Artur Marciniak [Magia i Miecz, Wojna w Miniaturze]

Witaj Artur, dziękuję że zechciałeś odpowiedzieć na moje pytania. Czym zajmuje się obecnie
były Redaktor Magii i Miecza, poza prowadzeniem dwóch blogów: Polskie figurki | Polish
miniatures oraz Wojna w miniaturze?
Od kilku lat pracuję w niewielkiej firmie wydawniczej, zajmującej się przygotowywaniem, na
zlecenie innego przedsiębiorstwa, pism o tematyce historyczno-wojskowej. Pisma te są składnikiem
rozmaitych kolekcji, wydawanych na rynku polskim. Dołączane są do nich gotowe modele
pojazdów i samolotów. Wcześniej, na zlecenie tej samego wydawnictwa, byłem redaktorem
prowadzącym wydanie wydawnictwa cyklicznego opisującego dzieje II wojny światowej,
odpowiadałem także za przygotowanie polskiego wydania zeszytów firmy Osprey, opisujących
najbardziej znane bitwy II wojny światowej. Czyli, mówiąc krótko, historia i sprzęt wojskowy w
formie popularnej. Niestety, moja praca wkrótce się skończy, zostanie mi samo prowadzenie
blogów.
Sporo mogliśmy dowiedzieć się z dyskusji jaka rozwinęła się na łamach bloga Inspiracje
swego czasu. Jak właściwie wyglądała wtedy Wasza praca w MAGu? Spotykaliście się w
Redakcji i wymyślaliście przygody? Żartuję oczywiście jednak tempo chyba było zabójcze,
składać numer miesiąc w miesiąc, materiały, redakcja, korekta, tłumaczenia. Były normalne
pensje, normalne stawki itd.?
Powstające przygody z reguły wymyślane były w zaciszu domowym, podobnie zresztą jak i inne
teksty do pisma. Standardowy dzień w redakcji (jeśli w ogóle można tutaj użyć słowa
„standardowy”) wyglądał dość normalnie. Część administracyjna, odpowiadająca za prenumeraty,
wysyłkę, obsługę biurową, pojawiała się o określonej godzinie rano. Czasami zastając jeszcze na
miejscu niedobitki poszukiwaczy przygód (lub piwoszy) z poprzedniego wieczora, czasami zaś
otwierając firmę. Potem, z reguły, przychodziłem ja. Zabierałem się do poprawiania tekstów,
załatwiania spraw związanych z „Magią...”, kiedy akurat nie było co robić przy „MiM”,
tłumaczyłem jakiś dodatek albo sprawdzałem czyjeś tłumaczenie pod kątem zgodności z mechaniką
gry, tłumaczyłem jakieś teksty do Warhammera lub pisałem artykuł. Stopniowo w redakcji
pojawiali się inni – Jarek Musiał przychodził codziennie rano, wkrótce po nim zjawiał się Jacek
Rodek. Andrzej Miszkurka, Tomek Kreczmar, Jacek Brzeziński i spore grono innych
współpracowników lub autorów przychodziło w wolnym czasie – z reguły codziennie, jeśli tylko
rozkład zajęć na uczelni pozwalał. Jedni zostawali na długie godziny, inni pojawiali się na paręnaście minut i znikali. Ogólnie było to dość luźne, zwłaszcza że etaty miało tylko kilka osób.
Rzecz jasna, różnie wyglądało to w różnych okresach działalności firmy, po moim odejściu
wszystko stało się z pewnością bardziej sformalizowane, firma zmieniła siedzibę, znacznie większe
znaczenie uzyskały publikacje książkowe. Wymagało to zmiany organizacji pracy, co tylko
przysłużyło się wszystkim, bo ciężko bywało zapanować i nad oddawaniem tekstów, i nad składem.
Za teksty i tłumaczenia dostawaliśmy pieniądze, niespecjalnie jakoś wielkie, liczyło się jednak, że
były. Choć najczęściej ze sporym poślizgiem. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, dla mnie liczyła
się też atmosfera w pracy, a tam czułem się doskonale. Zdarzały się jakieś konflikty, kłótnie i
nieporozumienia, ludzie lubili się mniej czy bardziej, ogólnie jednak było fajnie.
Jedno z pytań Czytelnika dotyczyło nadsyłanych tekstów i ich kompletowania do kolejnych
numerów, jak to z nimi było? Dużo było materiałów debiutantów? Jaka cześć z tego trafiała
do druku? Jakiego sortu to były teksty?
Początkowo większość tekstów przygotowywana była w redakcji lub na jej zamówienie, przez
znajomych. Przykładowo, jednym z takich zamówionych artykułów był mój opis „Warhammera”,
który ukazał się w jednym z pierwszych numerów „Magii...”. Dość ciężko było zapełnić te
początkowe numery – nałożyło się na to kilka spraw. Teksty „Kryształów...”, jakie Jacek dostawał
od Artura Szyndlera, wymagały bardzo daleko idącej redakcji, wymagającej mnóstwa czasu. Swoje
trwało także tłumaczenie jakichś tekstów obcych, czy choćby tak prozaiczna sprawa, jak
przepisywanie materiałów otrzymanych na piśmie. Dziś to jest nieco śmieszne, pamiętajmy jednak,
że PC nie był wówczas wcale powszechnym elementem wyposażenia każdego domu. Początkowo
miewaliśmy też spore problemy z wymyśleniem polskich tłumaczeń rozmaitych haseł związanych z
grami. Sama nazwa, gra fabularna, wcale nie wydawała nam się tak oczywista, a stworzenie
słowniczka też wymagało czasu. Skład początkowych kilku numerów robiony był na zewnątrz, to
także była przyczyna opóźnień. Ostatecznie, skład robiliśmy w firmie, kosztowało to jakieś trzy czy
cztery miesiące opóźnienia wydania jednego z numerów, czwartego czy piątego, jeśli dobrze
pamiętam. Po prostu, Darek Toruń w tym czasie, praktycznie samodzielnie i od podstaw nauczył się
obsługi Quarka, w którym od tego czasu pracowaliśmy. Później coraz większa ilość tekstów
pochodziła od znajomych ludzi z redakcji - część z nich była na naprawdę niezłym, dającym się
spokojnie czytać i teraz poziomie, część zaś... powiedzmy że źle zniosła próbę czasu.
Posiłkowaliśmy się także dużą liczbą tłumaczeń lub przeróbek.
Czy zdawaliście sobie ówcześnie w Redakcji Magii i Miecza sprawę z tego że macie olbrzymi
wpływ na to jak wyglądają przeciętne sesje w Polsce ? Kształtowaliście przecież nasze style
grania!
Zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy, nazwijmy to tak, opiniotwórczy. Widać to było i po listach
przychodzących do redakcji, i po tym co widzieliśmy na konwentach. Pismo powstało po to, by w
ogóle w Polsce zaczęto grać w gry fabularne. Gracze, byli, rzecz jasna, wcześniej. Nie było ich
jednak tylu, by opłacało się wydawać w normalnym obiegu jakiekolwiek tytuły. Stąd potrzeba
„wychowania” sobie klientów. Nie zdawaliśmy sobie jednak, chyba, sprawy z tego, jak duży był
ten wpływ. Może częściowo z powodu wieku, może częściowo dlatego, że w redakcji byli
zwolennicy bardzo różnych gier i różnych stylów prowadzenia rozgrywek. My jednak graliśmy, bo
nas to kręciło, nie miało to dla nas, jeśli dobrze pamiętam, większego znaczenia, że ktoś używa
pomocy papierowych i figurek, a ktoś inny prowadzi przez parę minut monolog, opisując sytuację
czy jakieś wydarzenia. Liczyła się zabawa jako taka.
I tu muszę zadać pytanie powiązane z powyższym. 90 lata to okres rewolucji narracyjnej
Marka Rein Hagena. Magia i Miecz faworyzowała ówcześnie właśnie narrację (i chwała, że
byliśmy na bieżąco). Jednak teraz patrząc na to z perspektywy czasu widzę że ludzie
wychowani właśnie na MiMie w sumie nie liznęli innego stylu grania. Weźmy na ten przykład eksplorację, sandboxy. To tak naprawdę trafiło do nas kilka lat temu, wcześniej był to
(zaryzykuję) temat tabu.
Czy był to temat tabu... Hmm... To może złe określenie, nie nazwałbym tego w ten sposób. W
piśmie pojawiały się przygody takie, a nie inne, dlatego że w takie wówczas graliśmy i do takich
mieliśmy dostęp. Sandboxy były wówczas, dla nas, nieco abstrakcyjne. Większość z naszego grona
nie załapała się na klasyczne D&D i wczesne AD&D, zaczynaliśmy swoją przygodę z graniem od
późniejszych wydawnictw. Mnie kręciły wówczas trzy gry, które z sandboksami, firmowo, nie
miały wiele wspólnego – Warhammer, Pendragon i Zew Cthulhu. Inni lubili inne gry, silna była
frakcja AD&D, jednak już w postaci rozlicznych suplementów i dodatków do dodatków. Nigdy
jakoś nie mogłem się do tego przekonać, nie potrzebowałem książki, w której opisywane były
szczegółowo dziesiątki zaklęć i umiejętności. Lubiłem za to podręczniki w rodzaju całej kampanii
„The Enemy Within” do WH, czy sourcebooki do rozmaitych gier WoD. Te ostatnie jednak nie do
prowadzenia, tylko raczej jako inspirującą lekturę. Można powiedzieć, że zawsze bardziej
interesowały mnie światy gier, niż ich mechanika. Z pewnością wpływ na to, co pojawiało się w
piśmie, jaki rodzaj rozgrywki miał miejsce na łamach, miało to, co wydawaliśmy.
Przeprowadzałem ostatnio wywiad z szefem Copernicusa, Karlickim. Pytałem go o ilości
nakładów gier wydawanych przez niego. Czy mógłbyś dziś po latach powiedzieć (o ile
oczywiście pamiętasz) , jakie były ówczesne nakłady np. Magii i Miecza, Warhammer Fantasy
Role Playing czy Zewu Cthulhu?
O konkretne liczby będzie trudno, nie jestem w stanie też powiedzieć, czy czasem nie konfabuluję.
Mam jednak wrażenie, że pierwszy nakład Warhammera, ten w miękkiej oprawie, został wydany w
5000 egzemplarzy. Później było co najmniej kilka dodruków, w innej oprawie, i w innych
nakładach. Nakład „Magii i Miecza” był mocno płynny, nie pamiętam już ile średnio wynosił, mam
jednak wrażenie, że w czasach, w którym nadzorowałem pismo, sprzedawało się ok. 20 000
egzemplarzy.
Abstrahując od gier fabularnych, Doomtroper był pierwszą niezwykle popularną grą
karcianą. To dzięki niej zdryfowałeś w kierunku Kronik Mutantów i Target Games?
„Doomtrooper” był dla nas nowością i szansą. Powiedzmy sobie szczerze – rynek był (i jest)
nieduży. Znaczna część graczy woli iść na browar z kolegami, do kina, czy na randkę z dziewczyną
i wydać na to obecną stówkę, niż kupić za to książkę-grę. Nic w tym złego, to ich decyzje. Kijowo
tylko, że spora część tych właśnie osób grywała na kserowanych podręcznikach. W sensie
prawnym, ciężko mi się do tego odnieść, pewnie jest to legalne. Szkoda tylko było, że podkopywało
to istnienie firm takich jak nasza. Stąd też „Doomtrooper”. Jacek Rodek przywiózł tę grę, jeśli
dobrze pamiętam, z którychś targów gier w Essen. Okazało się, że wydanie po polsku, mimo że
kosztowne, będzie leżało w granicach możliwości firmy. Było to jednak bardzo ryzykowne. Nie
chcę wchodzić w szczegóły umowy z TG, być może Jacek nie chciałby, żebym o tym pisał, w
każdym razie od sukcesu tej karcianki zależało, w sumie, dalsze istnienie „Maga”. Popularność
„Doomtroopera” była dla nas przyjemnym zaskoczeniem. Pamiętam, że do redakcji trafił kiedyś
właściciel jakiegoś straganu z zieleniną, który też chciał to sprzedawać.
A co do Kronik Mutantów i Target Games... Współwłaściciel TG był strasznie fajnym facetem,
doskonale się z nim dogadywało. Mag chciał nawiązać bardzo ścisłą współpracę, potrzebny był
ktoś, kto na miejscu będzie pilnował wszystkich spraw firmy. Ja wówczas byłem już zmęczony
„Magią...”. Ożeniłem się, miałem dość poganiania wszystkich o oddanie tekstów, o skład, o
wszystko, co w standardowej firmie byłoby oczywistością. Chciałem też zająć się grami bitewnymi,
które dla mnie zawsze były bardziej interesujące. Nie udały nam się próby otrzymania licencji na
wydanie Warhammera bitewnego, a akurat rozwijał się system bitewny Target Games. Nie wnikając
w szczegóły biznesowe, skończyłem jako pracownik Target Games w Edynburgu. Trochę inaczej tosobie wyobrażałem, inaczej ustalane były pewne sprawy, zajmowałem się też – w 90% - innymi
rzeczami, niż było to pierwotnie ustalone. Po kilku miesiącach wróciłem do domu, pracując jeszcze
dla TG zdalnie. Potem współpraca została zakończona, a ja zająłem się inną pracą.
Spod Twojego pióra ukazało się mnóstwo dobrych tekstów do Warhammera, przeprowadzałeś
również wywiady z autorami tej gry. Jak to się zaczęło z Warhammerem w Polsce?
Podejrzewam że od tłumaczenia z Cytadeli. Pamiętasz jednak kto wpadł na pomysł wydania
Warhammer Fantasy Roleplay? Ciężko było zdobyć licencję na tak popularną ówcześnie grę?
I wreszcie jeśli Ty mógłbyś wybierać ponownie – czy pierwszą polską grą znów byłby
Warhammer?
Wydanie „Warhammera” było po trosze przypadkiem, po trosze kalkulacją ekonomiczną. Z
pewnością Jacek Rodek mógłby napisać na ten temat znacznie więcej, w skrócie wyglądało to
jednak tak, że „Mag” posiadał licencję na wydanie „Warhammera”, nie było jednak jeszcze
tłumaczenia. Na jednym z konwentów zorganizowanych w Lublinie Jacek spotkał się z tłumaczem
świeżo wówczas wydanego (nieoficjalnie, rzecz jasna) Warhammera, zdecydował się, bez
specjalnego patrzenia na tłumaczenie, kupić ten tekst. Sądzę, że decyzja ta opóźniła wydanie gry o
jakiś rok. Tłumaczenie było fatalne, pełne błędów w mechanice i w samym języku. Poprawiane
było przez kilku redaktorów, językowo i merytorycznie. I była to naprawdę syzyfowa praca.
Dodatkowo, w czasie prac nad „Warhammerem” straciliśmy kilka poprawionych rozdziałów.
Panowie zakładający nam sieć w firmie sformatowali, niechcący, dysk twardy gdzie trzymane były
pliki...
Co do wyboru gry – nie robiłem tego ja. Na tym etapie współpracowałem z Jackiem jeszcze luźno.
Gdyby to ode mnie zależało, byłby to, prawdopodobnie, nadal Warhammer. W tej grze podobała mi
się i w miarę luźna mechanika, i świat. Był on zresztą na tyle generyczny, że mógł podobać się
większej liczbie osób, niż, dajmy na to, „Pendragon”. Zdobycie licencji nie było specjalnie trudne,
Jacek załatwił to jeszcze przed ukazaniem się pisma i – paradoksalnie – przed podjęciem
ostatecznej decyzji co do rzeczywistego wydania samej gry (mocno zaawansowane rozmowy
prowadził też ze Steve Jackson Games w sprawie „GURPS”). Jacek znał, chyba jeszcze z czasów
„Fantastyki”, Bryana Ansella, dawnego właściciela GW i Phila Gallaghera, który w tamtym okresie
odpowiadał za prawa licencyjne do gier GW. Dogadał się z Gallagherem – dziś byłoby to, z
pewnością, znacznie, znacznie trudniejsze. Co ja piszę – to było znacznie, znacznie trudniejsze, już
kilka lat później.
Czytałem, że gry MMO kradną Tobie sporo czasu? Jakie to gry? Nie myślałeś o tym żeby pójść
w ślady angielskojęzycznych projektantów gier fabularnych i podjąć pracę przy
projektowaniu gier wideo?
Kradły. Teraz gram już niedużo. Grałem sporo w „Star Wars Galaxies”, udało mi się, za czasów
kiedy to jeszcze było w tej grze osiągnięcie, zdobycie poziomu mistrzowskiego jako Jedi. A potem
grałem sporo w „World of Warcraft”. Sięgałem też po kilkanaście innych tytułów, w jednych można
było mnie spotkać przez miesiąc, w innych przez kilkanaście tygodni. Generalnie jednak chyba się
starzeję, gry tego rodzaju przestały mi sprawiać taką przyjemność, jaką sprawiały jeszcze dwa czy
trzy lata temu. Obecnie raz na jakiś czas pogram trochę w „World of Tanks”, jakąś grę z cyklu
„Dawn of War”, ostatnio strzelam trochę w „Planetside 2”. Nic jednak nie zapewnia mi takich
emocji, jakie dawało mi kiedyś bieganie z mieczem świetlnym po Tatooinie, czy pierwszy lot
nietoperzem, pomiędzy Undercity i jakimś innym miastem Hordy. To se ne vrati :)
Co do moich prób w gamedesignie – nie znam się na tym. Próbowałem kiedyś zatrudnić się w CD
Projekcie, doszedłem nawet do etapu rozmów z oboma właścicielami, mam jednak wrażenie, że nie
wywarłem na nich korzystnego wrażenia :)
Niedawno przywrócono stare numery czasopisma "Bajtek" do stanu, który pozwala na iwygodne czytanie i druk. Kto obecnie dzierży prawa do Magii i Miecza, tekstów w nich
zawartych? Czy istniałaby szansa na taki reduks jak w przypadku „Bajtka”? I wreszcie tak
jak zapytuje jeden z Czytelników: Czy ktokolwiek ze starej ekipy myślał o wskrzeszaniu
MiMa?
Z tego co wiem, prawa pozostają nadal przy „Magu”. Nie mam już teraz umów podpisywanych na
teksty, jednak z tego co pamiętam, autorzy zrzekali się praw do swoich tekstów na rzecz firmy. Nie
przypuszczam jednak, by były jakieś problemy z „odnowieniem” „MiM” w podobny sposób, w jaki
zrobiono to z tymi kilkoma, na razie, numerami „Bajtka” i „Komputera”. Jeśli chodzi o
wskrzeszenie „Magii...” – nic mi nie wiadomo, by coś więcej, poza może luźnymi myślami,
kiedykolwiek działo się w tej sprawie.
Hipotetycznie. Otwieram jutro wydawnictwo, które będzie wydawać pismo o grach
fabularnych. Garść, albo nawet wór porad?
Jest milion książek na ten temat, one z pewnością dadzą znacznie bardziej wyczerpującą
odpowiedź. Wydawnictwo tego rodzaju, to – przede wszystkim – normalna firma, mająca
utrzymywać właściciela i pracowników, przynosić zyski. Świetnie, jakby dodatkowo dawała
olbrzymią satysfakcję, ale to już bonus;). A poważniej – konia z rzędem temu, komu się to uda. To
nie są dobre czasy dla prasy papierowej, to raz. Rynek RPG jest w Polsce malusieńki, to dwa.
Prędzej widziałbym już pismo ogólnie o grach. Tylko, znowu, pojawia się pytanie – kto to będzie
kupował? Planszówkowcy mają swoje niezłe pismo, jest ich znacznie, znacznie więcej, niż graczy
RPG, pismo, w którym tylko część będzie poświęcona ich grom, niespecjalnie ich pewnie
zainteresuje. Gry komputerowe to inna para kaloszy, zresztą – patrz prasa papierowa umiera (w
minionym roku padło kilka pism tego rodzaju). Gry bitewne to nadal niszowe hobby, choć pewnie
bardziej popularne obecnie niż rpg. Naprawdę, nie widzę możliwości realizacji takiego projektu na
papierze. Co innego obszerna strona internetowa, mająca zapas materiałów, umówionych, piszących
autorów (i nie mam na myśli trzech chętnych, którzy zgłosili się w odpowiedzi na hasło rzucone na
fejsie), publikująca materiały przydatne poza siecią – całe minigry, przygody, itd. Znaleźć jeszcze
jakiś model finansowania tego, i może się uda. Problem właśnie tylko ze znalezieniem tego modelu.
Może przystąpienie do Piano? A może coś całkiem innego. Nie mam pojęcia.
Ogólnie uważam zresztą, że mając Sieć i chwilę czasu znajdzie się samemu materiały, jakie się
tylko chce, na dowolny interesujący, związany z rpg temat. Jeśli nie gotowe rozwiązania, to
podpowiedzi, dyskusje, itd. Trzeba tylko chcieć.
Reasumując – nie zakładaj tego wydawnictwa :)
A Kraina Goblinów? Skąd wziął się Paladyn Arturius, Yossa i wszystkie te zwariowane
historie?
Kraina Goblinów, przygody Paladyna Arturiusa i jego przyjaciół... powstały z potrzeby wrzucenia
trochę śmiechu do dość nadętych materiałów o samych grach. RPG to, przede wszystkim, zabawa.
Maciek Kocuj, autor Krainy Goblinów, całkiem nieźle bawił się pisząc te wszystkie opowieści.
Czasem czerpiąc pełnymi garściami z naszych życiowych perypetii, kiedy indziej biorąc je z głowy.
Ogólnie, charakterystyki poszczególnych bohaterów tego cyklu jakoś tam pokrywały się z cechami
ludzi pracujących w firmie bądź przychodzących do redakcji.
W co ostatnio grałeś, a w co zagrałbyś? Pytam oczywiście o RPG, nie o bitewniaki.
To było wiele lat temu... Zapewne w „Warhammera” albo „Pendragona”. Zagrałbym ponownie
właśnie w to, ewentualnie w którąś z mutacji WH40K produkcji FFG.
I pytanie na koniec. Jak odbierasz rynek RPG w Polsce obecnie? Śledzisz w ogóle co się dzieje? Co skłoniłoby Ciebie abyś wrócił do niego?
Nie śledzę na bieżąco wszystkiego, co dzieje się w grach fabularnych ani na świecie, ani w Polsce.
Obecnie hobbystycznie zajmuję się grami bitewnymi, tu śledzę intensywnie i bardzo dokładnie
wszystko, co dzieje się w Polsce i sporo rzeczy zagranicznych. Mam jednak ogólne pojęcie, czytam
kilka polskich blogów poświęconych rpg, mniej więcej wiem, co się wydaje, czy też planuje wydać.
Oczywiście, nie w jakichś super głębokich szczegółach. Co do drugiej części pytania – propozycja
jakiejś pracy, na normalnych zasadach, pewnie by mnie skłoniła, przynajmniej do poważnego jej
rozważenia.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za odpowiedzi i życzę sukcesów w Nowym 2013 Roku.
Nie ma za co, dzięki, wszystkiego dobrego w nowym roku :)
Tagi:

Prześlij komentarz

Super materiał. Arturowi życzę powodzenia i powrotu na normalnych warunkach do pracy z RPGami.

Dzięki za wywiad. Bardzo ciekawy materiał. Jeszcze gdzieś tam w piwnicy leżą i czekają MiMy, z moim ulubionym 7 numerem ("Dla tych, co pierwszy raz").

Heh, pamięć już nie ta... "Tym, którzy pierwszy raz"

Dziękuję za ten wywiad i borejce i Arturowi

Ta, do Londyńczyków byś mnie przyjął lepiej.(heh)

Dzięki wam za wywiad. Z drugiej strony człowiek sobie uświadamia ile to już lat minęło...

Ale dalej się bawisz żołnierzykami quidam corvus, tak więc nie jest tak źle.

Super wywiad, dzięki :)

Przyjętyś - udzielaj się!

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget