jakości merytorycznej. Co do pieniędzy, które kiedyś się skończą, to już lektura wstępniaka pozwala przypuszczać, iż ta sakiewka jest już chyba pusta. Dla mnie i moich przyjaciół RPG jest poniekąd sposobem na życie i z tej perspektywy nasze spojrzenie ma charakter wybitnie praktyczny. Chciałbym móc kupić sobie, powiedzmy kwartalnie, czasopismo MiM, które będzie mądre, eleganckie i drogie. Moim zdaniem to ma sens. Skoro charakter gier RPG w wydaniu jakie kochamy nie może być masowy, to musi być elitarny. W moim najgłębszym przekonaniu elitaryzm takiego czasopisma byłby jego największą siłą. Śmiesznie niskie nakłady, o których mówisz, są dowodem na indolencję środowiska. Cała kultura RPG ma znacznie większy potencjał. Podsumowując ten przydługi wywód, twórcy nMiM postanowili stworzyć Panią Domu w wydaniu RPG. Porady, przepisy świąteczne i wskazówki jak zabawić gości na imieninach. Infantylizm - to słowo chyba najlepiej opisuje aktualne dokonania w zakresie nowej MiM.  

AM: Odniosę się, na początku, do kwestii wyglądu, jakości, ceny i zawartości. Mam nieco odmienne spojrzenie na temat pisma o RPG zrobionego "na wysoki połysk i z wodotryskami".  Z kilku powodów. Po pierwsze, ludzi naprawdę zainteresowanych grami tego rodzaju, a w takich celuje pismo, nie ma aż tak wielu, by tylko z ich wpłat i sprzedawanego im magazynu utrzymać go na takim poziomie. Oczywiście, może jakieś reklamy, może uda się wówczas znaleźć reklamodawców z nieco innych kręgów. Nadal jednak nie będzie to pozwalało na wydawanie pisma high gloss. Taka strategia byłaby, może, skuteczna, gdyby pismo pełniło rolę tuby propagandowej wydawnictwa, było swoistą śliczną reklamówką, której koszty produkcji i dystrybucji byłyby możliwe do wrzucenia w koszty wydawania poszczególnych linii gier. Tak nie jest i podejrzewam, nie będzie. Po prostu, same gry fabularne w Polsce są mocno niszowe. Widać to po ich nakładach. Widać to po tempie ukazywania się poszczególnych pozycji. Widać to, w końcu, po stawkach oferowanych tłumaczom, redaktorom, korekcie. Oczywiście, dobrze jeśli w ogóle oferowanych...
Trudno jest mi również wyobrazić sobie pismo o takiej objętości, jak obecny MiM, nie poruszające tego rodzaju tematów, jak - choćby - przysłowiowa muzyka na sesji. To, rzecz jasna, tylko przykład. Przekonany jednak jestem, że nawet z takiego, zdawałoby się wyeksploatowanego tematu można zrobić bardzo przyzwoity artykuł. Z konkretnymi przykładami, odniesieniami do tekstów i muzyki konkretnych zespołów i wykonawców, poruszający rozmaite aspekty całego zagadnienia. To, że ukazuje się w druku coś, co później niemal wszyscy uznają za zapchajdziurę, jest skutkiem kilku okoliczności. Pierwsza, autorami są, najczęściej, pasjonaci. Dysponujący nawet sporą wiedzą, mający jednak problem z jej przekazaniem, usystematyzowaniem, poprowadzeniem czytelnika w określony sposób. Druga okoliczność to brak redaktora, którego rola powinna odbiegać nieco od poprawienia co większych błędów. Dobry redaktor jest partnerem autora, pomaga mu uwypuklić zalety tekstu i maskuje lub niweluje jego wady. To trochę potwierdzenie tego, o czym wspomina Adrian. Większość osób parających się w Polsce RPG zna się, pełni w różnych miejscach różne role, jest jednocześnie twórcą i tworzywem...

Nie ukrywajmy też, że nieco inną wagę gatunkową ma pismo w rodzaju Krytyki politycznej, które spokojnie może znaleźć się na biurkach kilkuset znaczących osób w kraju ORAZ kilku tysięcy czytelników o określonych zainteresowaniach i nieco mniejszej sile sprawczej, niż pismo o RPG, które może znaleźć się na biurkach kilkuset nastolatków i studentów, a poza nimi na biurkach kilku osób o, nazwijmy to, możliwościach działania i propagowania idei gier jako takiej. Sama tematyka, po prostu, oznacza celowanie w inną grupę odbiorców i nic tego nie zmieni.

Otwartym pozostaje pytanie, czy to kwestia wyłącznie prowadzenia biznesu i ewentualnych błędów. Śmiem twierdzić, że nie. Trzewik wypłynął na bardzo szerokie wody dopiero, gdy na poważnie i niemal wyłącznie zajął się grami planszowymi. Rozrywką o nieporównywalnie nawet większej liczbie fanów na całym świecie. Z RPG nie szło mu aż tak dobrze.

PH: Widzę, że nie przekonam was do innego spojrzenia na tę kwestię. Podpiszmy więc protokół rozbieżności i niech mi będzie zapamiętane, że próbowałem. Może pewnego dnia pojawi się ktoś z żyłką do interesów i sentymentem do RPG, kto udowodni, że jednak można. Swoją drogą, chętnie posłucham jak wy widzicie tę kwestię, tzn. jaki model biznesowy najlepiej waszym zdaniem zaprząc do realizacji wydawniczej takiego pisma.

Fundamentalnie wręcz nie zgadzam się z opinią, że nMiM powinien podejmować tematy typu "muzyka na sesjach". Nie wiem dlaczego ale twórcy w Polsce postanowili, że ich praca w ramach tworzenia czasopisma będzie oparta na poradniku. Przyjmuję do wiadomości fakt, że poradniki są modne, podobnie jak horoskopy i przepisy kulinarne, ale nie mogę pojąć dlaczego od kilku lat wszyscy zaangażowani w popularyzację RPG i pracę wydawniczą uznali, że będą pisali dla idiotów. Tabloidyzacja ma ogromną siłę oddziaływania i najwyraźniej środowisko skupione wokół nMiM też jej uległo, a nie powinno było, bo to przecież mądrzy i fajni ludzie.

Artur włączył do naszych rozważań Krytykę Polityczną. Nie wiem czy świadomie. Omawialiśmy przypadek Przeglądu Politycznego. Krytyka Polityczna to czasopismo polskiej lewicy. Od nich też można się wiele nauczyć. Najpierw jakość, potem czytelnik. Myślę, że liczba osób potencjalnie zainteresowanych najnowszymi teoriami Slavoja Zizka jest porównywalna do liczby osób zainteresowanych nowymi rozporządzeniami Karla Franza.

AM: Przepraszam, miałem - oczywiście - na myśli Przegląd Polityczny. Profil inny, ale mój tok rozumowania ten sam. Nadal, czytane przez kilkuset prenumeratorów sporej wagi decyzyjnej i kilka tysięcy osób o nieco mniejszej wadze sprawczo-decyzyjnej, w porównaniu do kilku tysięcy studentów i uczniów i kilkunastu osób sporej wagi decyzyjnej.

AK: Wspomniany i przez Artura Trzewik jest tu doskonałym przykładem. W którymś z wywiadów powiedział, że próbowano już wszystkiego w Polsce - RPG wydawany jako broszura/booklet, czy w twardej oprawie z świetnymi grafikami. I nic. Nikogo nie można zainteresować grą za 20 PLN, ani grą za 150 PLN.
Kiedy zaczął robić planszówki, te zostały przyjęte bardzo dobrze - do tego stopnia, że widuję je na witrynach z grami w Londynie. Na zachodzie FFG wydał 3 edycję naszej ulubionej gry w wersji zbliżonej do planszowej - to też o czymś świadczy.

Odnośnie poradników, znów wrócę do Trzewika, bowiem mówił że to ostatnia rzecz związana z RPG która jako tako się sprzedawała. W dodatku w Polsce trudno o dwa podstawowe typy publicystyki dotyczącej gier fabularnych: scenariusze i poradniki.
Poradniki sieciowe są krytykowane, bowiem mamy tyle ekspertów od RPG ilu dorwie się do klawiatury (analogicznie do słów Leo Beenhakkera - mamy tylu ekspertów ds. piłki nożnej w Polsce, co mieszkańców).
Scenariusze pisane są na konkursy,w których zasiada więcej sędziów niż nadesłanych jet prac, a jakość tych przygód nie jest najlepsza.
Stąd nobilitująca rola papieru (nadal żyjemy w nostalgii...) wyzwala popyt i podaż na tego typu teksty.
W dodatku teksty w sieci są gorszej jakości, bowiem trudno dotrzeć do tych wartościowych.
Myślę że tabloidyzacja nie dotyczy tylko fanów gier fabularnych. Dziś już innego sortu teksty trafiają do wszystkich pism niż dwadzieścia lat temu.
"Kokaina" i "Nazista" są fajną akcją jokto-viralową w stylu Faktu właśnie.

AM: Odwracając trochę kota ogonem, zapytam - Co, w takim razie, widziałbyś Patryku w ramach takiego wymarzonego pisma o RPG? Skoro nie poradniki, rozmaitych typów, co chciałbyś w nich zobaczyć? Wspominałeś wcześniej o super kalendarzu, mapach, itp. Dla mnie właśnie tego rodzaju rzeczy to zapchajdziury. Nie wnoszą nic do mojego grania czy prowadzenia. W sieci mogę znaleźć gigabajty pięknych grafik i map. Czyż nie? :)
Wspomniałeś też, że większość polskich graczy, mających duży staż, dysponuje odpowiednimi zasobami finansowymi, żeby wspomóc takie high gloss'owe pismo. Być może. Obawiam się tylko, że jest ich niewielu, a nawet ci, którzy są, zasoby może mają, ale niespecjalnie chętnie przeznaczają je na polskie RPG i magazyn o RPG. Co widać w sprzedaży...
Odniosę się też, w końcu, do samego drugiego numeru pisma. Lekturę praktycznie wszystkich periodyków zaczynam od wstępów, słów od redakcji i podobnych notek, zamieszczanych na początku lub końcu pisma. Nie inaczej było też w przypadku nMiM. I, przyznam, że o ile wstępniak naczelnego był, moim zdaniem, ok, o tyle słowa wydawcy trochę mną zatrzęsły. Jak się zdaje, tezę o zbyt dużej zawartości materiałów o LARP-ach podziela jednak, razem ze mną, też grono czytelników. A wydawca, ze stoickim spokojem, ogłasza, że on wie lepiej. Ma najlepszych w Polsce znawców tej tematyki, więc będą o tym pisać. Bo tak. Dla edukacji. Dla mnie strzał w stopę.

PH: Adrian wspominał mi, że nie doradzacie za darmo ale ja, jako osoba spoza układu, chyba mogę sobie na taką ekstrawagancję pozwolić. Mam nadzieję, że nic mi nie grozi.

Po pierwsze wydawanie samego pisma nie ma sensu. To tak jakby, powiedzmy importer win, sprowadzał tylko czerwone wytrawne, a inne miał w głębokim poważaniu. To musi być wiele różnych przedsięwzięć, a jednym z nich będzie czasopismo. Czyli co mianowicie w skład takiego konglomeratu miało by wejść? Oczywiście strona internetowa sprzęgnięta z czasopismem, ale będąca raczej teaserem, zachęcającym do zakupu. Na stronie są fora, blogi, itd, itp. Kolejnym elementem jest wydawnictwo, które (podobnie jak przywołana Krytyka Polityczna) zajmuje się wyszukiwaniem i wydawaniem najlepszych książek, czyli takich, które gwarantują sprzedaż. Tylko Ci, którzy szukają, mogą znaleźć drugiego Sapkowskiego. Sami dobrze wiecie co to oznacza finansowo. Do tego (mówiłem o tym kiedyś Adrianowi) należy stworzyć portal (może on być częścią strony) który zajmuje się udostępnianiem słuchowisk fantasy, science-fiction, itd. I tu pojawia się tofflerowska prosumpcja dopiero, gdyż należy zachęcić użytkowników do nadsyłania opowiadań, nagradzać najlepszych i przetwarzać to na słuchowiska, które się następnie udostępnia odpłatnie. Moim zdaniem to świetny pomysł na biznes w ogóle, sam w sobie. Do tego kampania w mediach społecznościowych, aktywna (biznesowo) obecność na konwentach, itd. Aby móc wydać ambitne pismo należy zarabiać w innych miejscach. No chyba, że ma się patrona - tak jak w przypadku Przeglądu Politycznego, ale załóżmy, że go nie mamy. Do tego dochodzi wiele innych, mniejszych działań, które mogą zrobić nam wynik globalnie. Kolekcje figurek, kolorowanki dla dzieciaków (dlaczego nie?), koła miłośników RPG, kubki, czapeczki, t-shirty i wszystko co może się sprzedać.

Wtedy, można zatrudnić powiedzmy dwóch doświadczonych redaktorów w osobach Pana Adriana i Pana Artura, którzy zrobią ambitne pismo. Ale Panowie Redaktorzy nie będą go robili fanowsko, choć bez wątpienia będą kochali swoją pracę, ale będą bezlitośnie rozliczani przez nadzór właścicielski. Panowie Redaktorzy będą zarabiali dużo pieniędzy ale będą spędzali w pracy długie godziny, wyżywali się na zespole autorów i tworzyli kwartalnik RPG z najwyższej półki. Ale co tam wsadzić? Porady rzucimy na stronę. Scenariusze będziemy wydawali w formie osobnych pozycji. Wywiady też lepiej wrzucić na stronę, no chyba że jest to wywiad z Donaldem Tuskiem, który okazało się jest miłośnikiem Warhammera. Opowiadania pójdą przez wydawnictwo osobno. Co tam dać? Co tam dać? Mam kilka pomysłów ale nie będę wam aż tak ułatwiał zadania.

Pewnie myślicie teraz sobie tak: wszystko fajnie ale zaraz przygwożdżę go pytaniem o źródła finansowania. Spróbuję uciec do przodu. Możemy mieć zasadniczo dwa źródła początkowego finansowania.
1. Bank - ale to musi być jakiś pasjonat, który postawi mieszkanie i 9-letnią Hondę pod zastaw takiej inwestycji, a i tak nie wystarczy.
2. Business Angel - ktoś, fundusz inwestycyjny, osoba prywatna, wykłada pieniądze i oczekuje zwrotu w określonym czasie. Moim zdaniem anioł biznesu to najlepsza opcja, ale wtedy musi pojawić się na czele środowiska człowiek interesu z krwi i kości. Wy wszyscy jesteście fajnymi, mądrymi i zaangażowanymi ludźmi, o ogromnym potencjale twórczym, ale wydaje mi się, że nie potraficie myśleć biznesowo.

AK: Z całym szacunkiem Patryk, jednak jesteś typowym przykładem gracza, który jest zupełnie odizolowany od informacji na temat obecnego stanu roleplaying games w Polsce i na świecie. I w tym nic złego. Co więcej, same pozytywy - muszę przyznać że tacy gracze jak Ty, że to najlepsi pasjonaci RPG jakichkolwiek spotkałem, spotykam - ci nieuczestniczący aktywnie w życiu fundomu.

Patryk, to co zdawało się być prężnym interesem w latach osiemdziesiątych, czy nawet jeszcze na przełomie wieków w Polsce (przypomnę ISA sprzedała ponad 100 tysięcy różnorakich podręczników do DnD) już nie istnieje. Dzisiaj mówi się o grze Diadem (cóż za kuriozum!), która sprzedała się w okolicach stu egzemplarzy. Kiedy pracowałem dla MAGa ich katalog szacował liczbę graczy na 80 000 - 100 000. To zupełnie inne realia, inne czasy, inne pieniądze, a właściwie żadne.
Kiedy dyskutujemy, ICv2 właśnie podało, że DnD znowu dzierży palmę pierwszeństwa pod względem sprzedaży. I tu przypomnę ponownie - nad linią gry pracuje 16 osób, a dwieście tysięcy fanów ją testowało za darmo - pewnie tylko po to by konkurować z wynikiem PFRPG sprzed lat. Tu nie ma miejsca na bussiness, manager, sale assistant, assistant editor itp. stanowiska. Nawet najwięksi gracze dziś to manufaktury, jeśli mnie pamięć nie myli Steve Jackson Games (tak, tak ta duża firma z lat 90 od GURPS) wydała drukiem zdaje się w tamtym roku jeden podręcznik.
Sam Artur dobrze wybił mi z głowy neoficki patriotyzm lokalny (żartuję oczywiście), bowiem uważałem że Games Workshop to gigant z Nottingham.
Te pozycje które utraciły firmy z lat 80 (z wielu różnorakich względów) prawdopodobnie już nie wrócą i tak będzie. To se ne vrati. 
Polska ze względu na nasz język jest już niszą w niszy i tutejsza przedsiębiorczość erpegowa opiera się na terroryzmie: Kup bo jak nie to pójdę na zachód i tam będę wydawał kilkukartkowe gry, albo sypnij goldem, czy policzmy się - niech każdy fan da zetę.
Przykre ale prawdziwe.
I warto abyśmy sobie zdali z tego sprawę.
Nie jesteśmy żadnymi dziennikarzami, naczelnymi, wydawcami, kimkolwiek ważnym. Tytułów szlacheckich jak Ian Livingstone, dzięki grom też się nie dorobimy w Rzeczypospolitej Polskiej.
A jeśli ktoś rzuca magisterkę w kąt by opublikować tekst w nMiMie, rzeczywistość po latach zweryfikuje to sromotnie. Jasne też pamiętam czasy kiedy cieszyłem się z publikacji w pismach, ale nic konkretnego z tego nie było, nie ma i nie będzie.
Jesteśmy hobbystami, którzy chcą i potrafią robić coś własnym sumptem. Koszt spreparowania gry fabularnej się nie zwraca i gdyby nie by the fans for the fans, to wątpię czy powstawałoby cokolwiek. Satysfakcją jeszcze nikt nigdy się nie najadł. Pracowałem jako level designer/tester w branży gier wideo. Za testowanie dostawałem w miarę normalne pieniądze. Czy ktokolwiek płaci testerom gier fabularnych? Nie! To fani testują (a jak wspomniałem wyżej wydawcy chełpią się tym kto zebrał więcej testerów, czyli ...jeleni. Od lat powtarzam, że pierwsze edycje to bety, za które płacą fani. Dopiero drugie edycje wychodzą pozbawione błędów (prawie). Dzięki nam.

Na koniec kilka słów za Stanisławem Tymem, na temat ostatniego numeru Magii i Miecz, by spełnić recenzencki obowiązek: "Tak mi się chce śmiać, że nie mam już więcej do dodania".
Poza wyjątkami np. tekstami karpia, smartfoxa. Nie chciałbym tu jednak wnikać w szczegóły by kogoś nie urazić, zapomnieć lub coś/kogoś przeoczyć.
W każdym razie wracać do tego numeru nie mam po co.
Wolę przeczytać w tym czasie cokolwiek innego.

AM: Finansowanie, anioł biznesu, sprzedanie samochodu, zastaw mieszkania. Wszystko fajnie, ale rozbija się to o jeden, zasadniczy twór, a mianowicie cel czegoś takiego. Celem, oprócz frajdy i satysfakcji, powinien być jednak godziwy zarobek. Godziwy, czyli taki, którego nie trzeba się wstydzić, pozwala kupić chleb i coś do tego chleba, a dziecku "tablet, bo wszyscy mają". Krótko mówiąc, firmę prowadzi się, żeby na niej zarabiać. O ile dostrzegam możliwości zarabiania dla firm, w których "żaglem, sterem i okrętem" jest jedna czy dwie osoby, o tyle naprawdę nie widzę dużej firmy powstałej na bazie gier fabularnych. Liczba odbiorców jest obecnie tak nikła, że jest to, po prostu, niemożliwe. Stąd nie będzie żadnego anioła biznesu, ze sprzedaży samochodu i zastawienia mieszkania nie wyniknie nic dobrego. Jedyny ratunek, to wydania anglojęzyczne, nastawienie na sprzedaż światową i traktowanie rynku polskiego jako egzotycznego, znikomego procenta sprzedaży czegokolwiek.

PH: Podsumowując. Zaprezentowaliście bardzo pesymistyczny obraz przyszłości polskiego środowiska RPG. Chciałem was odrobinę zaszczepić optymizmem, ale chyba muszę złożyć broń. Okazuje się, że rozsądzić może nas tylko empiria. Moment, w którym ktoś zacznie wdrażać poważne strategie biznesowe, może być momentem nadziei. Na tym chyba polega myślenie w kategoriach biznesu - niech wszyscy mówią, że się nie da - ja wam pokażę, że się da.

AK: Dziękuje Wam za dyskusję w imieniu moim i moich Czytelników.

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget