Jacek Rodek i Jego rozmowy z Wojtkiem Sedeńką i Tomkiem Kreczmarem

„Jacek Rodek 2012 cropped” autorstwa Zorro2212 - Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons
Swego czasu na G+ anonsowałem, że porozmawiam z Jackiem Rodkiem. Niestety z różnych niezależnych ode mnie przyczyn wywiad ten nie ukazał się.

Niemniej jednak sporo informacji na temat historii gier, można dowiedzieć się z wywiadów, które przeprowadził z Nim; Wojciech Sedeńko oraz Tomek Kreczmar. Są obszerne, jednak sam Jacek Rodek niezwykle szczegółowo opowiada o początkach hobby w Polsce.
Za zgodą Wojciecha i Tomka możecie przeczytać je na łamach Git Games, warto się z nimi zapoznać, bowiem Jacek opowiada kawał historii fandomu.

A jeśli powiążecie fakty z obydwu wywiadów z Rodkiem, z tym co mówi Jan Adamski, szef byłego wydawnictwa  Encore, bez trudu domyślicie się kto stał za Odkrywcami Nowych Światów, Labiryntem Śmierci i innymi grami, plagiatami Simulations Publications Inc.
Wystarczy bacznie przebrnąć przez te trzy wywiady.

Jednak przede wszystkim znajdziecie w wywiadach pasję młodych ludzi zarażających fantastyką i grami innych Polaków.
Never in the field of human conflict was so much owed by so many to so few. 
Są też drobne kłamstewka - np. jedno z nich dotyczące okładki "Labiryntu Śmierci" demaskuje Łukasz Pogoda. Są też rozmijające się fakty dot. finansów...

Jedno jednak jest pewne - ci ludzie: Wiktor Żwikiewicz, Darek Toruń, Jacek Rodek, Piotr Parlewicz, Tomasz Małkowski, Jan Adamski mieli olbrzymi wkład w popularyzację hobby w Polsce.

Jednak cały czas chciałbym Was uczulić (jak i w poprzednim tekście o Jacku Ciesielskim) to nawet nie były plagiaty. To była chęć podzielenia się z innymi osobami grami obecnymi na Zachodzie.
Była to też nieświadomość odbiorcy, jak wspomina Kazik w ostatnim wywiadzie dla Gazety
(co prawda mówi to w odniesieniu do muzyki, ale trafnie). Przecież i ja sam nagrywałem całe dyskografie z Polskiego Radia o godzinie 18.30, poprzedzone słynnym "kanał lewy, kanał prawy". A radio nie było nielegalne, nieprawdaż ?
Są to raczej kwestie uwarunkowania kulturowego, niż kradzież praw autorskich bądź ignorowanie autorów.
W dziewięćdziesiątych latach kupowałem "oryginalne" kasety. Tych ponad tysiąc kaset magnetofonowych, które zgromadziłem, nie ma i nie miało nic wspólnego z prawem autorskim. Podobnie Warhammer O ed. PL (ten z Cytadeli), jak i Gwiezdne Wojny w postaci książkowej z tamtych lat.

Kupując te i inne pozycje w nieświadomości, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że ktoś coś komuś zabiera. Musiało upłynąć kilkadziesiąt lat, by zrozumieć co to ustawa antypiracka, co to jest licencja, poszanowanie praw autorskich itp. itd.
Dlatego nie można osądzać tych ludzi w kategorii plagiator, złodziej, pirat itp.
Większość ludzi wydających różnorakie rzeczy w tamtych czasach robiła to z rożnych pobudek: chęci zysku, propagowania nowych trendów lub zwyczajnej nieświadomości.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. Zapraszam do lektury jeszcze dłuższej "ściany tekstu", aczkolwiek warto. Niech na zachętę posłużą Wam słowa Jacka Rodka sprzed blisko dwudziestu lat.

Grać w RPG można na różnych poziomach, na wysokim i na niskim. Są też czytelnicy, którzy czytają dobrą literaturę i tacy, którzy czytają chłam. I ci gracze, którzy grają na wyższym poziomie, fantastykę czytają. Choćby dla tego zasobu słów. Ale i tu i tu mamy światy fantastyczne, te dwie sfery zainteresowań przenikają się. Może gracze nie czytają tak dużo fantastyki, jak myśmy to robili, poza tym młodzież ma jednak określony czas na rozrywki – szkoła, zajęcia pozalekcyj­ne, telewizja, komputery zajmują jej wiele czasu. A gra jest jednocześnie przyjemnością i spotkaniem towarzyskim z rówieśnikami, książkę czytasz w samotności.


Pierwszy z wywiadów, przeprowadzony  przez był Wojtka Sedeńkę. Drugi jest li tylko fragmentem obszerniejszej rozmowy Tomka Kreczmara nt. MAGa i gier fabularnych.
Miłej lektury.

Niektórzy młodsi Czytelnicy mogą nie wiedzieć kim jest Jacek Rodek, pomocna zatem okaże Wam się Wikipedia:

Jacek Rodek (ur. 1956) – polski wydawca, działacz fandomu, autor komiksów.

W 1982 roku jeden z współzałożycieli miesięcznika "Fantastyka", najpierw kierownik działu literatury zagranicznej, następnie zastępca redaktora naczelnego. W latach 80. redaktor naczelny magazynu "Komiks-Fantastyka", potem w wydawnictwach "Orbita" i "Korona". Na przełomie lat 90. redaktor magazynu komiksowego "CDN". Obecnie kieruje wydawnictwem MAG, które początkowo wydawało takie magazyny jak "Magia i Miecz" i "Fenix".

Twórca wraz z Maciejem Parowskim serii Funky Koval, w której jest pierwowzorem jednego z bohaterów - Roddy`ego.

Działacz OKMFiSF oraz Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki.

W 2007 na uroczystości Z okazji 25-lecia pisma "Fantastyka" został odznaczony przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza Michała Ujazdowskiego Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Wywiad z Jackiem Rodkiem, 1997
Autor: Wojtek Sedeńko





Na jednym ze spotkań smoków fandomu czy klubu „First generation”, nie pamiętam już dokładnie, nie znalazłem Twojego nazwiska. Zdziwiony, zasygnalizowałem niekomplet­ność listy organizatorowi. On zapytał, kogo bym tam jeszcze umieścił. Sypnąłem od razu: Rodek, Bukato, na co tamten zła­pał się za głowę, że faktycznie, zapomnieli, przeoczenie, itp. A ty jesteś, Jacku w fandomie od początku…

Dokładnie od 1976 roku. Przyszedłem do organizują­cego się właśnie klubu przy studenckim klubie Ubab, a w Warszawie działał już inny klub przy Staromiejskim Domu Kultury (chodzi o Sfana – przyp. WS). A jesienią 76 roku, pamiętam, bo było to tuż przed wydarzeniami radomskimi, odbyło się zebranie założycielskie na Kickiego 12. Poznałem wtedy Marka Nowowiejskiego, Andrzeja Wójcika. Były to kluby warszawskie, ale powstała wówczas idea powołania organiza­cji ogólnopolskiej. A idea wzięła się z naszej złości na brak fantastyki na rynku, jak wiadomo ukazywało się ledwie parę tytułów rocznie. Wydawało nam się, że taka organizacja będzie miała jakiś wpływ na to, co powinno się w Polsce ukazywać. To miał być najważniejszy cel OKMFiSF.

Chcieliście decydować o tym, co chcecie czytać.

Dokładnie, bo wydawcy drukowali fantastykę od przy­padku do przypadku, na rynku istniała wtedy tylko jedna seria w „Iskrach”. Czyli OKMFiSF miał być taką organizacją „na­cisku” na wydawnictwa. Ale prawo jakie obowiązywało w na­szym kraju wówczas było takie, że podobnej organizacji nie można było powołać samoistnie, ale tylko np. przy klubie stu­denckim. Oczywiście nie była to jedyna opcja, bo kluby w Pol­sce powstawały przy różnych organizacjach, choćby przy ZSMP, jak to miało miejsce w Gorzowie Wielkopolskim. My uczepiliśmy się organizacji studenckiej, bo sami byliśmy stu­dentami. A jako organizacja ogólnopolska zostaliśmy podpięci pod Wydział Kultury Zarządu Głównego ZSP. Stamtąd czasami były pieniądze na imprezy, a tak – oprócz pomieszczenia w „Ubabie” – byliśmy zdani sami na siebie. Cele były wiel­kie…

Autoreklama również wielka, jak propaganda sukcesu… takie były to czasy. Oprócz wpływania na politykę wydawniczą chcieliśmy stworzyć Klub Twórców, wydawać biuletyny z tłu­maczeniami zachodniej fantastyki robionymi przez tłumaczy,, amatorów z kręgu Klubu. I ostatnim, odłożonym trochę w cza­sie, celem głównym było powołanie pisma branżowego poświęconego wyłącznie fantastyce. I tym zajmowaliśmy się w Warszawie, a kluby powstające w Polsce były właściwie autonomiczne, my braliśmy je pod skrzydła, ale robiły co chciały.

Jaka była Twoja działka?

Zajmowałem się, najogólniej mówiąc, sprawami organi­zacyjnymi. Byłem sekretarzem OKMFiSF, a w pewnym momencie i wice prezesem. Organizowaliśmy spotkania autor­skie, konwenty ogólnopolskie.

Za Polcony uważa się imprezy organizowane od 1985 roku (Błażejewko k/Poznania) według odpowiedniego regula­minu…

Konwenty z lat 1977-1980 to były Polcony, one też miały regulamin. Byli zapraszani pisarze zagraniczni, na kon­wencie w Krakowie w 80. było ich nawet sporo. Przyje­chali Czesi, Węgrzy, był Bułyczow, Brunner, Barbet i… chyba Pohl. Przystąpiliśmy jako organizacja do Euroconu (przecież w Poznaniu odbył się wówczas III Eurocon, organizował go Chruszczewski).

Co z tych wielkich zamierzeń udało się zrealizować?

Niewiele, to prawda, ale kilka rzeczy udało się załatwić. Andrzej Wójcik rozpoczął wtedy współpracę z KAWem – bo z zamierzeń o wpływie na inne wydawnictwa nic nie wypaliło i powstała idea utworzenia własnej serii – i utworzył tam „słynną” serię tzw. z dżdżownicą.

Seria jest słynna z faktu wypuszczenia na rynek prawie samych gniotów.

Tak, zgadzam się, ale patrząc na to z innej strony, ilu autorów zdołało zadebiutować dzięki niej! Sprawa z serią napotkała od razu na kilka zasadniczych trudności. Po pier­wsze prawa autorskie na książki zagraniczne. Ponieważ KAW nie miał przydziałowego limitu dolarowego, to nie mogliśmy nic kupić oficjalną drogą od agencji. Ale paru autorów, dzięki kon­taktom przez Eurocon, zgodziło się na publikację za złotówki. Tu pojawiła się druga trudność – przydziały papieru. Andrzej planował w serii wydawanie 2 książek miesięcznie, sporządził taki plan, który został przez wydawnictwo zaakceptowany. Wszystko było cacy, w książkach poszły szumne zapowiedzi wydawnicze, a potem zaczęły się obsuwy czasowe. Plan narastał, produkcja kulała. Na początek miały pójść rzeczy pol­skie – mieliśmy teksty Kurpisza, Trepki, Borunia, Weinfelda, Prostaka, Krzeptowskiego, Zajdla, Głowackiego, wielu mło­dych autorów, a potem sukcesywnie miały się ukazywać tłuma­czenia z zachodu…

Te książki ukazywały się i rozchodziły w nakładach 100-tysięcznych.

To nie było miernikiem. Nikogo nie obchodził zysk ze sprzedaży. Fantastyki było nadal tak mało, że sprzedawało się wszystko. Seria miała być – w zamierzeniach – bardzo różnorodna, ale ukazał się tylko pierwszy rzut, fantastyki debiutan­ckiej, który od razu ukształtował złą opinię o serii. Zresztą wtedy seria nie była tak mocno atakowana. Klub Twórców zrze­szał większość wydawanych przez KAW autorów, organizo­wane były spotkania, tłumnie przychodzili miłośnicy fantasty­ki…

Ale wtedy w Polsce nie umiano głośno krytykować, to były czasy jednogłosowości na „tak”.

Może i tak, ale wtedy te książki tak miernie, jak dziś, nie wyglądały. Poza tym, polskie książki były wtedy rzadkością, ginęły w tłumie równie słabych książek z obozu demoludów; a tu nagle ukazało się kilkanaście średnich lub słabych książek, samych polskich autorów, i to biło aż w oczy. A innych propozy­cji fantastycznych nie było, bo plany planami, a realizacja reali­zacją.

Nadchodzi rok 1980 i powstaje PSMF.
PSMF był odpowiedzią na OKMFiSF.
Kadry zostały te same…

Tak, ale to były czasy zmiany wart, nadeszła nowa generacja, która uważała, że wszystko co stare jest złe, a oni potrafią zrobić wszystko lepiej i mądrzej.

I powtórzyli wszystkie stare błędy. Ale nadchodzi rok 1982. Część fanów znajduje pracę w różnych wydawnictwach: Wójcik, Nowowiejski, Bukato, a kilka nazwisk z „górki” OKMFiSF pojawia się w stopce redakcyjnej pierwszego numeru „Fantastyki”. Ty objąłeś tam od startu najważniejszy dla czytelników dział zagraniczny. Jak do tego doszło?

Tu trzeba wrócić do OKMFiSF, który podjął starania o ta­kie właśnie pismo. Tytuł był już wtedy wymyślony – „ Fantasty­ka”, miała ukazywać się przy KAWie. Było takie spotkanie przy Klubie Twórców tuż przed stanem wojennym, w listopadzie, gdzie nawet przygotowano wstępnie pierwszy numer. Nastą­piły też pewne rozwiązania personalne, tzn. Hollanek został jakby delegowany na naczelnego. Na spotkaniu obecni byli głównie pisarze, był – o ile pamiętam – Snerg, Hollanek, Krzepkowski, byłem ja, Wójcik. Ale wybuchł stan wojenny i wszystko uległo zawieszeniu. Dopiero wiosną, przy pomocy mojego ojca, który pracował wówczas w ministerstwie spraw zagranicznych, udało się dotrzeć do Hoffmana, szefa KWCz i zainteresować go sprawą. I dostaliśmy pozwolenie. Nawet nie mieliśmy lokalu, spotykaliśmy się w kawiarniach, w pięć osób, które stanowiły zalążek redakcji: Hollanek, Wójcik, Krzepkow­ski, Markowski i ja. Dopiero potem doszedł Parowski, który wcześniej pracował w „Politechniku”. I tak naprawdę, to chyba tylko Hollanek miał jakieś przygotowanie do robienia profesjo­nalnego pisma. Jakieś trzy-cztery miesiące po ukazaniu się pierwszego numeru powołaliśmy coś na kształt rady progra­mowej, w której skład wchodzili pisarze. Było to ciało dorad­cze, w którym dyskutowało się nad wyglądem pisma, co jest dobre, a co złe, rozmawialiśmy nad doborem tekstów.

Teraz już nic takiego w redakcji nie ma.

I to od dawna. Ja zajmowałem się dostarczaniem tek­stów zachodnich, myślę że dobór był niezły, tu zaowocowały kontakty z OKMFiSF, chociaż jeździłem wtedy już na Euroco-ny. Dostaliśmy też z tzw. „zrzutu” redaktora Malskiego, wspa­niałego człowieka, od którego wszyscy się sporo nauczyliśmy, a który na fantastyce nie znał się w ogóle. Był to człowiek zwią­zany z „Solidarnością” i w wyniku weryfikacji i faktu, że miał niewiele lat do emerytury, został przydzielony do naszej redak­cji, która – może oprócz naczelnego, miała także nastawienie anty. Przecież w rocznicę stanu wojennego wydaliśmy numer wyłącznie z opowiadaniami wojennymi.

Cenzury wewnętrznej nie było?

Nie, chyba tylko raz zdarzyło się Hollankowi w tekście poprawić czerwone karły na zielone. A Malski działania w po­dziemiu nie zaprzestał, współpracował z tygodnikiem „Solidarność”, pod koniec życia nawet wpadł, ale go zaraz wypuś­cili, bo był już ciężko chory na raka, chodził na naświetlenia i niewiele mu życia pozostało.

W1984 roku przyszedł do redakcji Jęczmyk, zajął twoje miejsce w dziale zagranicznym, a ty zostałeś zastępcą redak­tora naczelnego. To były duże zmiany personalne.

Od początku Hollanek z Wójcikiem darli ze sobą koty. Wynikało to trochę z osobowości jednego i drugiego. Hollanek był naczelnym i wydawało mu się, że to znaczy być Bogiem. Aczkolwiek ja miałem z nim dobre układy, on mi się specjalnie w dział zagraniczny nie wtrącał. Chyba czuł się zagrożony ze strony Wójcika, uważał, że będzie chciał go wykolegować z funkcji naczelnego. I od początku był nastawiony opozycyjnie i mówiąc w skrócie szło o to, kto kogo pierwszy wykopie z ukła­du. I gdy sytuacja narosła na tyle, że doszło do wzajemnego negowania poleceń i kwestionowania kompetencji, Wójcik po prostu odszedł. Razem z Markowskim i chciał nawet, bym zro­bił to i ja. Ale dla mnie ważniejsze było wówczas pismo; zresztą podobne zachowania uważałem za nierozsądne. Powstała więc luka na stanowisku wice naczelnego. Jęczmyk pracował wówczas w „Czytelniku” i ponieważ był autorytetem w dzie­dzinie fantastyki, również dla mnie, pozyskanie go do zespołu uważałem za nobilitowanie redakcji. Odbyłem z nim kilka roz­mów, namawiałem, on się wahał, wreszcie się zdecydował. Przeszedł na moje miejsce, a ja poszedłem na wice. Jęczmyk nie mógł zostać zastępcą z racji tzw. weryfikacji i zakazu spra­wowania funkcji kierowniczych. No i zostałem naczelnym, czyli osobą, która zastępowała Hollanka w czasie jego nieobecnoś­ci, bo tak naprawdę to taki zastępca ma niewiele do roboty. Szukałem swego miejsca i zająłem się komiksem.

W 1990 roku, gdy powstaje „ Nowa Fantastyka”, naczel­nym zostaje właśnie Jęczmyk i zaczynają chodzić słuchy o konflikcie pomiędzy wami. W połowie 91 roku odchodzisz z redakcji.

Wyglądało to tak. W momencie pojawienia się możliwości sprywatyzowania się „Fantastyki”, powołaliśmy spółkę i były dwie opcje przejęcia tytułu, którego formalnym właści­cielem był „Ruch”. Mogliśmy stanąć do przetargu i kupić tytuł i prawa, ale spółki nie było na to stać. Bo kupno to jedno, ale wydanie najbliższych numerów, utrzymanie zespołu, to drugie. Zaczęliśmy prowadzić różne rozmowy, nic z tego nie wychodzi­ło, wreszcie pojawił się Prószyński i spółka IMM Kant. Obiecali pensje na najbliższe cztery miesiące, do czasu spłynięcia zys­ków ze sprzedaży i dla niektórych ludzi w zespole było to naj­ważniejsze – zapewniona pensja. Dla mnie nie było to najważ­niejsze, uważałem, że popełniamy błąd, ale byłem w mniej­szości. Nastąpiło podpisanie umowy, a ponieważ do przetargu było jeszcze trochę czasu, więc zmieniliśmy tytuł na „Nowa Fantastyka” i umieściliśmy z boku pasek „Fantastyka”. Gdy­byśmy przetarg przegrali, to pasek by się zdjęło.

Wyszła wtedy sprawa z naczelnym, a przygotowywałem się do przejęcia tej roli, bo miałem być naczelnym po Hollanku. Nie doczekałem się tego za socjalizmu, bo Hollanek wyobrażał sobie chyba, że będzie naczelnym dożywotnio – był w wieku emerytalnym, ale się nie wycofywał. Odbyłem wtedy rozmowę z Parowskim i Oramusem, którzy usilnie mnie przekonywali. żebym na razie zrezygnował z objęcia funkcji naczelnego. Ze względu na powszechny autorytet, miejsce w opozycji Lecha Jęczmyka, itd. Pomyślałem sobie, że niechętnie, ale się zgo­dzę. Niech Jęczmyk będzie naczelnym, a ja po nim; jeszcze trochę mogę poczekać. Zgodziłem się, Leszek został naczel­nym, ja wice, dział zagraniczny przejęła Dorota. Trzy miesiące później dowiedziałem się, że Leszek mianował wice naczel­nym Maćka Parowskiego, który pełnił wówczas funkcję szefa działu polskiego. Dowiedziałem się od osób trzecich, że redak­cja ma dwóch zastępców naczelnego. Uważałem to za zagra­nie nieczyste wobec mnie, bo po pierwsze trzeba to było chyba skonsultować ze mną, po drugie w piśmie tak małym jak „Fan­tastyka” dwa fotele wice są zupełnie niepotrzebne. Pracy nie ma dużo, wszystko zależy od podziału roboty pomiędzy szefem a zastępcą. Drugie stanowisko wice uważałem za zbędne, skoro nawet pierwsze było w całości nie wykorzystane. No i złożyłem wymówienie, uznałem bowiem, że widocznie tu nie pasuję. Można powiedzieć, że sam się dałem wykolegować, ale..

Żal miałeś.

Miałem i ten żal w jakiś sposób pozostaje do dzisiaj. A żeby było śmieszniej, Leszek odszedł trzy miesiące później z „Fantastyki” do pracy w telewizji, bo bardziej go zajęła polityka, nowym naczelnym siłą rzeczy został Maciek Parowski.

Zostawmy więc w spokoju „Fantastykę” i przejdźmy do Twojej drugiej fascynacji – komiksu. Jesteś współscenarzystą najpopularniejszego polskiego komiksu SF – „Funky’ego Kovala”. Jak doszło do jego powstania?

Nie da rady, trzeba wrócić do „Fantastyki”. Mieliśmy na początku koncepcję tego pisma i jedną z integralnych jego części miał być komiks, nieważne ile miał mieć stron, miał po prostu być. Takich parę stron oddechu. Nawiasem mówiąc, innym takim pomysłem było drukowanie powieści w środku, z możliwością wyjęcia i zrobienia mini książeczki. Dziś parę osób przypisuje sobie autorstwo tego pomysłu, nie będę się jednak na temat wypowiadał, bo one wiedzą dlaczego. W każ­dym bądź razie komiks miał być i nagle okazało się, że nie ma dobrych materiałów na rynku. Na początku poleciał komiks Tadka Markowskiego, który miał się ukazać w magazynie „Al­fa”. Ja interesowałem się komiksem od dzieciństwa, zbiera­łem je, więc zaproponowałem, że może napiszę sam scena­riusz komiksu SF. Wówczas zacząłem rozmowy z Polchem, zgodził się, ale ponieważ zawsze starałem się oceniać swoje możliwości bardziej na mniej niż na więcej, to stwierdziłem, że może jednak sam nie dam rady tego napisać i potrzebuję współscenarzysty, który jest lepszy, jeśli chodzi o mowę polską i pisanie dymków. I tak zawiązaliśmy z Maćkiem Parowskim spółkę, my mieliśmy pisać scenariusz, a Polch rysował. Rdze­niem historii miał być bohater, jego ksywę wymyślił Polch, oraz agencja.

Sukces komiksu was zaskoczył?

To nie był na początku sukces. Spotkaliśmy się z ostrą krytyką w zespole redakcyjnym, pisarze mówili, że komiks nie pasuje do profilu pisma. I na początku miał mieć komiks objętość tylko jednego albumu, pamiętam, że Krzepkowski mówił, że on zrobi to lepiej. No to skończyliśmy przygody Funky’ego, a komiks Krzepkowskiego i Kasprzaka spotkał się z jeszcze większą krytyką i czytelnicy zażądali wręcz powrotu Kovala. Napisaliśmy drugi album, a następny już pisaliśmy pod kątem wydania w dodatku „Komiks”. Bo redakcja podjęła starania, aby wydawać dwa dodatki „Komiks” i „Mała fantastyka” dla dzieci, tu muszę powiedzieć, że byłem przeciwnikiem „Małej”, uważałem, że się nie przyjmie, a największym jej orędowni­kiem był Hollanek.

Przyznam się też, że przyczyniłem się wtedy do powsta­nia dwóch pism komputerowych, których na rynku nie było, a ja uważałem, że już najwyższy na to czas. Mówię o „Bajtku” przy „Sztandarze Młodych” i samodzielne pismo „Komputer”, nie istniejące już dzisiaj. Osobiście nie pracowałem w żadnych z tych pism, byłem w zespołach tylko do czasu ich powołania.

Zawsze interesowały cię różne media – komiks, kom­putery, gry. Czym zająłeś się po opuszczeniu „Nowej Fantasty­ki”?

Przy pracy w kwartalniku „Komiks – Fantastyka” nawiązałem sporo kontaktów na rynku komiksu i rozpocząłem współpracę z wydawnictwem „Orbita”. Było to wydawnictwo powołane przez „Ruch”, jako spółka polsko-rosyjska i miał tam ukazywać się komiks i książki fantastyczne. Ja na początku byłem tam na ryczałcie. Moją zasługą było wydanie przez „Orbitę” komiksu o Thorgalu (KAW przez parę lat „zdążył” wydać tylko dwa numery), po prostu obiecałem Rosińskiemu, że przyśpieszę polską edycję. Wydaliśmy też „Szninkla”, kul­tową już historię komiksową. I tak naprawdę „Orbita” dzięki mnie zarobiła pierwsze duże pieniądze. Ale odszedłem z „Or­bity”, bo tam nastąpiły w pewnym momencie zawirowania organizacyjne, utworzyli drugą firmę, prywatną, która przejęła komiksy, a ja do tej nowej firmy już nie wszedłem.

Tak właśnie rozparcelowywano w Polsce majątek pań­stwowy. Pracownicy, a najczęściej dyrektorzy, zakładali wewnątrz firm państwowych własne przedsiębiorstwa, sami podpisując między tymi firmami kontrakty przynoszące zysk tak naprawdę tylko im.

Ja wtedy namawiałem firmy zachodnie, żeby weszły do Polski z całą masą komiksów francuskich i belgijskich, które uważam za bardzo dobre, znacznie lepsze od amerykańskich.

Te kontakty zaowocowały twoim pierwszym przedsięw­zięciem prywatnym, magazynem komiksowym – moim zda­niem bardzo dobrym – „CDN”, który miał byc chyba następcą legendarnych „Relaxów”, tylko że zrobionym profesjonalnie: fuli kolor, świetny papier. Dlaczego przedsięwzięcie wzięło w łeb i skończyło się tylko na pierwszym numerze?


Przyczyn było kilka. Nie pracowałem już wtedy w „ NF”, nie pracowałem w „Orbicie”, współpraca z „Koroną” urwała się, bo plany wydawnicze miały poślizg, w Polsce nastąpiło załamanie rynku – padały hurtownie, pieniędzy nie można było odzyskać, a komiksy „Korony” były drogie. I zostałem na lodzie. Miałem trochę zaoszczędzonych pieniędzy, więc pomyślałem, że czas spróbować samemu i stworzyć magazyn przeglądowy światowego komiksu. „CDN” miał dawać poje­dyncze albumy najwybitniejszych światowych rysowników, ale w odcinkach. Plus historyjki jednostronicowe, humorystyczne. Był to okres załamania sprzedaży komiksu, co spowodowała pewnie działalność TM Sernic, którzy zarzucili rynek olbrzymią ilością komiksów amerykańskich, Spidermanów, Batmanów itp. To były nakłady 80-100 tysięczne, „Komiks-Fantastyka” ukazywał się w 50 tysiącach, ja więc założyłem sobie, że pier­wszy numer wydam w 30 tysiącach. Zrobiłem rozeznanie i wy­glądało na to, że sprzedając 17 tysięcy będę mógł wydać drugi numer. Czyli założenia były OK, margines bezpieczeństwa założony. I z numeru na numer pismo miało się rozkręcać. Jeden hurtownik obiecał wziąć 20 tysięcy, resztę miałem roz­prowadzić ja. A jak już miałem wydrukowany nakład, to zmienił zdanie, wziął 10 tysięcy, po czym po miesiącu oddał mi 5. I to dystrybucja doprowadziła do upadku pisma. Nie mogłem sobie bowiem pozwolić na dystrybucję poprzez „Ruch”, bo tam cze­kałbym na zwrot egzemplarzy i pieniędzy trzy miesiące. Ja musiałem mieć pieniądze po miesiącu, żeby zapłacić drukarni. W sumie, spóźniłem się z płatnościami (część nakładu puści­łem w końcu przez „Ruch”) i zostałem bez pieniędzy po spła­ceniu długów. Na następny numer musiałbym mieć przynaj­mniej na papier, ale niestety tych pieniędzy już nie miałem. A materiał miałem przygotowany na następne zeszyty.

I tak dochodzimy do role playing. Jak się zetknąłeś z tą formą zabawy fantastycznej?

To było na początku lat 80-tych. Na Euroconie w Trieś­cie kupiłem gry planszowe i przywiozłem do Polski. To były gry, które potem zakupił i wydał w „Encore” Adamski. To było dla mnie coś kapitalnego. Grano w Polsce w chińczyka, jakieś bitwy morskie, a tu nagle dostałem gry fantastyczne, o dużym stopniu skomplikowania fabuły. Zaproponowałem, żeby ten temat ruszyć w „Fantastyce”, ale znowu byłem w mniejszości i nigdy z grami tam nie ruszono. Namówiliśmy z Darkiem Toruniem Adamskiego, żeby wydawał gry w „Encore”, co zrobił, zresztą gry tłumaczył dla niego Darek. W międzyczasie poznaliśmy nieja­kiego Piotra Parlewicza, który wrócił z dłuższego pobytu w USA – pozna­liśmy go przy innej okazji, w środo­wisku ludzi zainteresowanych grami komputerowymi; to były czasy „Spe­ctrum” – i u niego w domu zobaczy­liśmy po raz pierwszy gry fabularne, amerykańskie wydanie „Dungeons & Dragons”. I to mnie zafascynowało. Odbyliśmy kilka sesji, zaczęliśmy w to grać. Idea tych gier przemówiła do wyobraźni mojej i Darka, uważaliśmy, że to coś genialnego.

W 1987 roku powstała „Sfera” (w „Encore” nie było z naszej pracy kasy, a zarobki w „Fantastyce” były śmiesznie niskie) i spróbowaliśmy tam. Miałem już wtedy kontakt z firmą „Games Workshop”, która wydawała „Warhammera”. I w „Sferze” wydałem grę „Talisman”, w Polsce nazywała się „Magia i miecz”. Ale był to okres hiperinflacji i wszystko co zarobiliśmy na grach, szło w reinwestycje na dodruki, a cały zysk zżerała inflacja. No i rozmijałem się z resztą zespołu, co do kierunku rozwoju firmy. Ja chciałem iść w RPG, „Talisman” miał być rodzajem pomostu pomiędzy rozbudowanymi grami planszowymi a RPG, a Maciek Makowski bał się, że to ponie­sie plajtę. No i zrezygnowałem z pracy w „Sferze” i tak w 1992 roku zostałem bez pracy właściwie. Walczyłem jeszcze o „CDN”, chodziłem do Prószyńskich, Semnica, chciałem to w jakiś sposób kontynuować. Narzekałem na dystrybucję i wtedy powstała koncepcja powołania stowarzyszenia prasy kolorowej, które reprezentowałoby interesy wydawców wobec dystrybutorów. Zaprosiłem wydawców, byli to głównie wydawcy popularnych pism kobiecych będących własnością wydawców niemieckich, no i powołano mnie na dyrektora i spędziłem w tej organizacji – Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Wydawców – 2 lata. W tym samym czasie postanowiłem wydawać RPG. Spotkałem Darka Torunia, który wówczas też nie miał co robić, handlował książkami na stolikach, ale to się już powoli koń­czyło i namówiłem na zajęcie się grami. Odniósł się do tego sceptycznie, ale ponieważ był wolny, więc wszedł; ja zaś uwa­żałem, że gry fabularne jest to wolna, przez nikogo nie zajęta nisza. Byłem jak zwykle jedynym optymistą.

No i zabraliśmy się za robienie pierwszego numeru „Magii i Miecza”. Zrobiliśmy go we dwójkę, ale potem grupa ludzi zainteresowanych RPG i pismem systematycznie rosła. Byli ludzie, którzy tworzyli „Kryształy czasu”. Pierwszy numer ukazał się w nakładzie 2000 egzemplarzy, skład był robiony na zlecenie, a jak doszedł do stowarzyszenia komputer, to robiliśmy go już sami. Ze sprzedażą był kłopot, bo nakład był za mały dla większych kolporterów, sklepy handlujące ze „Sferą” też wolały wziąć w komis, księgarnie prasy nie chciały, sklepy papiernicze sprzedające gry planszowe też nie, itp. Ale sprze­daliśmy, potem jeszcze dodruk. Na początku „MiM” wycho­dziła nieregularnie, bo zespół był mały, a objętość pisma rosła z każdym numerem. Zaczynaliśmy od 32 stron, docelowo miało być 48, a teraz mamy 96 stron. Nakład rósł, najpierw 5, potem 10 tysięcy, teraz 20. Od czwartego numeru weszliśmy do dystrybucji kioskowej. I tak wydawnictwo MAG zaistniało na rynku.

MAG wydaje teraz gry fabularne, karciane, periodyki i książki im poświęcone, sprzedajecie figurki do systemów bitewnych, macie własne sklepy, ostatnio zaś doszła seria książek SF i fantasy.

Na początku miałem prawa na „Warhammera”, cho­ciaż moim marzeniem było zacząć od „AD&D”, ale nie mia­łem szans na uzyskanie praw do edycji (obecnie wydaje sys­tem TM Sernic). To znaczy namówiłem ich, mieliśmy to zrobić wspólnie, w końcu wykolegowali mnie robiąc to samodzielnie. Ale chyba nie najlepiej im się to sprzedaje.

Zabrakło im pasji…

Chyba tak, podeszli do tego na zimno, jak do biznesu. Ruszyliśmy z „Warhammerem”, który sprzedaje się bardzo dobrze, i podręcznik, i dodatki, i książki. Chcieliśmy też wydać od razu „Kryształy czasu”, które ukazywały się w odcinkach w piśmie, ale Artur Szyndler jak nam to dostarczył (chyba na 1000 stron maszynopisu), to okazało się, że jest to napisane bardzo złą polszczyzną. Każdy kawałek, który przynosił do redakcji trzeba było pisać od nowa, na podstawie jego notatek. Darek wykonał wręcz katorżniczą pracę nad jego tekstami. No i doszliśmy w odcinkach do etapu, gdzie można było już w sys­tem grać, czary były podane prawie w całości i zapadła decyzja o wydaniu książkowym. Ludzie z zewnątrz, którzy współpracowali z Arturem obiecali, że rzecz opracują i dostar­czą najpóźniej do czerwca 1995 roku. Ale słowa słowami, minął rok i nic. Stwierdziliśmy więc, że trzeba tam parę rzeczy zmienić, już to zrobiono, „Kryształy” poszły do produkcji i będą do Gwiazdki.

Periodyki…

„Magia i miecz” była od początku poświęcona rolplejom, grom fabularnym. Miała być pomocą dla mistrza gry, gra­czy, miała wyjaśniać różne zasady. Poszerzać wiedzę o syste­mach, której nie ma w podręcznikach, itd. Nagle na zachodzie pojawiły się gry karciane, wystrzeliły jak Filip z konopi. Na tar­gach gier i zabawek nawiązałem kontakt z Target Games, któ­rzy wydali „Doom Troopera” i oni mieli koncepcję druku w kil­kunastu wersjach językowych. Podpisaliśmy umowę i wydali rzecz m. in. w języku polskim. Pierwszy nakład sprzedaliśmy błyskawicznie. Potem ukazały się inne dodatki i nowe gry: „Kult”, „Dark Eden”. A ponieważ w Polsce pojawiły się inne gry karciane, choćby „Magie the Gathering”, to siłą rzeczy powinno powstać pismo im poświęcone. „MiM” poświęcało im trochę miejsca, ale było to za mało, teraz jak powstanie pismo o grach karcianych – „Interno”, to będziemy mieli więcej miej­sca dla rolpleji. Pojawiła się też koncepcja wydania pisma poświęconego grom figurkowym, bitewnym. Największym producentem jest „Games Workshop” z Anglii wydająca „War­hammera Battle” i „Warhammera 40000”. Od lat toczyliśmy rozmowy nad zrobieniem edycji polskiej, ale jest to przedsięw­zięcie bardzo kosztowne, samo podstawowe pudło, to 100 figu­rek, 3 książki i mnóstwo kart. To musiałoby być bardzo drogie, ale ostatecznie oni sami stwierdzili, że nie dadzą nam tego, bo to tak, jakbyśmy im wyrywali serce. Ale firma Target rozpoczęła wydawanie swojego systemu figurkowego, nazywa się „Warzo­ne” i my w to weszliśmy. Za rok będzie nowy system, fantasy.

Książki…

Wydawaliśmy w MAGu książki, których akcja toczyła się w systemach wydawanych przez nas gier fabularnych. Nie było tego dużo, ale są to książki, w których gracze mogą znaleźć więcej informacji, inspirację do gry, itp. Ale w końcu wyszed­łem od fantastyki, science fiction zawsze mnie interesowała, wciąż ją czytam i marzyło mi się, żeby uruchomić taką nor­malną serię książek. Kryteria są następujące: ma to być dobra fantastyka, odstępująca poziomem do badziewia co wychodzi, nie musi koniecznie mi się podobać, wyróżniająca się szatą graficzną. O sprawę zabiegał Andrzej Miszkurka, więc mu to zadanie powierzyłem. I chyba stanął na wysokości zadania. A prognozy na razie mam ostrożne, przy tej dystrybucji, jaką mamy w Polsce, a sam wiesz dokładnie jak to wygląda, pier­wsze oceny będzie można postawić za rok.

Na koniec pytanie o twoje zdanie na temat kwestii podziału na linii miłośnicy fantastyki i miłośnicy RPG. Dużo się mówi na temat. Są to grupy, które zazębiają się między sobą, ale nie pokrywają całkowicie.

Po pierwsze kryterium inteligencji. Aby grać w RPG, trzeba się wykazać inteligencją i wyobraźnią, rolpleje nie są więc ludźmi prymitywnymi, jak niektórzy sądzą. W telewizji są turnieje wiedzy dla uczniów szkół średnich, gdzie biorą udział najlepsi uczniowie. Oni tam zawsze muszą coś o sobie opowie­dzieć, i wielu z nich mówi, że ich hobby jest RPG.

Zgadza się, ale do gry trzeba mieć odpowiedni zasób słów, które biorą się jednak z lektur, a gdy na konwentach roz­mawia się z graczami, to oni nie słyszeli np. o Dicku.

Grać w RPG można na różnych poziomach, na wysokim i na niskim. Są też. czytelnicy, którzy czytają dobrą litera­turę i tacy, którzy czytają chłam. I ci gracze, którzy grają na wyższym poziomie, fantastykę czytają. Choćby dla tego zasobu słów. Ale i tu i tu mamy światy fantastyczne, te dwie sfery zainteresowań przenikają się. Może gracze nie czytają tak dużo fantastyki, jak myśmy to robili, poza tym młodzież ma jed­nak określony czas na rozrywki – szkoła, zajęcia poza lekcyj­ne, telewizja, komputery zajmują jej wiele czasu. A gra jest jed­nocześnie przyjemnością i spotkaniem towarzyskim z rówieś­nikami, książkę czytasz w samotności.

Za naszych czasów mediów było kilka: teatr, kino, muzyka, książka. Teraz doszły komputery, telewizja (za naszej młodości nie było w niej co oglądać), komputery, rpg. Wybór jest znacznie większy.

Dokładnie, i taka jest kolej rzeczy. Dla wszystkich star­czy miejsca.

Dzięki za rozmowę.
Rozmawiał Wojtek Sedeńko
Warszawa 1997


Fragment wywiadu z Jackiem Rodkiem (fanzin Fantom 2001)
Rozmawiał Tomek Kreczmar


Przejdźmy teraz do zupełnie innej tematyki. Obok “Fantastyki” stworzyłeś również inne czasopismo - “Magię i Miecz”. Tym samym dałeś w Polsce początek szaleństwu zwanemu grami fabularnymi. A jak ty zacząłeś grać?

Do roku 1982 rynek gier fantastycznych w Polsce nie istniał. Ówczesne gry planszowe nie miały nic wspólnego z fantastyką. A na jednym z Euroconów spotkałem grupę ludzi sprzedających gry fantastyczne. Między innymi trzy związane z “Władcą Pierścieni”. Kiedy je zobaczyłem, wiedziałem, że to świetny pomysł. Po powrocie chciałem coś zrobić w Polsce w kierunku wydawania takich gier. Niestety w “Fantastyce” nie było miejsca na tego typu działalność. Nie miało sensu tworzenie działu poświęconego tego typu grom. W związku z tym sprzedałem pomysł Jankowi Adamskiemu z firmy ENCORE, który nie bardzo wiedział, co wydawać.

Mniej więcej w tym samym czasie poznaliśmy chłopaka, który wrócił ze Stanów i przywiózł ze sobą “Advanced Dungeons & Dragons”. Traf zrządził, że byliśmy wraz z Darkiem Toruniem jego gośćmi i bardzo nam się ta gra spodobała. Miał on zresztą kilka innych gier, z których część (“Labirynt śmierci”, “Bitwa na polach Pelennoru” czy “Gwiezdny kupiec”) ENCORE później wydało. Ja robiłem z konsultanta tych produktów, a Darek za tłumacza. Namówiliśmy podówczas Baranieckiego do napisania opowiadania, które ukazało się w “Gwiezdnym kupcu”...

Później, na jakimś kolejnym konwencie, poznałem ludzi zajmujących się grami figurkowymi, typu “Warhammer Battle”. Byli wśród nich szefowie firmy GAMES WORKSHOP. A owa firma wydała też grę, która nazywała się “Talizman”. My opublikowaliśmy ją Polsce pod nazwą “Magia i Miecz”.

Był to rok?

Chyba 1989. Założyliśmy wtedy nawet własną firmę - SFERĘ - która wydała “Magię i Miecz”. Niestety, były to czasy szalejącej inflacji. I choć pierwszy nakład (wydany zresztą dzięki temu, że złożyło się na niego kilku przyjaciół) - 5000 jeśli dobrze pamiętam - błyskawicznie się rozszedł, pieniądze z niego spływały jednak na tyle wolno, że inflacja zżarła ewentualne zyski. Zostało tyle, by wydać kolejny nakład. I tak przez pierwsze 2 lata SFERA od razu przeznaczała to, co zarobiła, na wydania kolejnej edycji gry. Dopiero wydanie wspólne z ORBITĄ - w nakładzie 30 000 - pozwoliło wyrwać się z zaklętego kręgu.

A gry fabularne?

Jak już wspominałem, gdzieś w okolicach 82. roku zetknęliśmy się z Darkiem z grą “Advanced Dungeons & Dragons”, pierwszą na świecie rozbudowaną grą fabularną. Mieliśmy dostęp do trzech książek - podręcznika gracza, mistrza podziemi i bestiariusz. Pierwszą pożyczyliśmy, a resztę powoli zbieraliśmy i sprowadzaliśmy na różne sposoby i przy każdej nadającej się okazji. Dużo pieniędzy zainwestowaliśmy w podręczniki, bo płacić trzeba było dolarami. Dzięki temu mogliśmy za to wykorzystać wszystkie oferowane przez grę możliwości. Spotykaliśmy się na sesjach w kilkuosobowym gronie. I przez 2 lata graliśmy dość intensywnie.

Kto dokładniej? Jakieś znane do dziś w środowisku osoby?

Znany w swoim czasie ś.p. Tomek Małkowski, który spopularyzował RPG w środowisku studenckim i współtworzył “Kryształy Czasu”. Grał z nami też Wiktor Żwikiewicz. Trochę później się doszedł Artur Szyndler.

A kiedy narodził się pomysł spopularyzowania RPG w Polsce?

Jeszcze kiedy pracowałem w “Fantastyce”. Chciałem o grach fabularnych pisać na jej łamach, ale nie bardzo było miejsce. SFERA z kolei nie była gotowa, aby wejść w te gry. Niemniej i SFERA, i ENCORE niejako powoli przygotowywały grunt pod gry fabularne.

W SFERZE nie byłem sam, a firma nie była chętna wydawaniu RPG. Gdyby to była moja firma, pewnie tam ukazałyby się gry fabularne. Niemniej RPG mają postać dużych książek, trzeba było wiele w nie zainwestować. No i nie bardzo była wola...

I stąd zrodził się pomysł założenia własnego wydawnictwa.

Między innymi. Wcześniej odszedłem z “Fantastyki”, potem z ORBITY, pomysł z “C.D.N.” nie wyszedł... Trzeba było coś zrobić. Tym bardziej, że był to dla mnie ciężki okres. Znalazłem się poza środowiskiem. Przez jakieś 2-3 miesiące wraz z teraźniejszą żoną sprzedawałem na Kolejowej jakieś gry i książki.

W końcu - szukając wydawcy dla “C.D.N.” - założyłem wspomniane już przeze mnie Stowarzyszenie Wydawców. I mniej więcej wtedy też stworzyłem własną firmę - MAGa. W 1993 roku rozpocząłem wydawanie czasopisma “Magia i Miecz”, mającego stworzyć koniunkturę dla gier fabularnych.

Jakie były początki “Magii” i MAGa?

Pierwszy nakład gazety wynosił 2000, potem zwiększyliśmy go do 5000. Drukowaliśmy wtedy “Kryształy Czasu”, które zamierzaliśmy opublikować w odrębnej książce. Jednakże wymagały one tak znacznej obróbki językowej i merytorycznej, że wcześniej udało nam się wydać “Warhammera”. W końcu zresztą “Kryształy” wydaliśmy, jednak potrzebowaliśmy na to kolejnych 2 lat pracy.

Pierwsze kroki “Magii” nie należały do łatwych. Cztery numery w rok...

Dokładnie - jeden numer na trzy miesiące. Przyczyna była przede wszystkim taka, że niewiele osób miało pojęcie i o pisaniu, i o grach fabularnych. To było w końcu pierwsze tego typu pismo w Polsce! Znalezienie odpowiednich ludzi zajęło trochę czasu.

W pewnym momencie znalazł się jeden z Tych ludzi, czyli Tomek Kołodziejczak. Jak został naczelnym?

W tamtym czasie Tomek zajmował się swoją działalnością wydawniczą. Robił choćby “Voyagera”, którego sprzedawał “z plecaka”. No i w pewnym sensie szukał pracy. A znaliśmy się z Tomkiem jeszcze z “Fantastyki”. Ponieważ miał przygotowanie do poprowadzenia pisma, chciał to robić - wystarczyło go zatrudnić. Sprawa była prosta.

Może kilka słów o tym etapie w życiu “Magii”?

Tomek uporządkował prace redakcyjne. Nastąpiła stabilizacja terminowości, choć również zdarzały się poślizgi i problemy.

Jak już jesteśmy przy problemach. MAG zawsze się z nimi borykał na różne sposoby. A to drukarnia coś zawaliła. A to redakcja czegoś nie dopilnowała. A to ktoś nie wywiązał się z kontraktu. Mimo to z tego chaosu udało się wyłonić dość stabilnej w tej chwili firmie...

Wynika to po części ze szczęścia, po części z samozaparcia. Z mojej strony mogę powiedzieć, że firma ta stała się moim życiem. Nie miałem pomysłu, co innego mógłbym robić. Musiałem więc wytrwać. Wytrwać w tym, na czym się znam. I pilnowałem wszystkiego od strony organizacyjnej, a nie - że tak powiem - technicznej.

Dzięki grom fabularnym zaistniała firma MAG. Jaki jest twój osobisty stosunek do tej rozrywki?

Gry fabularne noszą w sobie pewną wartość, która powinna sięgnąć dalej niż ten obszar, w jakim teraz egzystują. Co ciekawe, w tamtym okresie zainteresowanie było znacznie większe. Teraz przeżywamy jakiś taki okres malkontenctwa. Wielu graczy dorosło, RPG przestało być dla nich czymś nowym. W międzyczasie pojawiły się lepsze gry komputerowe i inne rozrywki. Doszły gry on-line. A gry fabularne wymagają nieco inteligencji, więc jako takie nigdy nie będą rozrywką masową. Zawsze zajmować się nią będą osoby w pewien sposób wyróżniające się w społeczeństwie czy w szkole. Biorąc pod uwagę wielość atrakcji, z jakimi teraz młody człowiek ma do czynienia, znalezienie takich podobnych sobie ludzi chcących grać nie jest łatwe.

Teraz kilka słów o kolejnej dziedzinie, w której jesteś pionierem, o grach karcianych. Udało ci się doprowadzić do wydania gry “DoomTrooper”. Opowiedz, jak do tego doszło.

Wiele z pomysłów w mojej działalności brało się stąd, że wyjeżdżałem na różne targi związane z grami lub fantastyką. Będąc w Essen w Niemczech zobaczyłem “Magic: The Gathering” i szwedzkiego “DoomTroopera”. O ile jednak Amerykanie nie byli zbyt chętni do rozmowy, o tyle Szwedzi podeszli do tego z otwartymi ramionami. Zdecydowali się nawet zainwestować własne pieniądze, by wydać polskojęzyczną wersję tej karcianki.

My byliśmy pełni obaw. Za pierwszą dostawę trzeba było zapłacić naprawdę niemałe pieniądze. Mnie zaś wydawało się, że pomysł takich gier karcianych jest dobry i odkrywczy. Że coś w nim jest. Sam zresztą się w te gry bawiłem. Dlatego też zdecydowałem się na wydanie “DoomTroopera”.

Znów zadecydował twoja fantastyczna intuicja?

Zawsze się nią kierowałem. I tym razem tak było. Jeszcze pracując w “Fantastyce” decydowałem na nosa, co publikować, a co nie. Na ogół wybierałem dobrze. Umiałem trafiać. Dotyczyło to jak widać także gier fabularnych i karcianych, nie tylko literatury. No i było w tym trochę szczęścia.

Gry karciane były dużym sukcesem. Koniunktura nie trwała jednak nazbyt długo...

Nie do końca z naszej winy. Gdyby rodzaj współpracy ze Szwedami był inny, byłoby zapewne lepiej. Zbyt długie przerwy między dostawami i wydawaniem dodatków zmniejszały popyt. No a później wydany “Kult” w ogóle niemal się nie przyjął (był po prostu grą dla dorosłych, takiego zaś rynku u nas nie było), “Dark Eden” również. “Eden” miała jeszcze szansę. Nieszczęśliwie się jednak stało, że “Kultu” zamówiliśmy nieco za dużo, a sprzedawcy go nam potem oddawali, gdyż nie schodził. No i potem do “Dark Edenu” wszyscy podeszli sceptycznie. Co ciekawe, dystrybucja wszystkich tych trzech gier karcianych opierała się ledwie na kilkunastu punktach!

Po grach karcianych wydawnictwo popadło w pewien kryzys. Próbą wyjścia z niego było wydawanie powieści nie związanych z RPG. Wcześniej MAG wydawał tylko książki związane ze światem “Warhammera”...

Na dziś ówczesne ich nakłady były dość duże. Wtedy zaś - przeciętne.

I tak zrodził się pomysł słynnej ambitnej serii, tworzonej przez Andrzeja Miszkurkę. Były ambitne okładki, niezbyt znani autorzy, choć zwykle z tzw. “pierwszej półki”. Książki były dość trudne i nie miały zbyt szerokiego grona odbiorców.

To prawda. Wyszliśmy z założenia, że chcemy stworzyć ambitną serię, za czym opowiadał się Andrzej. Ja się z nim zgodziłem i w pełni mu zaufałem, gdyż podobnie wybiera tytuły co ja w jego wieku. Andrzej, co tu dużo mówić, pomylił się. Zdarza się. Jak sam kiedyś stwierdził - “Nauka kosztuje” [śmiech]. No i nas to kosztowało niemało. Kryzys firmy pogłębił się.

Wywiad Wojtka Sedeńki pierwotnie opublikowano na stronie prywatnej Wojciecha Sedeńki
Cały wywiad Tomasza Kreczmara z Jackiem Rodkiem (dla fanzinu Fantom) znajdziecie na stronie 
Nerdica.

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget