Zrób sobie sam Księżniczkę Marsa

Niektórzy już zapomnieli o Carterze, żyją nazistami z księżyca i czekają na kolejną produkcję Scotta.
Nie wyróżnię się spośród innych. W dzieciństwie czytałem kilkakrotnie Księżniczkę Marsa Burroughsa. Carter, Ged i Conan to kluczowi bohaterowie mojego dzieciństwa.
Szczerze byłem zaskoczony gdy dowiedziałem się że ostatnie wydanie tej książki Burroughsa pojawiło się w 90 roku (mam nadzieję że internet kłamie...), a jeszcze bardziej gdy przeczytałem że bohater poprzedniej ekranizacji Księżniczki Marsa toczył boje w Afganistanie.

Film oczywiście rozwiał wszelkie wizje Barsoom, które powstały w dzieciństwie. Zapewne między innymi dzięki ilustracjom zawartym w Fantastyce. Podobnie jak wspomniana adaptacja z 2009, na której to przysnąłem. Swoją drogą zasypianie na filmach mogłoby być jednym z kryterium oceny konkretnych pozycji filmowych (nie zasypiam tylko w kinie - za głośno, więc wychodzę).
Pal licho filmy. O Carterze napisano już tyle że nie ma sensu wspominać, wystarczy marcowy lead z Nowej Fantastyki:





Bez Johna Cartera nie byłoby Conana, ani "Kronik Marsjańskich". Jednak mało kto wie kim jest bohater książek Burroughsa
Wróćmy do "książek". Celowo piszę w cudzysłowie, bowiem powieści drukowano ówcześnie w Fantastyce. W środku numeru, a ich okładka znajdowała się na ostatniej stronie magazynu.
Zszywało się taką "książkę" i stawiało na półce obok innych wydawanych przez oficjalne wydawnictwa. Nie było w tym nic trudnego, zwłaszcza że "podstaw introligatorstwa" (czyli np.  jak naprawić, zszyć czy nawet oprawić książkę w płótno) uczono nas już w podstawówce na ZPT.

Po dziś dzień mam w ten sposób spreparowane: Aleję Potępienia Żelaznego, Pieśń Łowców Wolfa, Świat Czarownic i wiele innych książeczek, które ukształtowały zapewne moje gusta fantastyczne.
Młodsi Czytelnicy muszą uwierzyć mi na słowo że książki w ten sposób preparowane trafiały do antykwariatów, na rynki i giełdy gdzie można je było nabyć jak inne "pełnoprawne" książki.
Książki to nie wszystko w ten sam sposób preparowało się gry: ze Świata Młodych, z klasyków takich jak Mu Torere, Do Guti i inne. Nie trzeba było ku temu większych zdolności plastycznych czy manualnych. Za to potrzebna była odrobina chęci.

I tu sedno. Nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ćwierć wieku później widzę kursy jak wydać fanzine, czy jak złożyć gazetkę. Coś co jest przeze mnie wyniesione z szkoły podstawowej, jako coś naturalnego, prostego do wykonania, dziś wymaga e-kursów.
Wydanie gry fabularnej, książki, magazynu otacza człowieka nimbem.

Wcale nie zdziwiłbym się gdyby dzieci w dzisiejszych szkołach nie mogły robić karmników.
Primo można nabyć chińskie (wszak Made in China to ponoć najpopularniejsze obecnie zdanie w języku Szekspira), secundo używanie młotka przez dzieci może być niezgodne z jakąś dyrektywą UE.

W kolejnym numerze Fantastyki po Księżniczce Marsa pojawiło się opowiadanie z tym oto zacnym dżentelmenem. I wsiąkłem.
Tagi:

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget