Każdy cham ma swojego pana


Przybywacie do wioski. Jest popołudnie, podróżny piach i pył osiadł na waszych ubraniach nadając im barwę traktu, po którym jechaliście. Zza częstokołu śledzą was czujne oczy wieśniaków wspartych na łukach. Z ułożenia ich ciał i kołczanów przewieszonych swobodnie u pasa widać wyraźnie, że nie są amatorami. Przy bramie stoi dwóch innych, tym razem wspartych na długich włóczniach, z nabijanymi pałkami u boku. Pytacie przechodzącego obok chłystka o drogę do karczmy. Przyjrzawszy się uważnie waszym koniom i broni pospiesznie wskazał kierunek i zniknął za pobliską oborą. Niedługo potem grzaliście się przy palenisku popijając miejscowy cienkusz, zadowoleni z kolejnego dnia na szlaku, który powoli przybliżał was do celu.

Tymczasem sołtys nie próżnował. Gdy tylko dowiedział się o waszym przybyciu, posłał umyślnego na koniu do miejscowego feudała. Sołtys był człowiekiem przezornym, szczególnie od czasu, gdy podobna grupa awanturników wszczęła burdę w karczmie i podpaliła młyn. Kowal stracił w walce z nimi jednego ze swoich czeladników, a sołtys dostał od pana wioski dwadzieścia batów za niepoinformowanie go o przybyszach. “Głupszyś od snotlinga - rzekł mu feudał po zjawieniu się w wiosce na czele swojej zbrojnej świty. - Nie po to zbieram od was podatki i robociznę, żeby byle kto palił moje młyny. Następnym razem masz wysłać człowieka do najbliższej stanicy albo kasztelu, gdy ktokolwiek obcy się zjawi. A i lepiej będzie, jeśli sami zaczniecie też używać te łuki i włócznie do czegoś więcej niż podpierania fasoli.” Od tamtej pory sołtys wolał mieć oko na obcych; ślady po batożeniu dopiero co się zagoiły i nie miał ochoty na zdobycie kolejnych.

Gdy kończyliście swój posiłek, przed gospodą zjawili się zbrojni. Dobrze utrzymane konie, miękki chód i naoliwione kolczugi mówiły wyraźnie, że nie są amatorami. Dwóch weszło do środka, spojrzało na was i zapytało, czego szukacie. Znać, że odpowiedź im przypadła do gustu. Ten, który pytał, najpewniej dowódca, rzekł jedynie, byście nie sprawiali żadnych kłopotów, a roboty dla was w okolicy nie ma żadnej. Lepiej tedy będzie, jeśli o świcie wyjedziecie. Po tych słowach krzyknął na swoich ludzi i wszyscy usadowili się wygodnie przy jednej z ław, a szynkarz skwapliwie obsłużył ich kluskami i miejscowym cienkuszem.

***

Jeśli brać Stary Świat za miejsce na pograniczu wieków średnich i ery nowożytnej, to nie wolno zapominać o systemie feudalnym, który w taki czy inny sposób uzależnia praktycznie wszystkich mieszkańców (wyłączając, jak sądzę, BG) od swoich zwierzchników. W zamian wasale mogą liczyć na zbrojne wsparcie, ochronę prawną i szeroko pojętą opiekę swoich suwerenów. Niezależnie od tego, co mogą myśleć na ten temat bohaterowie, nie każdy jest tego samego rodzaju wolnym duchem co oni, a nawet położone w głębokich leśnych ostępach wioski do kogoś należą, podobnie zresztą jak ziemia, którą mieszkający tam chłopi uprawiają.

W sytuacji zagrożenia zewnętrznego nie będą oni poszukiwali pomocy awanturników, ale zwrócą się z tym do swojego pana. Ten zaś, jeśli tylko będzie miał dość oleju w głowie, zatroszczy się o swoich poddanych: wyśle zbrojnych, by przepędzili panoszącą się po okolicy bandę orków, znajdzie kogoś, kto naprawi wioskowe umocnienia, zaopatrzy wieśniaków w materiały niezbędne do odbudowy lub rozbudowy wioski itp. Dopiero w sytuacji, w której feudał nie był w stanie samemu sprostać problemom, zwróci się do kogoś o pomoc z zewnątrz. Z pewnością jednak nie tolerowałby obcych na swoich włościach, szczególnie jeśli była to banda uzbrojonych i potencjalnie niebezpiecznych awanturników.

Oczywiście sami wieśniacy to też nie owieczki, czekające aż ktoś je zarżnie. Zaopatrzeni przez swojego feudała w podstawową broń (najczęściej łuki i włócznie) mają obowiązek samemu dbać o swoje bezpieczeństwo, wliczając w to dzikie zwierzęta i mniejsze zagrożenia. Nie każdy wilk czy niedźwiedź zasługuje na wyprawę drużyny książęcej, a każdy potencjalny awanturnik, jeśli napotka na swojej drodze pewnych siebie i dobrze wytrenowanych piechurów, pomyśli dwa razy nim zacznie sprawiać kłopoty. Choć zapewne mało który chłop widział wojnę z bliska (niektórzy mogli jedynie o niej słyszeć z opowieści przejezdnych lub członków drużyny książęcej), to z pewnością będzie zajadle walczył o swój dobytek i dach nad głową. W czasach kryzysu suweren może wymagać od swoich poddanych wyekwipowania paru ludzi na wojne, konflikt graniczny czy większą obławę (przeciw goblinom, zwierzoludziom czy bandytom, o wrogim lordzie z przyległych włości nie wspominając).

Nie należy zapominać, że nie każdy władyka to troskliwy gospodarz. Najlepiej zobrazowano to w “Śmierci na rzece Reik”, gdzie poddani przeklętego rodu Wittgensteinów byli pozostawieni samym sobie, bez nadziei na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz. W podobnych sytuacjach niechętny stosunek do przybyszów będzie zabarwiony skrytą nadzieją, że pomogą oni uciśnionemu ludowi... ale z drugiej strony reakcja wojaków w jego służbie będzie jeszcze gwałtowniejsza. Jednak dura lex, sed lex; zbrojny napad na dekadenckiego szlachcica (który poddał się mocom Chaosu, z natury był zwyczajnym sadystą lub po prostu kimś pozbawionym większego zainteresowania sprawami ekonomicznymi) z pewnością nie należy do najlepszych pomysłów, chyba że BG marzy się podjęcie kariery banitów. Oczywiście walka o dobro czy konflikt z wszechobecnym Chaosem może ich skłonić do akcji, lecz pytaniem otwartym pozostaje “co dalej?”.

To samo pytanie można zadać odnośnie reakcji miejscowego władcy na wieść o przybyciu BG. Ale to już temat na kolejne k1000 słów.

Pomysły:



  • BG zjawiają się pod wieczór w wiosce, w której stacjonuje przejezdny oddział wojaków miejscowego pana. W jasny i dobitny sposób dają oni znać, że obecność awanturników jest w wiosce niepożądana i lepiej dla nich będzie, jeśli opuszczą ją przed zmierzchem. 



  • Po tym, jak bohaterowie rozsiądą się w karczmie zjawi się sołtys i w bardzo oględny sposób poprosi, by odeszli, nim zjawią się ludzie księcia. Nie będzie chciał wyjaśnić powodów, powie tylko, że tych, których zabrano do zamku nikt później nie widział.




  • Zamknięta brama, opuszczone pola uprawne, czujni łucznicy na częstokole. Na nic się nie zdadzą prośby i groźby - żaden z wieśniaków nie będzie chciał wpuścić BG do wioski, a jeśli zrobią się natarczywi, mogą skończyć naszpikowani strzałami. Co (lub kto) czai się w okolicy?
  • Autorem powyższego tekstu jest Miłosz Cybowski, zastępca kierownika działu Gry w magazynie kultury popularnej Esensja. Esensja to e-zin o  kulturze popularnej. Profil Esensji stale rozszerza się, chociaż szczególny nacisk kładziony jest na fantastykę. Magazyn zajmuje się głównie literaturą, filmem, komiksem i muzyką. Powstał w 2000 z połączenia popularnych internetowych czasopism: Framzety i The Valetz Magazine.
Ilustracja pochodzi z gry paragrafowej pod tytułem Noc Tajemnic, autorstwa Carla Sergenta

Prześlij komentarz

"Każdy pan ma swojego chama".

Z merytorycznego puntku widzenia dobry artykuł. Natomiast ewidentnie zalatuje "graniem w błotku za wszelką cenę", tak jakby miał uświadamiać graczom, że ich postacie to wyrzutki społeczeństwa.

Całe szczęścię że nie zalatuje mieczem +8

Fajny art, odświeża w pamięci rzecz, o której czasem MG nie pamięta. Dobrze sobie czasem coś takiego przeczytać.

Miejmy nadzieję że przeczytamy jeszcze warhammerowego Miłosza.

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget