Walka w RPG: Praktyka, a narracja cz.3

Sporo pism o role playing games, poświęciło sporo miejsca prowadzeniu walki podczas sesji.
Każdy jednak i gra i prowadzi inaczej, więc praktykę trzeba wypracować samemu. Zaprezentuję pewien pomysł popierając go przykładami. I na tym poprzestanę.

Jak więc opisywać walki podczas sesji?
W jednym zdaniu?
Naśladując lepszych narratorów od nas, czyli autorów książek.
W kilku przykładach, w zderzeniu z trzema mechanikami omówionymi poprzednio, okaże się że każda walka jest odmienna.





Odpowiednie dać rzeczy słowo
Dawno, dawno temu założyłem sobie folder nazwany Sceny, a w nim podfolder Walka (w folderze Sceny miałem więcej takich podfolderów: opisów miast, podróży, lasu, nocy, świtu etc.). Notowałem w nim inspirujące i ciekawe fragmenty z przeczytanych książek, które opisywały w tym przypadku właśnie walkę. Spisywałem je jeszcze dawniej w zeszytach. Dziś wyręcza mnie w tym smartphone czy tablet, z którego kopiuję teksty do odpowiedniego folderu na PC - korzystam również z Evernote i Google Keep). Początkowo starałem się je opisywać wraz z tytułem i nazwiskiem autora, potem bywało z tym różnie - folder służy wyłącznie mi.


Pomysł nie jest nowy - podsunęła mi go Anna Brzezińska, a rozwinął później Michał Oracz w Portalu #10 w swoim artykule "Jak tworzę scenariusze", gdzie opisał swoje Księgi Motywów i Księgi Przygód.


Dziś wystarczy, że przed poprowadzeniem przygody znajdę jakiś inspirujący opis walki, a potem staram się go dostosować do danego adwersarza/y i antycypuje jak potoczy się walka z udziałem moich Bohaterów G
raczy.

Kiedy przychodzi dana scena walki, mam pod ręką "ściągawkę", z której korzystam i posiłkuje się zdaniami, bądź całymi fragmentami z książek. To drugie zdecydowanie odradzam, bo recytowanie na sesji wypada słabo, a często przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.
Jeśli człowiek mówi i mówi przez kilka godzin - słów niekiedy brakuje, zwłaszcza tych odpowiednich. Kiedyś, przez długi okres grałem z graczami, którzy "dopowiadali" brakujące słówko, czy zdanie/a.
W trakcie prowadzenia innym, zawsze mam swój folder Sceny, lub drukuję te które przydadzą mi się w trakcie konkretnej sesji.
Jak to wygląda w praktyce?


Mam na każdą walkę przygotowanych kilka zdań jedno - dwulinijkowców, na które spojrzę i mogę w ten sposób je przeczytać/ opisać moim graczom.




Walka pierwsza

Broń błysnęła w powietrzu i już tkwiła w barku pierwszego przeciwnika. Stwór upadł, zwijając się z bólu, śluzowata krew trysnęła strumieniem. Ranny przetoczył się na bok.
Niespodziewanie pozbierał się z ziemi przerzucił straszliwą maczugę w lewą dłoń i zamierzył się na Ciebie. 


Oczywiście wystarczy zmienić broń na inną, w trakcie opisowej walki mogę sobie spokojnie zignorować modyfikatory wynikające z tego, że przeciwnik upadł, wstał etc.

Zamarłeś na krótką chwilę. Wróg zamierzył się na twoje lewe ramię. Chciał je odrąbać, acz tylko udało mu się zadrasnąć biceps twardy jak drewno. Z rany popłynęła ciemna strużka krwi.

Nie muszę wspominać, że cherlawy Raistlin raczej nie będzie miał bicepsów z drewna.

Koniec kolczastej maczugi poleciał prosto w kierunku twojej twarzy. Maczuga świsnęła przy samym uchu, ale za maczugą poleciał sam adwersarz - zwalił się na ciebie, skutecznie nadrabiając niecelność obucha. Ciężkie, śliskie i cuchnące cielsko przygniotło ciebie do ziemi. Dopiero po chwili zorientowałeś się że przeciwnik leży na tobie bezwładnie. Był martwy. Tylko krew z z rozchlastanego ramienia kapała na twój kubrak. Z wysiłkiem wyswobodziłeś się spod trupa. Kiedy wstałeś ujrzałeś że z jego pleców sterczy długa zielona strzała. Nie było czasu jednak na rozglądanie się za nieoczekiwanym sprzymierzeńcem. 

Niekiedy trzeba wyciągnąć gracza z opresji (choćby za pomocą Punktów Przeznaczenia w WFRP), innym razem można dać graczowi do zrozumienia, że coś obserwuje/ chroni ich, a jeszcze innym razem właściciel zielonej strzały po k6 przygodach dalej będzie domagał się zapłaty za uratowanie życia. Zresztą po walce taka zielona strzała może stanowić mini - przygodę: kim był łucznik, gdzie jest i dlaczego to zrobił?

Twój kompan ciągnął resztką sił. Jego broń trzymała napastników na dystans, udawało mu się jednak parować ciosy przeciwników, lecz coraz trudniej było mu tak manewrować, żeby go nie wzięli w dwa ognie. Przeciwnicy też umieli walczyć. Nagle jeden z nich znalazł się za nim i wzniósł broń do śmiertelnego ciosu.

O narracji w trybie trzeciej osoby napisano również sporo. Warto jednak spróbować opisać walkę całej drużyny oczyma jednego jej członka. Gracze będą początkowo zaskoczeni, rozkojarzeni, bo to nie to samo co ja go atakuję, a MG na to: "Twój cios przeleciał tuż nad jego głową". Ale efekt dobry.

Broń z chrzęstem zagłębiła się w czaszce przeciwnika. Znieruchomiał. Jego broń zawisła w powietrzu. Twoja utkwiła w czaszce. Arggh! Zwyciężyłeś!

MG był krytyk? Nie, jednak było widowiskowo, a Ty jesteś Bohaterem tej przygody (samemy zwycięstwu w walce też można by poświecić osobny wpis...).


Ostrze szerokiego miecza wysunęło się niczym język węża i zwaliłeś się jak podcięty pień. Uniósł broń nad tobą.

Wspominałem, że niekiedy nie warto zabijać gracza? Teraz Adwersarz decyduje o życiu i śmierci. Gracz, a raczej jego bohater za każda cenę wybierze to pierwsze. Pewnie większość też tak by tak zrobiła.


Komicznie wyglądający przeciwnik z bronią tkwiącą w czaszce zaatakował ponownie. Jak to możliwe? Jak ? Jak przeciwnik z połową mózgu może walczyć?

O tym, że każde starcie jest unikatowe i taki też jest przeciwnik, chyba również pisałem. Pomimo barwnego opisu zaczerpniętego z jakiejś książki bohater potraktuję je jako kolejną potyczkę. A jak siądzie w karczmie i powie: "i wtedy ja go zabiłem, a tu patrzę on na mnie hajda z powrotem"... może być inaczej.



Walka II

Z drogi biegnącej w dół dolinki docierały do Was pochrząkiwania i warknięcia, a czasem jakieś słowo w bełkotliwym języku goblinów. Ostrożnie przekradaliście się przez gęste poszycie lasu porastającego stok. Po kilku chwilach prześwity w gałęziach upewniły ich, że dotarli na skraj lasu. Przez swąd ogniska, czuć było już goblini odór. Ruszyliście z impetem.

Próba Skradania się udana.

W pierwszej chwili gobliny gapiły się na nacierających z komicznym zdumieniem.

Inicjatywę mamy już za sobą.

Pierwszy z stworów zasłonił się skrwawionymi pazurami.
Niewiele brakowało, a celnie rzucona goblinia włócznia rozpłatałaby tobie czaszkę. W ostatnim momencie Patrycja podcięła Ciebie, tak iż upadłeś na ziemię, a żelazny grot po drzewiec zarył się w ziemi.


Nie ma NPC - Patrycji? Niech nasz dzielny BG wywali się na ziemie przez konar/ kamień/ pnącza i szybko wstanie  - zależy nam na opisie. Lepiej brzmi chyba niż "Nie trafił Ciebie."

Gobliny otrząsnęły się już ze zdumienia, zwarty szereg i palisada długich włóczni pochyliła się na przyjęcie nacierających. Zakrzywione goblińskie noże odzyskały ochotę do prucia brzuchów.
Wielki gobo z rozpostartymi ramionami skoczył na Ciebie, wyjąc jak potępiony. Nie zdążył się nawet zamachnąć, kiedy drugi goblin wskoczył na Ciebie. Żółte kły dosięgły twojej szyi, a mocne łapska wczepiły się w miecz, nie bacząc na ostrze.


Trafiony, zatopiony! Jeśli nie trafiony wystarczy rzec: "Żółte kły dosięgły prawie twojej szyi"

Potwór zachwiał się wreszcie i osunął bezwładnie. Twoja broń zakleszczyła się pomiędzy jakimiś gnatami, musiałeś zaprzeć się nogą na padlinie, by ją wyszarpać.

Nie interesuje nas testowanie wyszarpnięcia broni z typowych żeber goblinich, ale znowu unikamy nieśmiertelnego: "To ja gnę"

Ten pierwszy bez ostrzeżenia złapał Ciebie oburącz i przytrzymał nogi, ten drugi z naszyjnikiem z odrąbanych dłoni, wymierzył cios na której pobłyskiwał jakiś srebrzysty przedmiot.

Srebrzysty przedmiot będzie prawdopodobnie pierwszą rzeczą, której poszuka gracz. Po co losować po całej walce skarby, bądź ustalać wartość każdego z nich?
Wystarczy przecież oszacować i zsumować wartość całego dobytku gobliniego i oznajmić graczom, że pośród całego gobliniego chłamu ten srebrzysty przedmiot był najcenniejszą rzeczą. Wartą tyle i tyle. Spisywanie k20 elementów z wyposażenia obozu goblińskiego, tylko po to by w najbliższym mieście je sprzedać przypominahack n'slash  i znoszenie przedmiotów do sklepiku, po to by zarobić na kolejny Miecz +1. Całe to przeszukiwanie i spieniężanie nie stanowi głównego wątku opowieści.

W przeciągu kilku chwil nadszedł koniec tego gwałtownego starcia, gobliny przerażone czmychały między drzewa. Oddalone i zwielokrotnione trzaski z głębi lasu świadczyły, że wielu z nich uratowało swoje życie.
Dwie potyczki w jeden dzień, więcej szczęścia niż rozumu - wyharczała Patrycja.


Walka skończona, jednak niebezpieczeństwo ataku pozostało. To zawsze trzyma graczy w niepewności, szczególnie jeśli pół godziny potem MG powie, że coś chyba poruszyło się nieopodal w pobliskich krzewach, przy ścianie lasu.

Walka III



Jego napiętę nerwy zareagowały błyskawicznie. Obudził się w nim dawny, żołnierski odruch. Uchylił się przed ciosem, obracając się jednocześnie o 180 stopni i wbił swój łokieć w twój żołądek.

Na starcie podkreślamy graczowi, że ten przeciwnik to już nie przelewki.

Zamachnął się, chybił, znów, znów i znów uniknąłeś ciosu, a jednak trafił w splot słoneczny. Tracisz oddech, robi się ciemno przed oczami. Otrzymałeś jeszcze jeden cios, upadłeś walcząc o to by nie utracić przytomności. Podniosłeś się ciężko oddychając. Dalszy ciąg walki potoczył się błyskawicznie. Po chwili leżał na ziemi, z purpurową twarzą, wykonując rękami i nogami słabe ruchy przypominające pływanie. Z jasnych włosów wypływała krew.

Pominęliśmy w ten sposób tury/ rundy itp.


Na koniec

Tak można postąpić naprawdę z każdym fragmentem książki opisującym walkę, który utkwił nam w głowie i odpowiednio zaadaptować go na sesję. Choćby nawet z szkołą fechtunku na podst. "Wyspy dnia poprzedniego" Umberto Eco. Wystarczy rozbroić ją i "wyreżyserować".
Mamy wtedy choć ułamek narracji prezentowanej przez autora, którego cytujemy.

W podzięce napomknął o pewnym sposobie natarcia. Poprosił, by Robert przyjął pozycję obronną, zrobili kilka zwodów, wyczekał na pierwszy atak i nagle runął na ziemię, a kiedy zdumiony Robert odsłonił się, zerwał się jakby cudem i odciął mu guzik kaftana - na dowód, że mógłby go zranić, gdyby tylko zechciał. - Co o tym myślisz przyjacielu ? - spytał, kiedy Robert salutował szpadą, uznając się za pokonanego. - To coup de la mouette albo, po włosku manewr mewy. Gdy znajdziesz się któregoś dnia nad morzem, zobaczysz, że te ptaki pikują w dół, jakby spadały, ale tuż nad powierzchnią wody wzbijają się w powietrze unosząc w dziobie łup. To pchnięcie wymaga długich ćwiczeń i mnie zawsze się udaje. Nie udało się temu, który się chciał przede mną nim pochwalić. Oddał mi i swe życie, i sekret. Myślę że bardziej go zabolała strata drugiego niźli pierwszego.Nic trudnego naprawdę warto spróbować choć jedną sesję przedstawiać walki w podobny sposób.

Zamykanie się w schemacie jednej i konkretnej techniki opisywania walki nigdy nie zapewni wam tylu emocji.

Autorów opisów walk dziś już nie pomnę - starałem się wyłuskać tych najciekawszych do przykładów.

Contentio tam diu sapiens est, quam diu aut proficit aliquid, aut non obest civitati.
photo credit: Thomas Shahan 3 via photopin cc

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget