Krzysztof T. Dąbrowski [Pisarze o RPG]

Swego czasu, gdy jeszcze miałem mleko pod wąsem, namiętnie grywałem w gry komputerowe. Ku utrapieniu rodzicieli wiele godzin dziennie spędzałem z nosem niemal wetkniętym w brylasty przedpotopowy monitor (to, że dziś nadal mam sokoli wzrok można uznać chyba za cud). Moją największą miłością były wtedy właśnie RPGi. Dobra gra na godzinkę dwie dziennie - nie ma w tym niczego złego, ale wtedy była to dla mnie swego rodzaju ucieczka przed światem rzeczywistym, który wydawał mi się szary, bury i ogólnie wrogo nastawiony do ludzi chadzających z głową w chmurach. Toteż nic dziwnego, że mnie to wszystko tak wciągnęło.

Dziś ciężko mi sobie przypomnieć kiedy ostatnio grałem w jakąkolwiek grę (tak, tak, przyznaję się bez bicia – zgrzeszyłem!). Teraz traktuję swoje życie z przymrużeniem oka – rzec by można, że trochę jak grę RPG. Grę w której codziennie mam okazję poznawać ciekawych ludzi, rozwijać zdolności, wykorzystywać możliwości jakie daje życie, każdy kolejny dzień.

Budząc się, otwierając oczy, najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile ciekawych dróg i możliwości rozpościera przed nami życie. Można przecież codziennie narzekać na marudną pracę i wrednego szefa, jednocześnie kurczowo się jej trzymając. A można ruszyć głową i albo założyć coś swojego, albo ukończyć jakiś kurs i ją zmienić. Możliwości jest mnóstwo, trzeba tylko na spokojnie usiąść i pomyśleć. Ktoś zakrzyknie 'niemożliwe!', ale z własnego doświadczenia wiem, że najczęściej po prostu łatwiej zaprzeczać niż podjąć wyzwanie.

Traktowanie życia jak gry pozwala nabrać dystansu i nie traktować wszystkiego jakoś tak śmiertelnie poważnie, ale z drugiej strony traktowanie życia jako gry może też być śmiertelnie niebezpieczne. Wyobraźmy sobie nałogowego uwodziciela traktującego podrywanie i zaliczanie panienek jako grę - ani chybi nie dotrze do jej końca bo po drodze wykończy go HIV albo zniszczona żółtaczką wątroba. W Krakowie niedawno jeden facet odrąbał drugiemu tasakiem rękę - kto wie może agresor będąc pod wpływem dopalaczy myślał, że jest krasnoludem goniącym z toporem za orkiem...

Ale żarty na bok i filozofie życiowe też, przecież miało być o grach.

Pierwszą miłością w tym temacie była dla mnie gra Magic Candle II. Toporna grafika, toporne dźwięki, ale... było to w czasach gdy jeszcze dinozaury chadzały po Ziemi, czyli w 1991 roku. Do dziś uważam ją za jedną z najlepszych gier RPG w jaką kiedykolwiek dane mi było grać. Z łezką w oku wspominam potyczki i questy, zakręcone bardziej niż niejeden azjatycki horror. Te wszystkie dopieszczone do granic możliwości RPGi, które wiele lat później zalały rynek, w porównaniu z Magic Candle II, były jak dla mnie tak prymitywne, że aż zęby bolą. Jeśli ktoś pamięta tak zacne tytuły jak Baldur's Gate czy Neverwinter Nights, temu powiem, że gra była w tychże klimatach, tylko o niebo bardziej miodna. Była miodna do tego stopnia, że nie znając ni w ząb angielskiego grałem w nią całymi godzinami. Pamiętam też, że dosłownie co parę minut marudziłem zapracowanej matce prosząc o przetłumaczenie kolejnego tekstu, bo gra była po angielsku. Ku mojemu utrapieniu za każdym razem pod nos podsuwano mi słownik - wspólnymi siłami tłumaczyliśmy teksty tak, żeby było 'po ludzku'. Poziom mojego angielskiego oczywiście dość szybko w zawrotnym tempie poszybował w górę. Cóż, nie ma to jak połączyć przyjemne z pożytecznym.

Oczywiście z czasem nastąpiło zmęczenie materiału, ale... - w odróżnieniu od późniejszych gier - Magic Candle II przejadła mi się dopiero po jakimś roku. Potem, z tego co pamiętam, zapałałem wielką miłością do serii Baldur's Gate i Neverwinter nights i mimo, że wsiąkłem w nie totalnie, to jednak czegoś mi już odrobinę brakowało - ale możliwe, że z grami jest tak, jak z całowaniem dziewczyn: że pierwszy pocałunek już do grobowej deski będziemy wspominać z wyjątkowym rozrzewnieniem.

A później... później już nie było tak fajnych RPGów (chyba że mnie w tej materii się zrobił jakiś ramol) więc zatopiłem się dla odmiany w serii Heroes Might & Magic. Ale to już inna bajka.

Jakie mam dziś podejście do tego tematu? Cóż, jeśli dana gra wymaga intensywnego używania szarych komórek, to jestem jak najbardziej za. Najnowszych dokonań w tym gatunku co prawda niestety za dobrze nie znam, więc ciężko mi się wypowiadać o poziomie, miodności i tego typu sprawach. Ale tak generalnie to chyba każda gra w niewielkich ilościach jest OK. Strzelanki poprawiają refleks i rozwijają myślenie przestrzenne. Strategie, cóż... czynią nas strategami i uczą logicznego myślenia. A RPGi, te z kolei uczą życiowej zaradności, patrzenia na dany problem z różnych stron, a przede wszystkim rozwijają wyobraźnię. Swoją drogą jestem ciekaw ilu z polskich pisarzy, tych z lubością taplających się w gatunku zwanym fantasy, zawdzięcza owo zamiłowanie RPGom właśnie.

Na zakończenie polecam każdemu grę RPG o wiele mówiącym tytule: "Życie" - tylko pamiętajcie, macie w niej tylko jedno życie (ale jak się już wciągniecie, to zabawa będzie przednia!).

Krzysztof T. DąbrowskI

[review]W 1978 roku powitał świat głośnym krzykiem (ponoć dwie położne do dziś mają problemy ze słuchem). Ów wszechstronny demoralizator i awanturnik zapragnął zostać muzykiem rockowym - niestety matka natura poskąpiła mu muzycznych talentów. Zdesperowany rzucił się w objęcia dziesiątej muzy. Gdy ukończył reżyserię uznał, że chyba woli inną (Matki, chowajcie swoje córki! Córki, chowajcie swoje matki!).
Postanowił zostać nowym wieszczem narodowym - pod koniec 2006 roku chwycił za pióro i tak zostało mu do dziś. W 2008 roku popełnił zbiór opowiadań pt."Naśmierciny" (czyli małe co nieco dla miłośników groteski horroru i fantastyki). W lutym 2009 roku opublikował opowiadanie w słowackim Playboyu. W maju 2010 ukazała się jego druga książka "Anima vilis" i... bez przerwy odgraża się, że to jeszcze nie koniec![/review]

Prześlij komentarz

MKRdezign

{facebook#gitgames} {twitter#gitgames} {google-plus#GitgamesBlogspotRPG}

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Javascript DisablePlease Enable Javascript To See All Widget