20 lat po Magii i Mieczu - wypowiedzi redaktorów, autorów, hobbystów cz.2

Po tygodniu znów się spotykamy z autorami, redaktorami pisma Magia i Miecz oraz osobami, które w jakiś sposób były powiązane z MAGiem. W drugiej części, możecie zapoznać się wypowiedziami takich person jak: Tomasz Kreczmar, Daniel Szukalski, Jerzy Rzymowski, Marcin Baryłka, Maciej Nowak-Kreyer, Michał Karkuciński, Piotr Haraszczak, Tomasz Chmielik, Marcin Zawiślak, czy Jacek Brzeziński. 
Po aktualizacji: Hubert Czajkowski, Piotr Wyskok, Łukasz M. Pogoda.
Mam dla Was jeszcze dwie krzepiące wieści. To nie wszyscy - kilka osób odpowie w późniejszym terminie, a więc całkiem możliwe, że pojawi się część trzecia.
Tymczasem Jacek Rodek zobligował się do tego, że skończymy wywiad z Nim w przeciągu tygodnia.

Jeśli chcecie zapoznać się wcześniejszymi wypowiedziami: Jakuba Kubala, Michała Markowskiego, Marcina Roszkowskiego, Sławka Września, Marcina Segita, Marcina Kuczyńskiego, Artura Marciniaka, Piotra Korysia, Ignacego Trzewiczka czy Piotra Gnypa
zajrzyjcie do części pierwszej.

Miłej lektury i serdeczne podziękowania dla Wszystkich tych osób, które po dwudziestu latach podzieliły się swoim wspomnieniami.

W końcówce Magii i Miecza beka była podobna jak dziś z Poltera



Tomasz Kreczmar

Redaktor Naczelny Magii i Miecz, dziennikarz, publicysta i tłumacz zajmujący się grami wideo i fabularnymi. Do niedawna szef pasma programowego Hyper+ 

Chciałbym się ukryć za niepamięcią i stwierdzić, że te 20 lat (czy dla mnie bardziej 19) to się w ogóle nie zdarzyło… 20 lat to szmat czasu i wiele rzeczy umyka. Pozostają pojedyncze obrazy, wrażenia, smaczki, drobne okruchy. Szkoda, że nikt z nas nie prowadził wówczas dziennika, bo teraz byłby jak znalazł…

Przede wszystkim: byliśmy wówczas młodzi, żądni wiedzy, doświadczeń i przeżyć. Każdy numer był kolejną przygodą. Każdy dzień spędzony w pracy – kolejną zabawą. Bo raczej się przez długi czas bawiliśmy w pracę niż naprawdę robiliśmy coś zawodowo. Dużo się przy okazji nauczyliśmy – i to nie tylko patrząc z perspektywy procentów.

Dla mnie wszystko zaczęło się tak naprawdę wcześniej, jeszcze w czasach tzw. klubówek, w którym to środowisku wydawnictw drugiego obiegu poznałem Andrzeja Miszkurkę, a potem wspólnie wprosiliśmy się do Artura Szyndlera na sesję. I szybko RPG stały się dla nas naturalnym rozwinięciem literatury. Potem już poleciało – jeśli chodzi o RPGi.

Poprzez różne RPGowe konotacje poznaliśmy z Andrzejem Rafała Gałeckiego, który zamówił u nas tekst o AD&D. I pewnie nigdy by on nie powstał, gdyby nie przypadkowe spotkanie z pół roku później w autobusie. W epoce pre-komórkowej i pre-emajlowej wydobywanie od autorów tekstów było niezłą walką… tak czy inaczej okazało się, że MiM wciąż czeka na nasz tekst – deadline minął nie raz i nie dwa, a numer nie poszedł do druku. Wreszcie numer się ukazał, Jacek wypłacił nam pieniądze w oparciu o nieokreślony przelicznik, a potem…

Potem Andrzej – zafascynowany Ravenloftem – namówił Darka Torunia i Jacka Rodka do stworzenia numeru o grozie, co w efekcie przyniosło słynny 10 numer, który trafił do Lublina na Polcon 1994. Od tego przez 7 długich, emocjonujących lat siedziałem w MAGu. Firma powoli się profesjonalizowała co miało dobre i złe strony.

Na początku zaś mieliśmy mnóstwo przyjemności i zabawy w tworzenie, w granie. Dyskusje o słownictwie, o kolejnych numerach, artykułach, opowiadaniach. Co wrzucić, kogo namówić, kto co może napisać. Zdarzało się, że przepisywaliśmy na nowo całe artykuły dzień przed składem. Zdarzało się, że siedzieliśmy w pubie zamiast pracować (w niektórych znano nas aż za dobrze – „Ci panowie wyją? Ci panowie zawsze u nas wyją” było typową odpowiedzią, gdy Artur Marciniak postanawiał zabawić się wilkołaka). Zdarzało się, że numer nie wychodził, bo siedzieliśmy na konwentach. Ale mimo to MiM wychodził i krok po kroku tworzył ogromną rzeszę fanów RPGów. Ostatnio odkryłem, ilu ludzi, z którymi mam dziś do czynienia, czytało MiMa i fascynowało się Kryształami choćby – i to nie są ludzie przypadkowi, wręcz przeciwnie. Większość nieźle się zlokalizowała w tzw. biznesie.

Warto jeszcze dodać, że MiM to przez długi czas były wielkie przyjaźnie. Ścieranie się charakterów na wesoło. Mnóstwo zabawy, ale też praca po nocach (jedną z karcianek tłumaczyliśmy na dzień przed odesłaniem zagranicę, konsultując się przez telefon stacjonarny, ponieważ terminy się nam zawsze obsuwały). Trochę żałuję, że nie zorganizowaliśmy sobie sami jakiegoś 20-lecia redakcyjnego, żeby się spotkać i przy piwku posmucić o tym, jak było fajnie. Może gdyby nie epoka kryzysowa, MAG zorganizowałby coś więcej niż galę na Krakonie? Galę, na którą zresztą średnio dużo osób „zasłużonych” dla firmy dostało zaproszenie…

Wspomnienia maja to do siebie, że się zacierają – pamięta się więcej bardzo złego i bardzo dobrego. Ja pamiętam raczej to drugie. Spóźnienia z kasą, zmiany stawek, nagłe decyzje o zarzucaniu tej drukarni na rzecz innej albo tego produktu na rzecz innego, niesmaczne podśmiechujki… Dziś pamiętam głównie atmosferę gier, którą się oddychało. Klimat RPGów, książek, gier wideo wręcz unosił się przez długi czas na Dolnej – w budynku, który musieliśmy opuścić, bo miał zostać wyburzony. Wciąż stoi jeszcze niczym jakiś wyrzut sumienia, również na naszego… koniec końców to w nim żyła nasza pasja, to tam był pierwszy w  Polsce zjazd fanów Diablo. To tam po nocach rżnęliśmy w gierki różnej maści. Tam przyszedł Miłosz ze swoim Skrótem. Tam rodziły się przyjaźnie na lata.

Warto jednak pamiętać, że dzięki MAGowi, Jackowi Rodkowi i całej redakcji, która potrafiła go do różnych rzeczy przekonać, ukazały się w Polsce pierwsze RPGi, pierwsze karcianki, pierwsze gry figurkowe, pierwsze książki w dziwnych okładkach :)


Daniel Szukalski

czegoj, administrator krysztalyczasu.pl, fan KC

Z czym mi się kojarzy wydawnictwo MAG? Z niczym, no może ze znaczkiem na niektórych publikacjach drukowanych, których sporo można znaleźć w moim domu do dziś. Nie miałem kontaktu z wydawnictwem, chociaż znaczek trochę ułatwiał poszukiwania niektórych pozycji książkowych. To tyle, nawet nie sentyment.

Jeśli chodzi o MiM to już jest znacznie lepiej. Pierwsze skojarzenie to Kryształy Czasu i sklep na Wilczej w Warszawie. O KC nie będę pisał. bo przecież każdy wie, że na tym punkcie jestem skręcony. KC to przyjaźnie na całe dotychczasowe życie, to sesje co czwartek i tak przez 20 lat, wreszcie to setki nieprzespanych i przerozmawianych godzin.

Drugie skojarzenie to sklep na Wilczej w Warszawie. Nie miałem kasy a jeździłem tam, bo tam można było spotkać tak samo jak ja skręconych. To było fajne, miłe i przyjemne. Odkrywanie pasji to piękna sprawa, gorzej, że trzyma tak długo. :D

Kolejne to Doomtrooper i pierwsza poważna karcianka. Pamiętam jak sprawdzałem popularność kart i cennik. Był prawie biblią i wyznacznikiem wartości kart. Potem już chyba tylko Inwazja zawładnęła moją duszą. Niestety na znacznie krócej. Alakhai Przebiegły to był gość.

I ostatnie skojarzenie to kasa. Na MiMy trzeba było ją mieć. Można powiedzieć, że to MiM obudził we mnie duch przedsiębiorcy. Setki godzin spędzone na giełdzie komputerowej na Grzybowskiej. Tam wtedy taki młody człowiek jak ja mógł bez problemu zarobić pieniądze, które potem wydał na MiMy.

To chyba tyle. Na koniec dodam, że gdyby nie MiMy nie poznałbym wielu osób m.in. Artura Szyndlera.

Na koniec muszę się pochwalić i możesz to już podać do publicznej wiadomości. J. Musiał znów rysuje dla KC i nawet widziałem już pierwsze rysunki. Nie wiem jak to robi, ale ręka nie drży, wrażenie jakbym się cofnął ze 20 lat wstecz.


Jerzy Rzymowski


Je Rzy, dziennikarz, redaktor, pisarz (członek grupy literackiej Klub Tfurców). Redagował czasopisma Kruk, Magia i Miecz i Gamestar  Członek-założyciel Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Od 2006 roku prowadzi dział publicystyki w Nowej Fantastyce

Co tu dużo mówić - bez wydawnictwa MAG nie byłbym tu, gdzie teraz jestem. Chociaż fantastyką interesowałem się, mniej lub bardziej świadomie, od dziecka, to za sprawą miesięcznika Magia i Miecz wszedłem w to środowisko. W klubie MiM-a na ul. Dolnej poznałem część moich przyjaciół, a parę lat później zostałem redaktorem pisma i działałem w nim przez trzy i pół roku. To dla mnie ważny czas.

Pamiętam, jaką frajdę miałem z prowadzenia działu łączności z czytelnikami i rubryki "Fantastyczna muzyka". Jak tydzień w tydzień, przez pół roku namawiałem Andrzeja Miszkurkę, żeby wydał "Nigdziebądź" Neila Gaimana (Andrzej też lubił tę powieść, ale wątpił, czy się przyjmie w Polsce). I później, jak hojnym fundatorem nagród MAG był dla audycji "Dzikie Pola", którą prowadziliśmy w Radiostacji z Marcinem Baryłką i Miłoszem Brzezińskim. Duża część mojego księgozbioru to powieści z MAG-a - Andrzej ma świetny gust i instynkt w doborze tytułów. Gdyby "Ślepowidzenie" nie ukazało się w MAG-owej "Uczcie wyobraźni", dzisiaj nie mielibyśmy w Nowej Fantastyce felietonów Petera Wattsa. Mógłbym jeszcze długo wspominać, ale wszystko sprowadza się do wielkiego "DZIĘKUJĘ!", które kieruję pod adresem dawnej i obecnej ekipy wydawnictwa.


Marcin  Baryłka

Kaczor, współautor „Dzikich Pól”, „Neuroshimy”, dawno temu redaktor naczelny audycji RPG „Dzikie Pola”

Wakacje po maturze – wtedy wyszedł pierwszy MiM, a kupiłem go w równie kultowej dzisiaj księgarni „U Izy”. Nie byłem wtedy jeszcze w fandomie, ale gry fabularne już znałem, a konkretnie 1 edycję Warhammera. W tamtym czasie nie było w Polsce żadnej RPG, więc ja z moją pierwszą drużyną (która potem założyła konkurencyjną efemerydę, a mianowicie „Złotego Smoka”) byłem – z tym jednym Warhammerem w doświadczeniu – zaawansowanym roleplayerem.

Pracowałem wtedy w redakcji „Top Secret”, z którym MiM wymieniał się stronami. Opisywałem tam gry na małe Atari. W krótkim czasie wciągnąłem prawie całą redakcję i tak zostałem ewangelistą RPG w mediach.

Jakiś czas później, gdy rozstałem się z redakcją TS i zacząłem jeździć na konwenty, razem z Jackiem Komudą i Tomkiem „Smokiem” Wolskim imprezowaliśmy w hotelowym pokoju redakcji Magii i Miecza, w hotelu Europejskim w Krakowie, przy okazji któregoś Krakonu. Promowaliśmy tam z Jackiem „Dzikie Pola”, które krótko wcześniej, właśnie w MiM-ie ogłosiliśmy. Pamiętam z tej imprezy, że z jakiegoś powodu odstąpiłem swój pokój Tomkowi i musiałem ukrywać się przed obsługą hotelową, bo przebywałem w hotelu nielegalnie. Nie znaleźli mnie, choć się starali. A na śniadanie była wiśniówka.

Pamiętam podpisanie umowy na „Dzikie Pola” i dziką (sic!) popijawę w pubie z Darkiem Toruniem, który stawiał i stawiał i... dalej nie pamiętam. Pamiętam program TV, „Łowcy Przygód”, który kręciliśmy pod patronatem MAG-a. Pamiętam dzikopolowe spotkanie z Szymonem Kobylińskim, które zaaranżował Jacek Rodek. Pamiętam premierę naszej gry, na konwencie „Sobota z Fantastyką”, gdzie Andrzej Sapkowski próbował uwodzić moją narzeczoną i tylko dyskretna interwencja Darka Torunia z redakcji MiM-a, uratowała fandom od skandalu z biciem znanych pisarzy :)
Pamiętam dowcipy o Kurzymisiu, Yossę, Artura Marciniaka, Tomka Kreczmara, z którym trochę darliśmy koty, a niedawno, gdy się spotkaliśmy, wydawało się to takie nieważne. Pamiętam nasze oburzenie, gdy Tomek Kołodziejczak zaproponował nam Dzikie Pola, jako setting do „Zewu Cthulhu”. I pamiętam audycję „Dzikie Pola” – prowadzoną najpierw z Jackiem Komudą i Maćkiem Jurewiczem, a potem z Jurkiem Rzymowskim i Miłoszem Brzezińskim. Audycję, którą MiM i jego wydawca – MAG, hojnie zasypywali nagrodami. I jeszcze wiele rzeczy pamiętam, ale je pominę, bo się zanadto rozpisałem.

We wszystkim, co najfajniejsze w moich młodych latach, przewijała się „Magia i Miecz”, a ja byłem częścią tego świata. Dwadzieścia lat, powiadacie?
                                           

Maciej Nowak-Kreyer

Tłumacz, publicysta, redaktor Magii i Miecza

Dwadzieścia lat - kawał czasu, a tekst ma być krótki. Zatem tylko kilka migawek.

Połowa lat 90-tych, lato, wyszły już pierwsze numery Magii i Miecza - w klubie RPG na warszawskiej Ochocie razem z dwoma nieco starszymi kolegami, krytykujemy nowe pismo, z pozycji doświadczonych, erpegowych wyjadaczy. Ci dwa koledzy to Tomek Kreczmar i Andrzej Miszkurka.

Mijają lata. Jestem już redaktorem działu WFRP, Usiłuję promować swoją wizję Warhammera jako systemu dark fantasy, co jakoś nie chce się przebić przez ówczesne zamiłowanie do rozwalania hord gobasów. Do redakcji przychodzi list, a w nim scenariusz, tylko wydruk. Czytam... i jestem zachwycony, to świetny tekst, czegoś takiego jeszcze nie było, koniecznie chcę to wydrukować! Po wielu perypetiach udaje mi się otrzymać ten scenariusz w formie pliku komputerowego. Zamawiam więcej tekstów tego autora, promuję go. Autor nosi takie nietypowe nazwisko, przez jakiś czas myślę, że to jego pseudonim. Nazwisko brzmi: Ignacy Trzewiczek.

Spór Magii i Miecza z Portalem - jakaś taka bezsensowna wojenka zacietrzewionych młodych chłopaków, właściwie nie wiadomo po co i dlaczego, ale jest mnóstwo kłótni oraz niezawinionych przykrości. Fani gier fabularnych dzielą się na zwalczające obozy, opowiadające za którymś z pism. Z dzisiejszej perspektywy kojarzy mi się to z waśniami kibiców. Wojnę toczono głównie na łamach magazynów, wręcz obrzucano błotem. A papier, niestety, znosi dużo... Miałem wtedy ochotę rzucić pracę w branży RPG w diabły. I na miesiąc chyba rzuciłem:) Na szczęście, to wszystko to już tylko przykra przeszłość.

Fajne wspomnienia: Zupełnie inna atmosfera pracy, niż we współczesnych, mocno sformalizowanych wydawnictwach - twórcza, luźna, przepełniona zapałem. Nie siedzimy ciurkiem w korporacji, tylko spotykamy się na kolegiach redakcyjnych, a poza tym mamy sporą swobodę działania. Poza małymi wyjątkami, nas redaktorów łączą prywatnie więzi koleżeńskie. Tworzymy tak jak gdyby klub fantastyki - poza pracą są wspólne sesje RPG, imprezy, wspólne wakacje (rewelacyjny rejs po Mazurach). Do tego status celebrytów na konwentach, czasem wręcz rockandrollowe szaleństwa i niestety, trochę wody sodowej. Jednak groupies (chyba) nie było...

I koniec... Powolna agonia pisma, które nadludzkim wysiłkiem redaktora naczelnego próbuje utrzymać się w świecie, który nagle bardzo się odmienił. Papierowe RPG przestaje być rozrywką masową, a to co raz w miesiącu oferuje Magia i Miecz, jest także dostępne w internecie za darmo i codziennie. Smutna satysfakcja, gdy po zamknięciu pisma milkną marudy, a dotychczasowi hejterzy nagle zaczynają głośno żałować upadku MiMa. A gdy niedługo potem zamknięty zostaje Portal, nie ma poczucia triumfu, tylko smutek, że zakończyła się barwna, pełna przygód epoka papierowych pism RPG.


Michał Karkuciński

p.o. kierownika działu gier w Księgarni u Izy, bloger (Black Grom Studio), maniak gier wszelakich



Każdy kolejny numer MiMa schodził w tygodniu premierowym paczkami dziennie, później oczywiście sprzedaż zwalniała, ale przez miesiąc był to absolutny bestseller.

Trafiały się lepsze i gorsze numery, ale nieśmiertelne stało się combo 7 nr MiMa (generator postaci i sandbox do montowania przygód, zresztą używam go czasem i dziś) + Oko Yrhedesa i dwie k10. Zestaw dla początkujących, równo sprzedawał się przez lata.

Każda premiera nowego podręcznika RPG, a przez lata pojawiło się ich dość sporo, przyciągała tłumy ale nic nigdy nie przebiło pierwszej edycji Warhammera RPG. Tłum był dziki, w godzinę poszło ponad 100 sztuk!
To czas gdy RPG było fenomenem.

MiM trafił idealnie w swój czas, i co by nie gadać, wychował nam drugie pokolenie graczy. (Zerowe pokolenie to ludzie, którzy w latach siedemdziesiątychtych sami trafili na zachodzie na gry fabularne. Pierwsze polskie to "dzieci" Ciesielskiego i jego artykułów w Magazynie Razem.)

MAGa dozgonnie będę wielbić za polskie wydanie Zew Cthulhu! 

Przez parę lat, nim MAG otworzył wreszcie własne sklepy, "Ksiegarnia na Wilczej" (rzadko ktokolwiek spoza personelu, inaczej nasz sklep nazywał), była punktem dystrybucyjnym wszystkiego, co wydawali, a później dystrybuowali. Szefostwo księgarni znało Jacka Rodka, jeszcze z czasów starej Fantastyki i czasów gdy księgarnia była salonem MAWu (Młodzieżowej Agencji Wydawniczej). Na przełomie lat 80/90 to był jedyny punkt w Warszawie, gdzie zawsze można było kupić Fantastykę, Bajtka, Kajka i Kokosza, komiksy Baranowskiego, planszówki Encore i Sfery. Mekka i raj dla maniaków!

Współpraca z MAGiem była więc czymś naturalnym i skazanym na sukces!

Piotr Haraszczak

Neurocide bloger (Rzut Krytyczny), ex-redaktor Gwiezdnego Pirata, portalu Moorhold, fanzine Erpegowiec


Dwa przypadki sprawiły, że w roku 1994 za nie małe - jak dla gościa, który kończy podstawówki - pieniądze (29 tyś. PLZ - jeszcze nie PLN) kupiłem 9 numer Magii i Miecza. Pierwszy, że kupił go kumpel z klasy - myślał, że to dodatek do gry planszowej. Drugi, że nie miałem z kim grać w gry strategiczne Dragona i potrzebowałem mniejszej mapki, abym mógł grać samodzielnie - a taka znajdowała z tyłu okładki. I te 29 tyś wydałem właśnie na tę mapkę. I tak się zaczęło. Ten numer wałkowałem dziesiątki razy zanim, po raz pierwszy przyszło mi zagrać ponad rok później - Karczmarzu Piwa, Prezentacja Świata oraz działające na wyobraźnię materiały do Kryształów Czasu. Dobre teksty do WFRP i świetne ilustracje.

Duet Brzeziński i Leszczyński byli gwarancją wysokiej jakości tekstów, z resztą po latach warto to przyznać. Dziś można to pismo brać do łapy i czytać, właśnie z tego powodu.

Ale nie byłem idealnym czytelnikiem, tak naprawdę zacząłem regularnie kupować MiMa, kiedy pismo przeszło na mały format i to nie od razu. Do starszych numerów miałem dostęp, dzięki moim graczom i znajomym. Zresztą potem, kiedy oni czyścili sobie półki, te wszystkie egzemplarze lądowały u mnie, stąd moja kolekcja, choć nie pełna jest raczej okazała.

Nie miałem też nigdy problemów aby być followersem, i prawdę powiedziawszy, nawet to lubiłem. Skrót do R'lyeh Miłosza Brzezińskiego, teksty Andruszkiewicza, Pogody czytałem z wypiekami na twarzy i nie mogłem doczekać się kolejnych odcinków.

MiM miał ogromną siłę w tamtych czasach, oddziaływał na mnie dosyć mocno, bo było to w zasadzie jedyne stałe źródło informacji o grach fabularnych, przyczynkiem do wielu dyskusji na temat RPG. Gry, o których nie było w MiMie nie liczyły się, gry o których pisano chciało się mieć. Samo wydawnictwo z tego korzystało - jedną recenzją zabiło AD&D drugą edycję, marginalizowało Cyberpunka czy Shadowruna. Choć ciągle, tak jak nie wierzę MiMowską szkołę RPG, tak jak nie wierzę w Trzewiczkową Szkołę Jesiennej Gawędy.

Tomasz Chmielik

Sting, redaktor naczelny Rebel Times, ex- szef działu redakcji i korekty tekstów serwisu Poltergeist, redaktor Gry Online



Magia i Miecz. Szkoła, a później liceum. Po trzy-cztery sesje na tydzień. To były czasy! Może zawołać dzisiaj taki zgred jak ja i pogadać sobie, że: „kiedyś Panie to wszystko było lepsze… a teraz?”. A teraz młode pokolenie miłośników gier fabularnych nie ma swojego pisma, które mogłoby jednoczyć. Oczywiście świadom jestem tego, że żyjemy w dobie Internetu, a portali i blogów poświęconych szeroko pojętej fantastyce jest bez liku. Do wyboru do koloru - można trollować lub błaznować ze swoimi wyssanymi z nosa teoriami odnośnie grania do znudzenia i wyrzygu, najczęściej niestety innych użytkowników. No właśnie, tego typu sieciowe przestrzenie to nie miejsca wymiany poglądów. Nowe media rzadko prowadzą do dialogu, częściej dyskutanci rozpoczynają wymianę zdań okopani na swoich pozycjach i nie szukają porozumienia. Zgodzić się z kimś to okazać słabość, okazać słabość w Internetach to zaś zabójstwo dla ego. Najczęściej szczeniackiego, przekonanego o tym, że „jestem niepowtarzalny i genialny, a świat mnie nie rozumie”.

Cieszę się, że dorastałem w czasach, gdy z wypiekami na twarzy czekało się na nowy numer ulubionego pisma. Oczywiście nie wszystkie teksty były w nim dobre, a czasami człowieka wzbierało wzburzenie i ochota na polemikę z autorem. Kiedy jednak trzeba siąść do napisania listu skierowanego do redakcji, a nie kilku debilnych emotikonek i pustych zdań zakończonych być może zwrotem w stylu „pozdrawiam”, choć intencją jest skopanie adwersarza na śmierć, człowiek łapie dystans. Ma czas pomyśleć i zastanowić się, jak wymierzyć ostrze swojej krytyki tak, aby była ona rzeczowa i pozbawiona pryszczatej emocjonalności. „Mieć czas” i „pomyśleć” to zresztą słowa klucze, prawdziwe deficyty naszych czasów.

Magia i Miecz dała mi dużo. Wprowadziła w świat gier fabularnych, zapewniła poczucie wspólnoty z innymi miłośnikami fantastyki. Tymi tajemniczymi Innymi, rozsianymi gdzieś po całej Polsce, których nigdy nie miałem (a tak mi się przynajmniej wtedy wydawało) poznać. Pamiętam, że osoby takie jak Miłosz czy Trzewik (tak, ten znienawidzony od „Jesiennej Gawędy”, który zniszczył życie co poniektórym, których nie było jeszcze na świecie lub srali w pieluchy) byli dla mnie kimś „z redakcji”, tymi tajemniczymi osobnikami, postawionymi ponad zwykłymi ludźmi. Zresztą podobnie Seji czy Ajfel (to już pod koniec pisma) – niedostępni, bo publikujący w GAZECIE. Ileż to wtedy znaczyło…

Dzisiaj dwóch podkupiłem (He he) do własnego projektu, wcześniej zaś poznałem ich przez Poltera i konwenty. Zresztą zacząłem szukać w Sieci i w trakcie wyjazdów po Polsce właśnie tego, co zniknęło wraz z Magią i Mieczem - poczucia wspólnoty z innymi miłośnikami gier fabularnych. Czy jakikolwiek portal, blog, czy cokolwiek innego zbudowało choćby cień owej wspólnoty, co MiM? Szczerze wątpię.

I na sam koniec, otworzyłem sobie właśnie jeden z ostatnich numerów pisma, a tam zdjęcie Puszona. Trzydzieści kilogramów młodszego. Eh, „kiedyś to Panie byliśmy…”.

Marcin Zawiślak

ajfel, autor MiM, Rebel Times, Wrota Wyobraźni,  Creatio Fantastica, Dziennik Polski

To już dwadzieścia lat? No tak, jak sobie przypominam pierwsze numery Magii i Miecza, to faktycznie to były zupełnie inne czasy, kompletnie inna rzeczywistość niż to, co otacza nas dzisiaj. Czasy z jednej strony siermiężne, a z drugiej magiczne.

Śmiało mogę powiedzieć, że to Magia i Miecz wprowadziła mnie w świat gier fabularnych. Nim pierwszy numer MiMa wpadł w moje ręce, usłyszałem już wprawdzie o RPG, wiedziałem już o funkcjonujących w moim mieście klubach (jeden nawet na moim osiedlu), ale tak naprawdę wszystko zaczęło się wraz z Magią i Mieczem. Przeczytane od dechy do dechy pierwsze numery, kompletna fascynacja współdzielona z kolegami, z którymi wcześniej z wypiekami na twarzy graliśmy w planszówki Encore i Sfery, ewentualnie coś Ravensburgera lub Games Workshopu, jak akurat sąsiad zdołał przywieść z RFNu...

Wtedy w kioskach pojawiła się Magia i Miecz, dając nam na talerzu masę informacji o grach fabularnych, których formę do tej pory mogliśmy sobie co najwyżej nieudolnie wyobrażać. Jak wspomniałem, coś tam wcześniej udało mi się usłyszeć: Ciesielski w Razem mnie ominął (no dobra, w Dreszcza grałem), za to załapałem się na Sapkowskiego w Feniksie, ktoś miał jakiś podręcznik do AD&D, z zupełnie tym samym logo co w komputerowej Eye of Beholder, ktoś inny mi tłumaczył że to tak, jakby zmiksować Labirynt Śmierci z Fantasolo; innymi słowy: strzępki informacji o czymś niezwykłym, co wiesz że cię kręci i marzysz o tym, by to poznać. Wtedy Magia i Miecz była spełnieniem tych marzeń. Obok kilku klubów z moim rodzinnym Lublinie, były nieliczne księgarnie, wokół których gromadzili się gracze, gdyż tam nie tylko fajne planszówki, ale także MiMa łatwiej było dostać niż w kiosku. Tam rodziły się nowe znajomości, często także przyjaźnie które trwają do dzisiejszego dnia.

Każdy nowy numer Magii i Miecza był wydarzeniem. Gdy udało się dorwać nowy numer we wtorek, a wraz z nim garść nowości do Kryształów Czasu, to już wiadomo było wokół czego będą się kręciły wszystkie sesje na cotygodniowym, czwartkowym spotkaniu w klubie. Taka, a nie inna forma publikacji KC dawała im niezwykły, magiczny urok. Chłonęliśmy bezkrytycznie wszystko, co na łamach MiM wpadało w nasze ręce. Jak w MiM napisano że tak powinno się grać, to tak powinno się grać. MiM dawał nam masę materiałów ale i kształtował erpegowy światopogląd, to nie podlega dyskusji. Z drugiej strony jednak, obserwując rozmaite grające w tamtych czasach grupy (czy to po klubach, czy na konwentach) dochodzę do wniosku, że osobistych preferencji co do stylu grania tudzież prowadzenia sesji pismo takie jak MiM nie było w stanie zmienić. Każdy grał tak, jak czuł że jest fajnie. Jak trafił na grupę o podobnych preferencjach, to miał szczęście, jak nie to dał się utemperować lub wyleciał. Tak to pamiętam. No i te ilustracje Musiała...

To były inne zupełnie czasy, których moi synowie nie będą w stanie sobie wyobrazić: papierowe pismo, które cholernie trudno dostać, a co za tym idzie gdy nie dorwałeś swojego egzemplarza, musiałeś odstać swoje w kolejce i przepłacić w punkcie xero. Było to jedyne źródło informacji, nic nie mogłeś wygooglać, bo nie miałeś w domu internetu. Owszem, internet był, jak się dorwałeś do kompa gdzieś w sali informatycznej w liceum albo na uczelni. Ale wówczas szukało się wyłącznie erpegowych kanałów na IRCu celem nawiązania nowych znajomości. Blogosfera? Fora? Strony fanowskie? Wtedy w ogóle nie istniały takie pojęcia. Telefony komórkowe? Nie wszyscy gracze stacjonarny telefon w domu mieli.

Wkład wydawnictwa MAG w rozwój RPG w Polsce jest nieoceniony. Prócz przeszło setki wydanych numerów MiMa (dziś to dla mnie naprawdę frajda że figuruję na liście autorów tekstów), za sprawą MAGa polscy gracze dostali w rodzimym języku liczne podręczniki do gier fabularnych, w większości przypadków wspierane obfitą porcją dodatków. Tego nawet nie wypada oceniać, czepiać się edytorskich błędów czy innych niedociągnięć. Dla mnie Magia i Miecz, oraz wydawnictwo MAG z całym swoim erpegowym dorobkiem to wspomnienie niezwykłych, zwariowanych czasów. Czasów, które zawsze będę wspominać z uśmiechem na twarzy.

Jacek Brzeziński

nepharite, obecnie Techland, redaktor w MiM, projektant  gier fabularnych: Strefa śmierci, Oko Yrrhedesa), Projektant gier wideo: Wiedźmin, Wiedźmin 2, Dead Island: Riptide, Neuroshima: Apocalypse, Call of Juarez: The Cartel i wielu innych



Do redakcji MiM-a trafiłem jakoś w miarę na początku. Pierwszy kontakt z nowym pismem zawdzięczam Arturowi Marciniakowi, który pojawiał się w lubelskim klubie "Syriusz". Redakcja postanowiła przedrukować dwa moje artykuły z fanzinu, który wtedy wydawaliśmy. Potem akurat przeprowadzałem się na studia do Warszawy, MiM potrzebował wsparcia przy pracach nad wydaniem polskiego Warhammera, i tak zostałem członkiem redakcji.

To były takie szalone czasy: dla mnie pierwsza "prawdziwa" praca, równoległa ze studiami, ale w dziedzinie, która mnie pasjonowała. Używam cudzysłowu, bo MAG to jednak nie była wtedy normalna firma: wszyscy byliśmy młodzi, wszystkiego uczyliśmy się metodą prób i błędów, i tak naprawdę praca była koszmarnie chaotyczna, a wypłaty okropnie nieregularne. Nie wszystko się udawało, ale pracowało się z innymi ludźmi, dla których erpegi i karcianki też były prawdziwą miłością.

Warhammer, potem Zew Cthulhu, karciany Kult (Kult RPG to jedna z moich ulubionych gier), próba stworzenia Strefy Śmierci z wiecznie zajętym Tomkiem Kołodziejczakiem, nawet to nieszczęsne Oko Yrrhedesa - wszystko to były sprawy naprawdę fajne.

Mówiąc krótko, dobre czasy. Niesamowite, że to tak dawno temu.


Listy do redakcji to też rubryka w której pojawiało się wiele perełek

Aktualizacja 22 sierpień 2013


Hubert Czajkowski

Ówczesny grafik MiMa (Galeria: H.Czajkowski)

Współpracę z Magią i Miecz rozpocząłem w roku 1995. Studiowałem wtedy na ASP i bardzo chciałem ilustrować fantastykę.
MiM był w tych latach miesięcznikiem ukazującym się regularnie z dużym potencjałem.
Początek wyglądał tak, że pewnego dnia poszedłem do redakcji pisma mieszczącej się wtedy przy ulicy Dolnej i pokazałem swoje prace.
Jarek Musiał z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem stwierdził, że może się nadam i że pewnie coś niebawem się znajdzie do zilustrowania. Znalazło się i w najbliższym numerze miałem wykonać jeden rysunek do tekstu, o ile mnie pamięć nie myli, o środkach odurzających w grach RPG. W kolejnych numerach dostałem już trochę więcej do narysowania.
Kiedy zacząłem ilustrowanie Zew Cthulhu, wtedy na dobre zaczęła się moja współpraca z pismem. Wpadałem do siedziby MiM'a po teksty, zawsze w biegu, zostawiałem ilustracje, rozmawiałem z autorami artykułów, które miałem ilustrować.
Było tam zawsze mnóstwo dziwnych ludzi owładniętych RPG, maniaków w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Pamiętam rozmowy gdzieś w korytarzu przy oknie; ktoś tłumaczył mi jak powinny wyglądać poszczególne postaci w przygodzie, ktoś kreślił plan sytuacyjny jakiejś lokacji, ktoś namawiał na wzmocnienie szaleństwa w rysunkach, ktoś inny stwierdził, że pewnie normalny nie jestem, skoro takie rzeczy rysuję :) Dla mnie była to idealna przestrzeń, niczym nie skrępowane doświadczenia ilustratorskie. Mogłem dowolną ilością szaleństwa naładować rysunek, przy użyciu różnych środków i w taki spotęgowany sposób przekazać treść artykułów. Nawet mniej ciekawe, techniczne teksty mogły pobudzić najmroczniejsze pokłady mojej wyobraźni.
To właśnie w redakcji na ulicy Dolnej poznałem Jacka Komudę, którego książki po dziś dzień ilustruję.

W roku 1997 pracowałem przy zmianie layoutu pisma. Było to również bardzo ciekawe doświadczenie dla mnie i dla redakcji, ponieważ próbowaliśmy usystematyzować coś, co z natury nie dawało się ujarzmić :). Projekt wypalił i nowy layout funkcjonował nawet przez jakiś czas.
Mniej więcej w tym okresie redakcja powierzyła mi wykonanie autentycznie autorskich okładek do pierwszych książek wydawanych przez MAG'a. Była to wielka odwaga ze strony redakcji, w szczególności redaktora serii Andrzeja Miszkurki. Projekty okładek jakie wykonałem były totalnie różne od typowych okładek fantastycznych. Użyłem komputerowych montaży zdjęć czasami łączonych z rysunkiem, monochromatycznych, w mrocznej stylistyce. Po tym jak książki ukazały się w sprzedaży, Andrzej denerwował się, ponieważ księgarze przyzwyczajeni do klasycznych okładek fantastycznych, ustawiali je w zupełnie innych działach, np. o dziwo, w dziale "romanse" :D.

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z siły oddziaływania MiM'a. Dopiero teraz, po tylu latach, kiedy spotykam bardzo różnych ludzi, a oni pamiętają z detalami moje ilustracje do konkretnego tekstu, myślę sobie "to było coś"!!!

Piotr Wyskok


dIABEU, grafik w Magii i Miecz

Mamma mia, to już 20 lat MiMnęło? Prośbą o sięgniecie taki kawał czasu wstecz, to niemal brzmi jak namowa do nekromancji. A co najmniej do przywołania w głowie innego świata. Istniejącego przed wikipediami, wszech dostępnym i wszech pojemnym internetem; gdzie ziny, gazetki i kluby fantastyki były głównymi źródłami informacji i treści, które erpegowo-fantastyczna młodzież chłonęła jak ręcznik papierowy rozlany tusz.

Dla mnie MiM był dość prometejską platformą do swobodnej kreacji, a siłą jego było to, że wszyscy robiliśmy to, co kochaliśmy. Karmił się naszą pasją, ale pozwalał uczestniczyć w kreacji światów i bycie forpocztą tego egzotycznego hobby, które zaczynało rozwijać skrzydła i istnieć w świadomości normalnych ludzi.

Ja siedziałem jedną nogą w akademickim nurcie edukacji artystycznej i uczyłem się o Giottcie, Caravaggiu, Goyi, a z drugiej strony ilustrowałem mity Cthulhu. Po prostu czad.
W szkołach uczyłem się technik klasycznych, a w MiMie eksperymentowałem z formą. Stawiałem też pierwsze kroczki w tak zwanej grafice komputerowej, hehe. To jeszcze wtedy zupełnie oddzielny termin był. I nigdy nie miałem poczucia dychotomii tych dwóch światów, choć przy próbach mieszania treści dochodziło do zabawnych sytuacji: profesor grafiki warsztatowej, kiedy mu zaprezentowałem drzewo sefirot w akwaforcie zapytał, czy to znaki zodiaku. Hihihi.

Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że Jacek Rodek wykazał się sporą odwagą pozwalając grupie naprawdę młodych fascynatów zajmować się normalnie funkcjonującym na rynku produktem.

Dla tego kilkunastolatka było to też pierwsze zetknięcie z biznesem wydawniczym.
Doświadczenie, jakie ciężko było zdobyć w tamtych czasach ot tak sobie.

Niezapomniane czasy, niezapomniani i nietuzinkowi ludzie, o których można by strony pisać. Ze sporą częścią wciąż utrzymuję kontakt, jesteśmy znajomymi, czy się przyjaźnimy i dalej robimy wariackie rzeczy.

Łukasz M. Pogoda

grafik, tłumacz, redaktor i projektant gier planszowych, autor m.inn. cyklu Walizka Edwarda Morrisona (ZC)

Pisanie do Magii i Miecza było moim pierwszym sukcesem, źródłem drobnych dochodów oraz przyczynkiem wielu znajomości i paru przyjaźni. Dziś tak sobie myślę, że miałem więcej szczęścia, niż rozumu, publikując w piśmie kilkanaście tekstów oraz tłumaczeń. A wszystko się zaczęło od tajemniczej zabawy zwanej „gry fabularne”.

Po raz pierwszy usłyszałem o nich będąc w podstawówce jeszcze. W Fantastyce ukazał się ukazał artykuł o RPG, ilustrowany zdjęciami figurek, niewiele jednak mówiący o samej naturze zagadnienia. Potem przeczytałem jakiś numer Razem. Potem trafiłem na gry Sfery i zagrywałem się Labiryntem Śmierci. Potem w Fenixie Andrzej Sapkowski zafundował nam mini-system.

Zdradzę wam, że mimo to wciąż nie wiedziałem, co to jest, jak to się je, nie bardzo miałem z kim w „to” grać, nie miałem żadnej pokrewnej duszy, która by podzielała moje zainteresowania. Ale okropnie chciałem tego czegoś spróbować.

Jakże wielka była moja radość, gdy pod koniec mojej nauki w liceum pojawiła się w Nowej Fantastyce reklama pisma Magia i Miecz. Co prawda początkowo było ono w Krakowie niedostępne, lecz po paru miesiącach w małym sklepiczku nabyłem hurtem chyba dwa czy trzy numery. MiM publikował adresy różnych stowarzyszeń i dzięki temu trafiłem do Krakowskiego Klubu Miłośników Fantastyki. Tam dane mi było poznać maniaków podobnych do mnie.

Klub nasz utrzymywał przyjazne stosunki m.in. ze środowiskiem z Lublina. Gdy pojechaliśmy do tego miasta na Polcon 94, poznałem jeden z filarów ówczesnej redakcji – Jacka Brzezińskiego. Poprzez Jacka, konwenty, wizyty w warszawskich sklepach po nowe gry itp. zaczęliśmy – ja i moi przyjaciele – poznawać zespół Magii i Miecza. Zespół, którzy często zadawał nam pytanie, czy nie chcielibyśmy czegoś napisać do magazynu. Z tego, co pamiętam, panował wieczny głód tekstów. Spróbowaliśmy raz, chyba w ’95 produkując kilka malutkich newsów na podstawie magazynów White Wolf, a potem już samodzielnie zabrałem się do opisywania egzotycznych erpegów z mojej kolekcji.

W końcu ktoś mnie zapytał, czy nie chciałbym napisać czegoś poważniejszego. Redakcja nadal chwilami improwizowała i deficyt materiałów był nie mniejszy, niż rok czy dwa lata temu. Zdaje się, że chodziło o kontynuację serii Walizka o Call of Cthulhu. Ja – człowiek młody, bezczelny, wyszczekany, pełen tupetu i głodny sukcesu – powiedziałem oczywiście „tak”… chociaż zagrałem w CoC może dwa razy w życiu i raz czytałem podręcznik. Własny sprawiłem sobie dopiero po latach, gdy już przestałem pisać :)

Mile wspominam, że byłem chyba lubiany, bo przez czas jakiś figurowałem w stopce jako stały współpracownik. Bardzo to łechtało moją dumę, choć wcale nie pomagało nabrać pokory. Proponowano mi nawet zasilenie szeregów firmy… ale przywiązany do rodzinnego Krakowa odmówiłem.

Ale i tak wyprowadziłem się do Warszawy, tyle, że dopiero w 2000 roku. Moja współpraca z Magią i Mieczem już dawno wygasła, ba, nawet przestałem czytać magazyn. Nie miałem już z kim grać, zmieniły się stosunki w redakcji, pismo zaczynało ciążyć w stronę profesjonalnego magazynu… szaleństwo młodości się skończyło. Zamieniłem branżę i zdryfowałem do gier komputerowych. Co ciekawe, pracę tę znalazłem za dobrym podszeptem byłego członka redakcji. Dla mnie przyszedł czas nad pracę nad sobą i dojrzałość. Koniec bajeczki.

Tagi:

Prześlij komentarz

GRATULACJE dla całego zespołu, a raczej dla wszystkich zespołów (czyli ludzi wymyślających, piszących, redagujących, a nawet tylko bywających), a szczególnie dla ojca-założyciela czyli Jacka Rodka (pozdrowienia, chłopie, od całej ekipy z Bydgoszczy, włącznie ze Żwikiem ;-)). Choć prowadziłem wtedy już swoje pismo, to MiM-a czytałem i kochałem, jak własne dziecko. ;-)

PS. Szkoda tylko że zabrakło tu kilku słów od jednego z bardziej zasłużonych dla MiM-a ludzi - Tomka Kołodziejczaka. Ale widać, w życiu nie można mieć wszystkiego. ;-)

Dyskutowałem z Nim już na tę okoliczność kiedyć

http://gryfabularne.blogspot.co.uk/2011/11/wywiad-z-tomaszem-koodziejczakiem.html

Czekam jednak na Jego odpowiedź, jeśli się nie pojawi ... tak jak napisałeś "w życiu nie można mieć wszystkiego" .
Dzięki za komentarz.

Jej, ale świeżynka! I jaki wspomnień czar. Piękne!
Żal tylko, że byłem jednym z tych dzieciaków, który zaczał grać jak to już wszystko było - nie to co ci pionierzy;)
A na erpegi trafiłem czytając artykuły w Secret Service'ie ;) Pzdr

Co to znaczy "Jarosław Musiał znów rysuje dla KC i nawet widziałem już pierwsze rysunki." Można to traktować jako wiadomość, że trwają prace na kolejną edycją Kryształów? Jednak? To się właśnie dzieje? Plotki stają się prawdą?

..."dyskretna interwencja Darka Torunia z redakcji MiM-a, uratowała fandom od skandalu z biciem znanych pisarzy".
Ależ z tego Marcina Baryłki aluzyjna bestia! :D

anonim chyba nie, o ile dobrze zrozumiałem Musiał rysuje do fanowskich dodatków do starych KC.

Heh, ten list do redakcji u góry strony jest mój :-) Bez MiMa nie grałbym w RPG, bo u nas na wsi nie było klubów, czy osób któe by wiedziały o co w tym chodzi. Po MiM musiałem jeździć kilka kilometrów do miasta. Dopiero w okolicach nru 6 załapałem o co w tym wszystkim chodzi.

BloP

Nie, nie nie Powstaje nowa wersja Kryształow Czasu, pisałem o tym na blogu.

Natomiast BloP to niezły fragment wybrałem! Heh
...
Pozdrawiam dzięki za komentarze.

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget